Pora dorosnąć
Słowo ptakiem wyleci, wołem powróci. Radek Sikorski postanowił być w swoim expose swobodny i luźny niczym pekiński robot ćwiczący kung-fu przed kanclerzem Merzem i rąbnął bezkompromisowo, że nie możemy być wobec Amerykanów frajerami. Agencja Reuters, której dziennikarze lubią smaczne cytaty, bo zwyczajnie nudzą się w robocie przy relacjonowaniu takich spraw jak wiekopomne wystąpienia prawej ręki Donalda Tuska, od razu wrzuciła słówko „sucker” do tytułu depeszy i tym sposobem nasz absolwent Oxfordu wybitnie wyróżnił się w przestrzeni medialnej. Inni musieli opracowywać jakieś plany – taki Marshall na przykład – czy biedzić się przy pisaniu długich depesz, jak Kennan, a tu mąż znanej amerykańskiej dziennikarki po prostu walnął z rozbiegu obunóż i tym sposobem zwrócił na siebie tak zwaną powszechną uwagę.
Dwa dni wcześniej postanowił nieco potrenować i pochwalił się na platformie X, że wychodzący po wygłoszeniu orędzia o stanie państwa z Kongresu Donald Trump zatrzymał się przy dyplomatach i – uwaga, uwaga! – podał rękę Bogdanowi Klichowi, którego uprzejmie wpuszczono na salę. Można sądzić, że Trump podał Klichowi dłoń właśnie z prostej uprzejmości; może odruchowo uznał, że jest to ktoś, kto będzie na niego kiedyś głosował; może po prostu chciał zaznać jakiegoś ciekawego, niezwykłego doświadczenia w kontakcie z przedstawicielem obcej cywilizacji. A może – i zapewne serduszko pana ministra żywiej zabiło w tej nadziei – był to dowód uznania przez amerykańskiego prezydenta, że to Klich, on i nikt inny, jest pełnym ambasadorem. No, po prostu jasna i niedwuznaczna sugestia wobec prezydenta Nawrockiego, żeby wreszcie do cholery podpisał mu tę nominację! Niechby ktoś podrzucił ten temat Markowi Wałkuskiemu, żeby na następnej konferencji prasowej zadał rzeczniczce Białego Domu pytanie, czy Trump podał Klichowi rękę, będąc w pełni świadomym, komu ją podaje i jakie są tego konsekwencje polityczne i międzynarodowe. To byłby zresztą też niezły temat dla innych korespondentów. Może RMF się tym zajmie?
Widać więc, że polski minister spraw zagranicznych to nie hetka-pętelka. Najpotężniejszy człowiek świata grzecznie podaje przednią łapę jego wysłannikowi, a potem jeszcze musi wysłuchać, że Polak nie da się zrobić w konia. Bo przecież „bujać to my, ale nie nas” – prawda, panie Trump? Podobno Trump, gdy mu z rana przyniesiono plik depesz agencyjnych, klął jak szewc. – Sikorski mnie przejrzał! – krzyczał do Melanii. – Ja go chciałem potraktować jak frajera, a on się nie dał!
Tym sposobem Sikorski dołączył do Tuska jako człowiek, który jest przez Donalda Trumpa rozpoznawany. Tusk – dzięki swojemu słynnemu gestowi strzelania w plecy, a Sikorski – dzięki frajerowi. Jest to jakiś sposób uprawiania polityki międzynarodowej, niewątpliwie. W końcu najgorzej, jak się wchodzi na jakąś salę i tam nikt cię nie zna. A tu, proszę bardzo: od razu każdy kojarzy. To są ci dwaj, którzy nie są frajerami, bo w razie czego zawsze zajdą od tyłu i wsadzą lufę pod żebro.
Gdyby panowie Tusk i Sikorski byli po prostu międzynarodowymi klaunami do wynajęcia, krążącymi po różnych konferencjach i występującymi po zakończeniu poważnych spotkań, to można by się z ich przedstawień po prostu zdrowo pośmiać. Niestety, reprezentują nasz kraj. I zamiast zajmować się załatwianiem spraw tego kraju, produkują memy i zwischenrufy. Oni sądzą pewnie, że publiczność oczekuje tego, żeby politycy zachowali się czasem także w sposób nieformalny i – jak to się mówi – przybliżyli zwykłym ludziom wielką politykę. Jako zwykły człowiek chciałbym ich wyprowadzić z błędu: nie oczekuję, że będziecie, panowie, mówili głupstwa, żeby mnie „odśmiać”. Od tego są fachowcy – kabareciarze, stand-uperzy. Ja oczekuję od was powagi i rozwagi. Drażnienie naszego największego sojusznika w sytuacji, gdy wisi nad nami groźba wojny, rozważne nie jest. Pora dorosnąć.
