SEPT – Subiektywny Energetyczny Przegląd Tygodnia – odc.12
Poniedziałek – 25 sierpnia
Wiatraki, panele, OZE są wszędzie! Politycy, komentatorzy, eksperci i eksperci inaczej, każda gazeta, portal czują się w obowiązku pisać o energii z tzw. OZE. Kiedyś mówiono w takich sytuacjach, że strach otworzyć lodówkę. Ale to dobrze, bo uwzględniając nawet, że pojawia się dużo manipulacji i zwykłych kłamstw, to przynajmniej część wiedzy dotrze do obywateli. Najlepszy przykład, że ostatnio mój brat zagadnął mnie, to jak to właściwie jest z tym offshorem. Ja to odczytuję, jako kolejny korzystny efekt prezydenckiego weta.
Nie sposób rzecz jasna ogarnąć wszystkich opinii, wypowiedzi i materiałów prasowych, więc dokonam takiego szybkiego wyboru kilku z nich.
Zacznijmy od polityków, Paulina Hening-Kloska, minister klimatu i środowiska (MKiŚ) śmiało pretendująca do grona „najlepsi z najlepszych w służbie państwa”. Oto komentując na antenie TVN24 sytuację po wecie Prezydenta, stwierdziła: „Będę chciała, żeby ta ustawa o rozwoju odnawialnych źródeł energii jeszcze we wrześniu wróciła do Sejmu. To jest bardzo ważna ustawa, potrzebna polskiej gospodarce. Jeżeli chcemy się rozwijać, być konkurencyjni, musimy zmierzać w kierunku OZE, które są po prostu najtańsze w systemie.” Ważna ustawa. Hm… ale dla kogo? Ta determinacja rządu, nie zanana właściwie w innych obszarach jest naprawdę zastanawiająca. Ale to nie wszystko, bo nasza minister odnosząc się do inicjatywy ustawodawczej Karola Nawrockiego ws. mrożenia cen energii, była łaskawa powiedzieć: „Ten dokument jest w tej chwili dla nas bezużyteczny. Pan prezydent sam się zakiwał.” Powtórzmy, bo to cenna myśl: Prezydent sam się zakiwał i tworzy bezużyteczne kwity… Myślę, że po takim wyroku ogłoszonym przez naszą główną rozgrywającą w dziedzinie klimatu i środowiska, takim klimatycznym Leo Messi w spódnicy, Pan Prezydent – w końcu osoba ze sportowymi ambicjami – może mieć spore kłopoty z samooceną.
Warto też sięgnąć do wielce interesującego materiału w znanym szwajcarskim dzienniku Neue Zürcher Zeitung (https://www.nzz.ch/visuals/windkraft-in-deutschland-grosse-versprechen-kleine-ertraege-ld.1710681). Na artykuł zwrócił uwagę znany użytkownik portalu X Radek Pogoda (polecam materiał na kanale You Tube Radek Pogoda-Pogodne Szorty: https://www.youtube.com/watch?v=WO3GRXMXMww). Szwajcarzy postanowili przyjrzeć się opłacalności wiatrakowego biznesu, a jako podstawę analizy przyjęli doświadczenia Niemiec. Nie było to proste, bo dane blisko 1/3 elektrowni wiatrowych nie są dostępne, tym niemniej udało się dotrzeć do informacji na temat 18 tys. z ok. 28 tys. urządzeń. Do tego dziennikarze przebadali warunki pogodowe z ostatnich 10 lat we wszystkich miejscach, gdzie stały wiatraki będące przedmiotem analizy i wprowadzili do modelu, który miał wskazać realną efektywność badanych urządzeń, Trzeba przyznać, benedyktyńska praca. To pozwoliło obliczyć jaki był współczynnik zdolności (efektywności) produkcyjnej dla każdej elektrowni. Ten współczynnik to ilość wyprodukowanej energii podzielona przez iloczyn mocy i godzin w roku (8760). Dość skomplikowane, ale miarodajne do dyskusji. Jak twierdzą eksperci przywoływani przez dziennik (m.in. szef Katedry Energetyki Wiatrowej w Stuttgarcie, Po Wen Cheng), dziś ten parametr powinien wynosić 30%, by dana inwestycja była opłacalna. Ale pod jednym dodatkowym, ale kluczowym warunkiem: dalej musi być utrzymywany hojny system wsparcia państwowego. To znaczy, że ta rentowność jest osiągana na sterydach środków publicznych. I mimo tego, jak twierdzą autorzy, tylko 15% z przebadanych urządzeń jest rentowanych w tak definiowany sposób. A ok. 25% instalacji ma współczynnik efektywności poniżej 20% tzn., że nigdy przy jakimkolwiek systemie wsparcia nie miały prawa być opłacalne.
W artykule możemy znaleźć jeszcze informacje o nowych technologiach, co raz wyższych urządzeniach, potężniejszych wirnikach, wszystko po to by łapać więcej wiatru i by było to bardziej opłacalne. To ma być odpowiedź branży energetyki wiatrowej na rosnące głosy krytyki. Tylko się zastanawiam, czy jak zaczniemy budować wiatraki po 1000 m., które będą zaraz łapały wiatr z niemal kosmosu, to aby na pewno będzie to bardziej opłacalne? I ile będziemy musieli do tego dopłacać? Mniej?
Wracamy do polskiej prasy. A tu polecam interesujący materiał, jaki pojawił się na stronach Business Insider. Tytuł nieco pretensjonalny Fakty i mity o wiatrakach. Co trzeba wiedzieć o energetyce wiatrowej w Polsce i nie tylko,ale warto sięgnąć (https://businessinsider.com.pl/gospodarka/wiatraki-na-ladzie-fakty-i-mity-co-warto-wiedziec-o-energetyce-wiatrowej/81txrz2). Autor, Szymon Majewski stara się obiektywnie – czy to jeszcze możliwe? – odnieść do najczęściej podnoszonych obaw, mitów jakimi obrosła energetyka wiatrowa. Powołuje się więc na różne badania, raporty, sondaże. Przywołuje też dane z innych państw UE. Trudno nie odnieść wrażenia, że czyni to z pozycji umiarkowanego zwolennika OZE, ale jednak stara się zmierzyć z tematem i nie pudruje rzeczywistości. Mnie to nie przekonuje, mam wątpliwości co do niektórych przywołanych informacji i raportów, szczególnie nie trafiają do mnie nader optymistyczne szacunki MKiŚ, tym niemniej to jest pole do dyskusji. Nie dobrze jest, że zamykamy się w pełni na argumenty przeciwnej strony (kto wie, może to też uwaga do mnie) i zaczynamy coś głosić w rytm plemiennych zawołań. Z drugiej strony, gdy widzimy niemal wprost szwy wielkich interesów wartych miliardy euro, bezczelność praktyk lobbystycznych, manipulowane raporty ekspertów i sponsorowane kampanie odwołujące się do emocji, to czy taka dyskusja jest jeszcze możliwa?
Już miałem kończyć a tu Prezydent włącza piąty bieg i ogłasza weto do kolejnych ustaw.W kontekście niniejszej rubryki szczególnie interesujące jest zawetowanie tzw. ustawy deregulacyjnej w energetyce.
Wtorek – 26 sierpnia
To spójrzmy na decyzję prezydenta. Chodzi o ustawę z dnia 25 lipca 2025 r. o zmianie niektórych ustaw w celu dokonania deregulacji w zakresu energetyki, tzw. ustawa de regulacyjna.Skąd ta decyzja? W największym skrócie, to logiczna konsekwencja obietnic wyborczych, a także spójne działanie z wetem ustawy wiatrakowej. To kolejny sygnał dla branży wiatrakowo-panelowej i jej lobbystów, że ich interesy nie będą cieszyły się szczególnym przywilejem pierwszego obywatela. To też sygnał dla rządzących, że prawo w tym zakresie musi być konstruowane z uwzględnieniem interesu państwa i obywateli. W związku z tym, prezydent podniósł trzy kwestie, jakie legły u podstaw jego decyzji.
Po pierwsze, to niezgoda na proponowaną możliwość stawiania instalacji fotowoltaicznych o mocy do 500KW bez pozwolenia na budowę, tylko na zgłoszenie. To oznacza, że sąsiedzi osoby, która chciałaby wznieść podobną inwestycję tracą możliwość skutecznego protestu. A 500KW to już naprawdę duża instalacja, to kilka tysięcy metrów kwadratowych powierzchni. I większość rządowa uznała, że wystarczającą procedurą jest zgłoszenie. Zresztą weto nie tworzy się jakiś dodatkowych procedur, to powrót do obecnego stanu prawnego i obowiązku uzyskania na takie inwestycje pozwolenia na budowę.
Z tym łączy się jeszcze jedna kwestia. Proces pozwolenia na budowę to weryfikacja nie tylko zasad wznoszenia obiektów budowlanych (skądinąd przecież ważna), ale także zasad ochrony p.poż. A wiemy, że dla instalacji fotowoltaicznych podatność na wystąpienie pożaru musi być przedmiotem oceny. I jeszcze jedno, bezpieczeństwo systemu elektroenergetycznego. Według założeń ustawodawcy, mowa tu o instalacjach „na własne potrzeby”. Niestety, istnieje ryzyko, że niektórzy inwestorzy będą próbowali wprowadzić wytworzoną energię elektryczną do sieci. Pojawia się tym samym ogromne niebezpieczeństwo destabilizacji sieci elektroenergetycznych. Operator (PSE) może stracić realną kontrolę nad sieciami, bo wszyscy tacy nielegalni dostawcy energii będą poza ewidencją i możliwością oddziaływania na nich z poziomu nadzoru operacyjnego. A pamiętajmy, że mówimy tu o energii z niestabilnych źródeł wytwarzania, blackout w Hiszpanii w kwietniu zaczął się właśnie od instalacji fotowoltaicznych.
Po drugie to niezgoda na budowę instalacji OZE do 5MW bez obowiązku uzyskania koncesji na wytwarzanie energii elektrycznej. Uściślając, takie inwestycje będą podlegałyby wyłącznie obowiązkowi wpisu do rejestru wytwórców energii elektrycznej małych instalacji. To, jak stwierdził prezydent, pomysł ustawodawcy, który wzbudził największe zastrzeżenia. Nie dziwię się, bo tu rozmawiamy o kwestiach wprost dotyczących bezpieczeństwa sieci elektroenergetycznej i tym samym bezpieczeństwa państwa. System koncesyjny spełnia ważną rolę gwaranta bezpieczeństwa systemu. Pojawienie się nawet tysięcy nowych instalacji niestabilnych źródeł, czasem o dużych mocach (5MW to już naprawdę duża siłownia) to rosnące ryzyko awarii czy blackoutów. Teoretycznie operator miałby możliwość ingerencji w każdą taką instalację, ale problemem byłoby to, że masowy wzrost liczby niestabilnych źródeł generowałby ogromne wolumeny takiej energii w sieci, często o nagłych przepływach, co wpływa na parametry funkcjonowania sieci, przede wszystkim częstotliwość. Teraz, poprzez system koncesyjny przyrost niestabilnych źródeł OZE można kontrolować i dostosowywać do możliwości sieci. Proponowana ustawa zmieniłaby to diametralnie. Przepis na katastrofę.
Po trzecie, sprawa komunikowania się z odbiorcami energii elektrycznej przez przedsiębiorstwa za pomocą środków komunikacji elektronicznej. Założenia słuszne, promujemy rozwiązania cyfrowe, zachęcamy obywateli by rezygnowali z papierowych form komunikacji. Jednakże jest tu pewien problem, mianowicie możliwa dyskryminujących części obywateli, którzy są wykluczeni cyfrowo np. niektórzy seniorzy lub osoby zamieszkujące poza zasięgiem sieci cyfrowych. Wprawdzie, jeżeli osoby te nie wyrażą zgody, komunikacja ma przebiegać na dotychczasowych zasadach, ale w ustawę wpisano mechanizmy promujące finansowo wszystkich pozostałych.
Nasuwają się wobec tego dość oczywiste pytanie – czy regulacje dotyczące ewentualnych bonifikat finansowych należy wpisywać w akt prawny rangi ustawowej? To nie jest mechanizm ochrony kogokolwiek. I drugie, czy to nie jest tak, że za te bonusy będą musiały ostatecznie zapłacić – bo ktoś będzie musiał za to zapłacić – osoby pozostające przy dotychczasowych zasadach? Innymi słowy, czy ten koszt nie zostanie wrzucony obywatelom i tak mogącym się borykać z problemem wykluczenia cyfrowego. Ustawa tego nie precyzuje, co zdaniem prezydenta jest przesłanką do weta.
Link do stanowiska prezydenta:
Środa – 27 sierpnia
Rada Gabinetowa. Udało się premierowi i reszcie rządu dotrzeć do Pałacu Prezydenckiego.Niemal na dzień dobry, premier stwierdził: „Mam dobrą wiadomość dla Polek i Polaków, a złą dla Pana Prezydenta. Będziemy i tak zwiększali moc wiatraków na lądzie, nie dlatego, że jesteśmy jego fanami, ale jest to najtańsze źródło energii. (…) Znaleźliśmy sposób, aby mocą rozporządzenia zintensyfikować działania, więc weto będzie mało skuteczne. Być może prezydent będzie niezadowolony, ale ja będę usatysfakcjonowany”. Nic nowego, filozofia stosowania prawa, „tak jak my je rozumiemy” w pełnej krasie. Można tylko się zastanawiać, czy chodzi tu o tzw. tani prąd, który przecież z wiatraków budowanych na podstawie tej ustawy mógłby pojawić się w sieci za kilka lat (już abstrahuję, że z tym „tanim prądem” to nadużycie, ale pisałem już o tym tyle razy, że teraz to pominę), czy o coś innego. O coś, na co zwracam uwagę ja i wielu innych komentatorów przy każdej właściwie dyskusji o wiatrakach (także w tym artykule), o czym tak głośno było jeszcze przy pierwszym podejściu tej koalicji do nowelizowania przepisów o energetyce wiatrowej w listopadzie i grudniu 2023 r., a co skończyło się ogromnym skandalem. O działania jawnych i ukrytych lobbystów polskich i zagranicznych. Przy okazji prac na zawetowaną ustawą też było sporo głosów, że niektóre przepisy pojawiły się na skutek lobbingu. Nigdy za mało przypominania – szefem jednej z senackich komisji, który był bardzo aktywny przy zgłaszaniu skandalicznych poprawek dot. m.in. lokowania siłowni wiatrowych w otulinie lotnisk wojskowych i terenów chronionych Natura-2000 (szerzej o tym pisałem https://dobitnie.pl/wiatraki-nawet-na-lotniskach-wojskowych-polski-senat-potrafi-wszystko/) jest skazany w pierwszej instancji na karę więzienia za praktyki korupcyjne, Stanisław Gawłowski.
Tymczasem trwają rozmowy polsko-ukraińskie o długoterminowych dostawach gazu z Polski na Ukrainę, o czym informuje Wojciech Jakóbik (https://wjakobik.com/2025/08/22/orlen-naftogaz-umowa-gazowa-rozmowy-polska-ukraina-lng-usa-fsru2/). Rozmowy toczą się już od pewnego czasu, a ostatnia tura miała miejsce w ubiegłym tygodniu z udziałem m.in. ministra aktywów państwowych, Wojciecha Balczuna. Jak stwierdził Serhij Korecki, prezes Naftogazu: „Ze względu na bezprecedensowe wyzwania przed którymi stoi system energetyczny Ukrainy wskutek agresji rosyjskiej współpraca z partnerami zagranicznymi, szczególnie Polską, jest naszym głównym priorytetem. (…) Mamy udane doświadczenie współpracy z polskim Orlenem przy dostawach LNG z USA na Ukrainę. Jesteśmy otwarci na głębszą kooperację i wdrożenie wspólnych projektów, które zwiększą bezpieczeństwo energetyczne Ukrainy oraz całego regionu Europy Wschodniej.”
Z kilku powodów, przyjmuję te rozmowy i współpracę ze stroną ukraińską z zadowoleniem. Po pierwsze, tak zwyczajnie, to dobry interes. Sprzedaż węglowodorów zawsze była i będzie dobrym biznesem i to niezależnie od szkód wywoływanych przez polityków różnymi głupimi „zielonymi ładami”. Mamy infrastrukturę (choć tu konieczne są inwestycje), jesteśmy sąsiadami, to grzechem jest nie skorzystać. Bo jak nie my, to chętnych nie zabraknie. Jeden wszakże warunek, ma to być na warunkach biznesowych. Tu nie ma żadnego uzasadnienia do dawania jakiś specjalnych pozabiznesowych bonusów partnerom z Kijowa.
Po drugie, niezależnie od wszelkich napięć, szczególnie ostatnio, to w naszym interesie strategicznym jest współpraca z Ukrainą. To dla mnie oczywista sprawa i mam nadzieję, że wzajemne animozje z czasem zaczną wygasać, a przynajmniej nie uniemożliwią jakieś formy partnerstwa. Nie chcę w tym momencie wchodzić w całą skomplikowaną materię spraw, problemów i emocji na linii Warszawa-Kijów, choć tego nie bagatelizuję i mam też jasno sprecyzowane zdanie kto za to ponosi odpowiedzialność. Tym niemniej nasza dojrzałość i świadomość wspólnych interesów powinna pchać nas do porozumienia, w tym do załatwienia także tych najtrudniejszych spraw. Współpraca energetyczna może być ku temu świetną okazją.
Prezydent wetuje kolejną ustawę w energetyce…
Czwartek – 28 sierpnia
Pan Prezydent nie pozwala się nudzić i po raz kolejny skłania komentatorów do uważniejszemu przyjrzeniu się polskiej energetyce. Kolejny raz w ostatnich dniach zadajemy sobie pytanie, w jakim stanie jest nasza energetyka i jak rząd sobie tu poczyna. Znajdą się malkontenci, pewnie nawet wielu, ale uważam, że to dobrze.
A same weto? Dotyczy ustawy z dnia 5 sierpnia 2025 r. o zmianie ustawy o zapasach ropy naftowej, produktów naftowych i gazu ziemnego oraz zasadach postępowania w sytuacjach zagrożenia niebezpieczeństwa paliwowego państwa i zakłóceń na rynku naftowym oraz niektórych innych ustaw. Ustawa główna będąca przedmiotem nowelizacji (jeszcze z lutego 2007 r.) jest bardzo istotnym aktem prawnym, bo reguluje kwestie operacyjne zarządzania rezerwami strategicznymi głównych paliw w Polsce. To wrażliwa materia i jakiekolwiek zmiany powinny być poważnie przemyślane. To chyba nie podlega dyskusji. Przedstawiciele koalicji rządowej uznali, że mają pomysł na konieczne ich zdaniem zmiany i postanowili ruszyć z projektem nowelizacji. Stosowny dokument trafił do Sejmu i po kilku miesiącach prac – w czasie których nie brakowało zaskakujących działań i poprawek np. jakieś przedziwne pomysły wyjęcia z systemu Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych (RARS) – nowelizacja w parlamencie stałą się faktem.
Ustawa trafiła do Prezydenta, a teraz została zawetowana. Karol Nawrocki dość jasno wskazał, że wszystko co jego zdaniem może godzić w bezpieczeństwo państwa nie uzyska akceptacji. A za takie uznał niektóre proponowane przez większość rządową rozwiązania.
Po pierwsze, Prezydent zakwestionował wydłużenie z 40 do 50 dni terminu wprowadzenia do systemu przesyłowego całego zapasu gazu przechowywanego przez dany podmiot za granicą (chodzi o przedsiębiorstwa określone w art. 24a ust. 2 nowelizowanej ustawy np. przedsiębiorstwo energetyczne wykonujące działalność gospodarczą w zakresie obrotu gazem ziemnym z zagranicą).
Po drugie, brak jest zgody na zdjęcie z przedsiębiorstw utrzymujących obowiązkowe rezerwy gazu ziemnego za granicą obowiązku rezerwowania zdolności przesyłowej na tzw. interkonektorach, czyli międzysystemowych połączeniach między różnymi państwami lub operatorami systemów przesyłowych. Koalicja zaproponowała uchylenie tego obowiązku i dopuszczenie by te specjalne de facto moce przesyłowe przedsiębiorstwa utrzymujące rezerwy gazu za granicą mogły wykorzystywać komercyjnie. Prezydent mówi jasno – nie! te moce muszą być utrzymywane, bo tego wymaga interes państwa. To oczywiście podraża cały system utrzymywania rezerw strategicznych gazu, ale czasem musimy dokonywać jasnych wyborów i przedkładać interes strategiczny nad kwestie ekonomiczne. Ponadto, jeżeli wprowadzimy taki specyficzny bonus dla przedsiębiorstw prowadzących obrót gazem z zagranicą, to tworzymy uprzywilejowaną dla nich sytuację wobec podmiotów przechowujących nasze rezerwy w kraju. A to już się ociera o nieuczciwą konkurencję.
Po trzecie, nie uzyskała akceptacji głowy państwa koncepcja procedury na mocy, której właściwy minister może wyrażać zgodę na utrzymywanie obowiązkowych rezerw gazu za granicą. Koalicja zaproponowała zaskakujący tryb, w którym minister działając w niejasnej przestrzeni formalnej może wydać taką decyzję. Raz, że nie wskazano w projekcie ustawowych przesłanek rozstrzygnięcia takich sprawy, dwa, że nie mają tu zastosowanie przepisy Kodeksu Postępowania Administracyjnego. Nie ma więc trybu odwoławczego, nie wiadomo też co z ewentualnym uchyleniem czy unieważnieniem takiej decyzji. A żeby było ciekawiej, to brak decyzji ministra w terminie 14 dni miałby wg. autorów nowelizacji być równoznaczny ze zgodą! Tworzymy więc niejasne procedury dotyczące rezerw strategicznych, które w momencie kryzysu mogą skutkować niemożnością skutecznego zarządzania przez państwo własnymi kluczowymi zasobami. Delikatnie mówiąc, to niepoważne. A trzeba pamiętać, że ileś państw w UE, w których nasze rezerwy mogłyby być składowane (np. Niemcy, Dania) w sytuacji kryzysu, tym bardziej wojny, mogą zamrażać wszelkie takie zasoby przechowywane na ich terytorium.
Mając powyższe na uwadze, weto Prezydenta mnie przekonuje. Z drugiej strony warto zauważyć, iż w zakwestionowanej ustawie są propozycje godne rozważenia i cały ten dokument nie zasługuje na proste skwitowanie – do kosza. Mam jednak nadzieję, że zmieni się wreszcie tryb pracy w Polsce nad najważniejszymi ustawami, że rząd nie będzie ignorował Prezydenta, wychodząc z bardzo aroganckiego założenia, że to „rząd rządzi”, a ciągle to słyszymy, cytowałem w poprzednim SEPT mądrości ministra energii, Miłosza Motyki.
Szanowni Państwo, czas więc na zmianę.
Link do stanowiska Prezydenta:
Piątek –29 sierpnia
Ustawa o zapasach gazu wymaga kompromisu politycznego – zauważa przytomnie Wojciech Jakóbik na stronach Ośrodka Bezpieczeństwa Energetycznego (https://obenergo.com/2025/08/28/ustawa-o-zapasach-gaz-nowelizacja/). Pisze też dalej, że „Polska jest w stanie zapewniać bezpieczeństwo dostaw gazu nie tylko z pomocą zasobów w kraju, ale także na poziomie międzynarodowym”. Tak i można dopowiedzieć, że przecież to się dzieje i Prezydent swoim wetem nie zakwestionował tej zasady, ale przedstawił rządowi dość oczywiste żądanie: uwzględniajcie interes państwa, tu definiowany przez kwestie bezpieczeństwa energetycznego. Jakóbik kończy swoją opinię słowami: „Potrzebny jest kompromis dający reformę zarządzania bezpieczeństwem zapasów gazu w Polsce, który pogodzi konieczność obniżki ceny tego paliwa na rynku z adekwatną odpowiedzią na stałe zagrożenie ze Wschodu.” Nic dodać, nic ująć.
Zapowiadana w ubiegłym tygodniu umowa pomiędzy Orlenem a Synthos Green Energy należącą do Michała Sołowowa w sprawie dalszej współpracy przy rozwijaniu projektów SMR stała się faktem.Strony ustaliły szczegóły współpracy w ramach wspólnego przedsięwzięcia czyli Orlen Synthos Green Energy (OSGE). Potwierdzono, że pierwszy reaktor stanie we Włocławku, w lokalizacji wskazanej przez koncern z Płocka. Notabene, to od początku była faworyzowana lokalizacja jeszcze za czasów prezesury Daniela Obajtka. Jak pochwalili się przedstawiciele obu firm, będzie to pierwszy taki obiekt w Europie (pierwszy w technologii BWRX-300). Oprócz Włocławka, do 2035 r. ma powstać jeszcze jedna taka jednostka.
Jak możemy przeczytać w komunikacje Orlenu: „Porozumienie składa się z dwóch kluczowych elementów. To nowa treść umowy spółki oraz porozumienia wspólników tej spółki, w której ORLEN oraz Synthos Green Energy mają po 50 proc. udziałów. Zmiany zrównują prawa wspólników oraz zwiększają kontrolę ORLENU w kluczowych kwestiach korporacyjnych. Drugi element to umowa licencyjna, która daje spółce OSGE pełny dostęp do amerykańskiej technologii BWRX-300 (tzw. Standard Design), co pozwoli ruszyć z procesem, którego finałem będzie budowa pierwszej polskiej elektrowni atomowej SMR”. (https://www.orlen.pl/pl/o-firmie/media/komunikaty-prasowe/biezace/2025/sierpien-2025/pierwsza-polska-elektrownia-atomowa-smr-stanie-we-wloclawku-orlen-i-synthos-z-porozumieniem).
Cóż, wypada powiedzieć jedno: do dzieła!
Z powyższą informacją korespondują wieści, jakie w sprawie energetyki jądrowej dochodzą z Włoch. Oto rząd premier Georgii Meloni podejmuje kolejne działania w zakresie budowy, a de facto, powrotu do energetyki atomowej. Taką aktywność zapowiedział w wywiadzie dla ilsussidiario.net, minister środowiska i bezpieczeństwa energetycznego, Gilberto Pichetto Fratin (https://www.ilsussidiario.net/news/scenario-energia-pichetto-fratin-cosi-abbasseremo-i-prezzi-e-riporteremo-il-nucleare-in-italia/2873827/). Na początku września zostanie przedstawiony włoskiemu parlamentowi projekt stosownej ustawy w zakresie energetyki jądrowej, a cały proces legislacyjny miałby się zakończyć do końca 2026 r. Jak zauważa minister takie działania są konieczne z kilku powodów, ale warto wyeksponować jeden, ustawiający całą dyskusję: „obecnie roczne zużycie energii elektrycznej w naszym kraju wynosi nieco ponad 300 TWh. Biorąc jednak pod uwagę rozwój sztucznej inteligencji, który będzie wymagał nowychcentrów danych, a także elektryfikacji mobilności, a także potrzeby związane z dekarbonizacją w sektorze nieruchomości, eksperci spodziewają się podwojenia tego zużycia w ciągu najbliższych 15-20 lat”.
Nic nowego chciałoby się rzec. Rośnie w gwałtownym tempie zapotrzebowanie na energię elektryczną – samo rozwijanie AI to gigantyczne rekordy – a skoro upieramy się przy dekarbonizacji, to tym bardziej energetyka jądrowa jest jedyną realną alternatywą.
Sobota – 23 sierpnia
Ostatnio wpadł mi w ręce ciekawy Raport jeszcze z maja tego roku kilku organizacji mocno zaangażowanych w zwalczanie paliw kopalnych i promowanie wszelkiej maści „zielonych polityk” pt. „Jak europejscy operatorzy sieci przygotowują się do transformacji energetycznej” (https://beyondfossilfuels.org/wp-content/uploads/2025/05/REPORT_FINAL.pdf). Już widzę te zdziwienie, ale proszę mi wierzyć, dokument wart kilku przynajmniej zdań komentarza. Pod Raportem podpisały się: Beyond Fossil Fuels, E3G, EMBER i Institute for Energy Economics and Financial Analysis czyli creme de la creme klimatycznej walki.
Raport przedstawia rosnące niezadowolenie, a nawet frustrację całej tej wielkiej armady bojowników o lepszą planetarną przyszłość. Bo miało być tak pięknie, paliwa kopalne miały iść precz, OZE, głównie wiatraki i panele miały stać się podstawą unijnych systemów energetycznych i generalnie europejskiej gospodarki, a tu widać problemy. Rewolucja w Europie, choć zadekretowana i wprowadzana pod przymusem brukselskich regulacji nie posuwa się w zadowalającym tempie. Możemy się dowiedzieć o rozlicznych niedociągnięciach, gdzie na pierwszy plan wysuwają się problemy z sieciami. Jak piszą autorzy: „europejska sieć elektroenergetyczna nie nadąża za transformacją w zakresie energii odnawialnej, pomimo wielu dobrych praktyk. Przestarzałe planowanie i przestarzałe mandaty spowalniają modernizację i rozbudowę europejskich autostrad elektrycznych, opóźniając połączenie projektów w zakresie energii odnawialnej i elastyczności, które mogą sprawić, że energia będzie czysta i bardziej przystępna cenowo”.
Kolejnym problemem jest opór (zdrada!) operatorów krajowych, którzy na różne sposoby opóźniają pochód postępu. Bo jakże inaczej traktować słowa, iż „wielu z nich nadal korzysta z przestarzałych scenariuszy zakorzenionych w starych celach rządowych i założeniach rynkowych. Scenariusze te nie odzwierciedlają wykładniczego wzrostu udziału odnawialnych źródeł energii w terenie i działają jak systemowy hamulec ręczny w budowie elastycznej sieci zdolnej do absorpcji coraz większego udziału odnawialnych źródeł energii.” Czyli obok operatorów są jeszcze złe rządy. Tak, i nawet wiemy, które. W tajemnicy powiem, że większość, bo choć oficjalnie prawie każdy chce „zielonego” eldorado to w praktyce wiedząc, jak może to być ryzykowne nie spieszą się z wdrażaniem kolejnych co raz dalej idących regulacji w tym zakresie. I pewnie bo balckoucie w Hiszpanii i Portugalii jeszcze bardziej będą ostrożne. Co ciekawe, o blackoucie wspominają sami autorzy, przytomnie widząc, jak ważnym elementem jest stan sieci elektroenergetycznych.
No dobrze, ale jakby tylko chodziło o poprawienie nam humorów lękami autorów, to nie wiem czy poświęcałbym temu dokumentowi tyle uwagi. Szczególnie interesująco wyglądają niektóre przywoływane dane dot. transformacji energetycznej i kondycji sektora OZE w UE, które skłaniają aktywistów do tego alarmistycznego tonu. I tak, ogromna liczba projektów OZE w 16 krajach czeka w kolejce do podłączenia do sieci. To jest prawie 1,7 tys.GW! (dla porównania, w polskim systemie jest ponad 70GW). Tyle już mamy instalacji gotowych, które nie pracują. Które, gdyby znalazły się w systemach to w ogromnym stopniu wpływałyby na stabilność – czy raczej brak stabilności – sieci w państwach Unii! Przyznam się, że nie miałem świadomości tych danych. Ale z drugiej strony, gdy te moce znajdą się w sieciach, to witajcie w nowej rzeczywistości, takiej gdzie brak prądu nie będzie rzadkością. I to w paradoksalnej sytuacji, gdy instalacji produkujących energię będzie w nadmiarze…
Dalej możemy przeczytać, że w 2024 r. w tylko siedmiu krajach ograniczano produkcję energii elektrycznej z OZE na tyle intensywnie, że dało to ubytek w produkcji energii o wartości 7,2 mld Euro. Dla aktywistów to zbrodnia, ja w tym upatruję raczej obronę operatorów – czasem dość rozpaczliwą – przed kolejnymi awariami. Wprawdzie autorzy ubolewają nad tym faktem, to zauważają równocześnie, że wytwórcy energii otrzymywali w takich sytuacjach rekompensaty. Czyli, jak ktoś tracił to raczej nie wytwórcy. Ponadto, tylko pięciu operatorów systemów przesyłowych rozważa scenariusze, w których do 2035 r. paliwa kopalne zostaną zastąpione OZE, ale aż 11 operatorów w ogóle nie odnosi się do celów klimatycznych (mówiłem: zdrajcy).
Jak muszą być fatalne nastroje w tych środowiskach to przedstawia poniższy fragment kończący podsumowanie Raportu: „Raport ostrzega, że jeśli zasady planowania sieci i mandaty operatorów systemów przesyłowych i regulacyjnych nie zostaną zaktualizowane, Europie grozi samospełniająca się przepowiednia, w której paliwa kopalne wydają się „niezbędne” tylko dlatego, że operatorzy sieci nigdy nie zaplanowali odpowiednio systemu energetycznego opartego na odnawialnych źródłach energii. Modernizacja sieci ma zasadnicze znaczenie dla wsparcia zelektryfikowanej gospodarki przyszłości. Autorzy raportu wzywają do bardziej solidnego zarządzania i nadzoru ze strony rządów i organów regulacyjnych, aby zapewnić, że planowanie, eksploatacja i inwestycje w sieć są adekwatne do celu”. Czyli mamy wezwanie do polityków, bierzcie się do obiecanej nam, aktywistom (i nie tylko aktywistom) pracy! Róbcie coś.
A ja zaapeluję: owszem, róbcie coś, ale nie to czego żąda od was cała ta wielka machina aktywistów, lobbystów, przemysłowców jednej branży i wszystkich tych, którzy o klimacie, energetyce czy gospodarce wiedzą tyle, co wyczytają z tytułów wzmożonych lewicowo mediów.
Niedziela – 24 sierpnia
Przy niedzieli, warto zwrócić uwagę na wielce interesujący tekst z niemieckiego Die Welt. Axel Bojanowski, szef działu naukowego opisał problem skandalicznego podkręcania raportów i artykułów naukowych pod tezę katastrofy klimatycznej (https://www.welt.de/wissenschaft/plus68abf4168c33b226bcae6cdd/skandaloese-klimastudie-entlarvte-katastrophenprognose-offenbart-maechtiges-netzwerk-zum-schaden-der-wirtschaft.html). Wskazany jest raport Poczdamskiego Instytutu Badań nad Wpływem Klimatu, który wywołał w ub.r. sensację, doczekał się bardzo licznych cytowań, a nawet stał się kanwą tekstu w prestiżowym periodyku Nature. I oczywiście był koronnym argumentem wszystkich orędowników tzw. polityk klimatycznych i przeciwników paliw kopalnych. Teraz wyszło na jaw, że autorzy raportu obficie manipulowali danymi, by potwierdzić obraz nadciągającej katastrofy. Co ciekawe, większość zaangażowanych w sprawę recenzentów naukowych Nature zwracało uwagę na te uchybienia, pojawiły się nawet bardzo ostre sformułowania, w tym takie, że Raport „nie ma żadnych podstaw naukowych”. Dodatkowego smaczku sprawie dodaje fakt, iż ukrywano powiązania finansowe Instytutu z organizacjami finansującymi agendę klimatyczną i antyprzemysłową.
Właściwie to powinienem być oburzony, a ja nawet nie jestem zaskoczony. Ale to smutna refleksja, jak fatalnie jest odbierane dziś środowisko naukowe, przynajmniej jego część. Dyskusje o CO2, o klimacie, o faktycznym czy tylko domniemanym wpływie człowieka na zmiany klimatyczne są tu świetnymi przykładami. Nie jestem zaskoczony, bo czytałem choćby książkę Stevena Koonina (polski przekład „Kryzys klimatyczny?”; Wyd. Prześwity, 2023) wybitnego naukowca, kiedyś m.in. podsekretarza ds. naukowych w Departamencie Energii w administracji Baracka Obamy. Pisali też o tym inni: Alex Epstein, Bjorn Lomborgh, Michael Shellenberger, w Polsce Piotr Kowalczak.
Na szczęście nie wszystko wygląda tak, jak przedmiotowy raport Instytutu Poczdamskiego, nie zawsze Nature popełnia tak fatalne błędy. My jednak powinniśmy zachowywać ostrożność, szczególnie wtedy, gdy naukowcy wchodzą w buty polityków i aktywistów i starają się nas straszyć.
A jeśli zapomnieliście, to przypominam: Precz z Zielonym Ładem!
Materiał powstał dzięki współpracy z Wojciechem Jakóbikiem i serwisem Energy Drink.
