Czepiam się

Czepiam się

blank

A skoro się czepiam, to skupię się na sprawie małej wagi, po prostu błahej, nieistotnej, która zasługuje na proste „eee tam!”, które mi odesłał kolega, jak mu o tym napisałem na komunikatorze. Kłopot w tym, że jestem przekonany, że od takich nieważnych spraw zależą sprawy wielkie. To trochę tak, jak bardzo praktyczna i trzeźwa wypowiedź zawarta w jednej z ewangelicznych przypowieści: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię”. Kto potrafi zarządzać sprawami pozornie małymi, ten budzi zaufanie, że i wielkimi dobrze zarządzi. A rzecz dotyczy tych, którzy mają wielkie ambicje.

Czego zamierzam się uczepić? Ano, Morawieckiego grilla i udzielonej na jego użytek dyspensy pozwalającej uczestnikom jeść w piątek kiełbasę.

Z tym grillem ekipa Morawieckiego miała chyba problem od początku. Wygląda mi na to, że zaplanowano datę i nie sprawdzono dokładnie kalendarza, a potem machina już ruszyła i nie można było jej zatrzymać. Może ktoś nie pomyślał, a może ktoś uznał, że to nieistotne (w końcu tylu tam nowocześnie myślących ludzi), albo ktoś inny stwierdził, że w razie czego się zaklajstruje dyspensą, której przecież udziela się teraz na prawo i lewo, to czemu nie w takim zbożnym politycznie celu.

Jako zewnętrzny obserwator miałem z tego nielichą uciechę, bo internetowa kampania Morawiecczyków oparta była na botach, które zaprogramowano, żeby były przyjazne, ale na litość nie, żeby myślały. Więc jak polubiłem jakiś wpis, natychmiast na moim komunikatorze pojawiło się zapytanie, czy chcę nawiązać kontakt. Wybrałem opcję, że może kiedyś, bot (który zresztą całkiem otwarcie informował, kim jest) wyraził nadzieję, że o nich nie zapomnę i na tym się interakcja skończyła. Po chwili postanowiłem jednak zadać pytanie, czemu robią grilla w piątek. Zapadła cisza i nikt się do mnie nie odezwał, chociaż jeszcze niejeden raz dawałem lajki.

Wreszcie w mediach pojawiła się informacja o dyspensie okraszona dziwaczną wypowiedzią byłego premiera o „różnych wrażliwościach” ludzi, którzy będą na tym grillu obecni. Dziwaczną, bo jak ktoś jest wierzącym katolikiem, to po prostu trzyma się zasad i nie stara się ich naginać w sytuacjach, w których może coś zaplanować. Inaczej ma się rzecz w przypadku wydarzeń losowych. Grill Morawieckiego takim wydarzeniem nie był. Był natomiast ukłonem wobec większości naszego społeczeństwa, w którym coraz bardziej na porządku dziennym są piątkowe śluby i wesela, na które proboszczowie udzielają dyspens. Po prostu nikt nie myśli o zachowaniu reguł i terminarz domu weselnego staje się od nich ważniejszy. Wszelka zaś krytyka takiego postępowania ściąga na krytykującego gromy ze strony ludzi „otwartych”, co to są z reguły zdania, że jak się z zasad zrezygnuje, to ludzie do Kościoła przylgną całym sercem.

Tym liberalnie nastawionym katolikom chciałbym zwrócić uprzejmie uwagę na to, jak do takichże reguł podchodzą tak cenieni przez nich zwykle Żydzi, którzy – gdy są wierzący – przestrzegają Szabatu bezwzględnie i nie przychodzi im do głowy, aby od tego udzielać jakichś „dyspens”. Szabat jest tam świętością i ważnym fundamentem tożsamości. Czymś takim, czym w krajach katolickich dawno przestała już być niedziela, a szkoda.

Więc ludziom pana premiera Morawieckiego, których skądinąd lubię politycznie i cenię, chciałbym powiedzieć, że postąpili niemądrze, bo wpisali się w pewien destrukcyjny rodzaj polskiej duchowej bylejakości. Bo z przestrzeganiem zasad jest tak, jak w tym dowcipie o kobiecie, która zapytana, czy prześpi się za milion, odparła, że tak, a na obniżenie stawki zareagowała oburzeniem i zapytaniem, za kogo ją negocjujący uważa. On natomiast odparł spokojnie: „To już ustaliliśmy, teraz się targujemy”. Teraz więc zaklajstruje się tego grilla dyspensą, a potem już pójdzie i będzie się łatać także w innych dziedzinach, bo czemu nie. Nie jest to dobry prognostyk na Państwa marsz po władzę.

Osobne czepnięcie należy się temu duchownemu, który tej nieszczęsnej politycznej dyspensy udzielił. Nie było to wydarzenie losowe, nie było to wydarzenie duchowe i religijne, to było wydarzenie polityczne. I ten duchowny dał mocny sygnał, że polityk, jak tylko się dogada z księdzem, to może dostać przyzwolenie na naginanie reguł. Skądinąd tak właśnie społeczeństwo uważa, tylko po co to przekonanie umacniać? Nie służy to Kościołowi w żaden sposób. Więc czepiam się, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że zostanie to uznane za okropne czepiactwo, czepiam się byłego (a może i przyszłego) pana premiera, a także tego duchownego, któremu się wydawało, że Morawieckiemu pomaga. Mam bowiem wrażenie, że takie „bardzo proszę pamiętać, że ja byłem przeciw” powinno gdzieś tam w necie pozostać.

Autor tekstu
Robert Bogdański

Robert Bogdański

Publicysta niezależny. Pisał w Do Rzeczy, Tygodniku TVP, Idziemy. W przeszłości szef anglojęzycznego portalu TVP, prezes Polskiej Agencji Prasowej, dziennikarz BBC i Reuters

Wyszukiwarka
Kategorie
Robert Bogdański

Robert Bogdański

Publicysta niezależny. Pisał w Do Rzeczy, Tygodniku TVP, Idziemy. W przeszłości szef anglojęzycznego portalu TVP, prezes Polskiej Agencji Prasowej, dziennikarz BBC i Reuters

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
Przemysław Miśkiewicz
blank