Wygląda na to, że miała być „operacja specjalna” przeciwko niewygodnemu środowisku medialnemu. Cicha, skuteczna i politycznie opłacalna. Zamiast tego wyszedł spektakularny blamaż ludzi Tuska, którzy po raz kolejny pokazali, że potrafią organizować pokazówki, ale nie potrafią przewidzieć skutków własnych działań.
Policja siłą wchodzi do domu Tomasza Sakiewicza, gdzie działa również redakcja. Kajdanki trafiają na ręce współpracowniczki. Funkcjonariusze mają szukać rzekomo „dziecka w zagrożeniu”. Problem w tym, że żadnego dziecka nie ma o czym wszyscy przecież wiedzą, a cała Polska ogląda sceny, które wyglądają jak próba zastraszenia niewygodnych mediów przy pomocy służb. Takie wejście do domu naczelnego dużego medium nie mogło się obyć bez zgody zwierzchników. A ci, raczej zapytali swoich zwierzchników. Chyba, że droga wyglądała odwrotnie. Wszyscy w dół otrzymywali polecenia, a cała operacja była zaplanowana i genialna. Jakby ją wymyślił sam Egon Olsen.
I właśnie dlatego ta historia jest tak groźna dla obozu Tuska. Bo tutaj coraz mniej ludzi wierzy w przypadek. Za dużo jest politycznego kontekstu, za dużo wcześniejszych ataków na Republikę i za dużo dziwnych „anonimowych zgłoszeń”, które nagle pojawiają się wokół ludzi niewygodnych dla obecnej władzy.
To wyglądało jak klasyczny swatting: wykorzystanie służb do nękania przeciwnika politycznego. Ktoś najwyraźniej uznał, że da się odpalić policję przeciwko Sakiewiczowi, zrobić medialny chaos, przestraszyć otoczenie i wysłać sygnał całemu środowisku prawicowych mediów. Problem polega na tym, że operacja kompletnie się rozsypała.
Bo jeśli plan był taki, by uderzyć w Republikę, to efekt wyszedł dokładnie odwrotny. Tusk i jego ludzie podarowali Sakiewiczowi gigantyczny materiał polityczny. Teraz Republika przez tygodnie będzie pokazywać obrazy policyjnego wejścia i opowiadać o państwie używającym służb przeciw mediom. I trudno się dziwić, bo dokładnie taki obraz zobaczyli ludzie.
Najbardziej kompromitujące jest jednak co innego. Ktoś najwyraźniej uwierzył, że można zrobić taką akcję w Polsce 2026 roku i nie będzie z tego gigantycznej afery. Że wystarczy anonimowe zgłoszenie, trochę policyjnej siły, kilku „życzliwych” komentatorów w mediach i całość uda się sprzedać jako standardową procedurę. Problem w tym, że operacja była tak toporna, iż zamiast zastraszyć przeciwników, zaczęła budzić pytania o polityczne wykorzystywanie służb.
Bo jak inaczej odbierać sytuację, w której państwo urządza siłowe wejście do domu szefa największej opozycyjnej telewizji, po czym okazuje się, że cała akcja była oparta na czymś, co wygląda jak spreparowany alarm?
To nie wygląda na przypadkowy błąd. To wygląda na źle przygotowaną akcję ludzi przekonanych, że mogą używać aparatu państwa do politycznej gry. I właśnie dlatego sprawa jest tak niebezpieczna dla ekipy Tuska. Nie dlatego, że operacja się udała. Tylko dlatego, że nie wyszła.
Więcej mówi o tym Wiktor Świetlik w swoim materiale w Kanale Dobitnie:
https://youtu.be/AzyUyroyJdU
