To już cztery lata, tak wiele się wydarzyło. Setki tysięcy ofiar, miliony uchodźców, zdewastowana pokaźna część Ukrainy. Wypowiedziano w tym czasie bardzo dużo słusznych słów, wydano wiele odezw, zwołano konferencji. A realnie? Hm, trudno właściwie powiedzieć. Niby Rosją potępiono, niby ogłoszono sankcje, niby Europa i Zachód się zjednoczyły, ale dlaczego wszyscy mamy przekonanie, że to nie tak miało się potoczyć. I nie piszę tu o samych działaniach na froncie, ocenę tego zostawię specjalistom od wojskowości, ale politycznie, czy gospodarczo świat nam się jeszcze bardziej pokomplikował. I jedyne co się nie zmieniło, to że moraliści dalej głoszą swoje wzmożone odezwy, tyle tylko, że tak jak jeszcze niedawno wielu z nich mówiło o konieczności współpracy z Rosją, tak teraz równie mocno Rosję krytykują. Chociaż i z tym bywa różnie.
Mnie w kontekście twórczości w ramach DOBITNIE, szczególnie interesuje energetyka. I można śmiało stwierdzić, że te cztery lata to i w energetyce czas dużych turbulencji, które także w Polsce mocno odczuliśmy, szczególnie w 2022 r. Pamiętamy, braki w dostawach węgla, biomasy, światowe rekordy cen gazu ziemnego. Ale – paradoksalnie – w 2022 r. mieliśmy też okazję do… dumy. Bo właśnie w tym roku świeżo ukończony Balticpipe (jeszcze raz wypada podziękować ministrowi Piotrowi Naimskiemu, prezesowi Tomaszowi Stępniowi i innym) z wcześniej uruchomionym gazoportem (2015) spowodowały, że przestaliśmy być wrażliwi na rosyjski szantaż gazowy. Tak, byliśmy wtedy przykładem i inspiracją dla wielu innych państw. Nie tylko w ofiarności naszego społeczeństwa przyjmującego miliony uchodźców z Ukrainy, nie tylko w dostawach sprzętu wojskowego dla Kijowa i mobilizowania innych w tym zakresie. Byliśmy też przykładem jak prowadzić sprawy bezpieczeństwa energetycznego.
I można tylko westchnąć, szkoda, że inni nie byli równie skuteczni. No, ale Europa dzielnie ogłaszała – wciąż ogłasza – kolejne pakiety sankcji i nawet chyba pojawiły się jakieś sukcesy. Przynajmniej deklaratoryjnie, np. RePowerEU przyjęty w 2022 r. nakazujący odwrót od rosyjskiego gazu. No i jeszcze… zaraz, zaraz… no właśnie. Niemiecka rafineria Schwedt jest dalej własnością Rosnieftu (i nie zmienia tego faktu zarząd powierniczy), cieśniny duńskie są wciąż otwarte dzięki czemu Rosja eksportuje z bałtyckich portów ropę w świat, a tankowce widmo hulają na całego. Niemcy, choć znacjonalizowały aktywa Gazpromu, to dalej importują gaz z Rosji – przyznajmy – wzbijając się na wyżyny kreatywności w kombinowaniu, nazywane przez takich malkontentów jak ja, państwową hipokryzją; słyszeli Państwo termin „farbowanie gazu”? Ale jak byśmy zajrzeli do niemieckich mediów czy posłuchali tamtejszych polityków, to można odnieść wrażenie, że największą zbrodnią w czasie wojny było wysadzenie kilku nitek Nord Stream i Nord Stream 2. Zresztą w import farbowanego gazu bawią się nie tylko Niemcy. Aha, a’propos farbowania surowca, to nasi zachodni sąsiedzi sprowadzają też za pośrednictwem rurociągu „Przyjaźń” biegnącego przez Polskę bardzo dużo ropy z… Kazachstanu. Wprawdzie Polacy dostarczyli już kilka lat temu dowody, że jest to ropa naftowa z Rosji, ale skoro w Berlinie mówią, że z Kazachstanu, to chyba można im wierzyć, w końcu to mocarstwo moralne? No właśnie, w takiej sytuacji nie dziwią już potajemne układy przedstawicieli Niemiec i Rosji a to w Dubaju, a to w innych miastach płw. arabskiego.
Już tylko dla porządku wspomnę o „drobiazgu”, o rosyjskich 200 mld USD wciąż bezpiecznie zdeponowanych w belgijskim systemie bankowym. A tyle było słusznych odezw o przekazaniu tych aktywów walczącej Ukrainie. Tu uczciwie trzeba przyznać, że akurat w tej sprawie kanclerz Niemiec był gorącym orędownikiem takiej decyzji. Chciano dobrze, wyszło jak zawsze, parafrazując znane porzekadło. I piszę to nie dlatego, by rytualnie narzekać, ale raczej tonować tych ciągle wzmożonych, którzy jeszcze 15, ba, 5 lat temu krzyczeli o konieczności układania się z Rosją. Po Gruzji, po Czeczenii… Piszę też po to, bo dość mam rytualnego gaszenia własnych wyrzutów sumienia niektórych polityków z Europy – o ile takie wyrzuty sumienia występują u polityków – a na pewno zakrzykiwania własnych błędów ciągłymi oskarżeniami o zdradę Europy kierowanymi pod adresempremierów Węgier i Słowacji. Owszem, i Orban i Fico mają sporo za uszami, to na pewno. Ale oni w odróżnieniu od prawie wszystkich pozostałych państw UE odziedziczyli infrastrukturalne uzależnienie od surowców z Rosji. Czy mogli zrobić więcej, by się z tego fatalnego związku wyzwolić? Zdecydowanie tak i tu mam sporo zastrzeżeń do Victora Orbana, właśnie za mało energiczne wyzwalanie się z energetycznej zależności od Moskwy. To trudny i długotrwały proces, ale w tym kontekście ostatnia aktywność premiera Słowacji zasługuje na podkreślenie. Tylko, że tu potrzebne było – i jest – zdecydowanie większe zrozumienie i wola pomocy ze strony najważniejszych graczy w UE. Ale zamiast tego mamy nieustanne połajanki, do których, niestety, dołącza się Kijów. Czy to pomaga? No właśnie …
A, że można lepiej i skuteczniej pokazuje administracja Donalda Trumpa, także w zakresie propozycji współpracy z Budapesztem i Bratysławą. Ale działania USA mają dużo szerszy zasięg. Globalny. To ciągły nacisk na światowych producentów ropy, by zwiększali wydobycie, dzięki czemu ceny na rynkach sukcesywnie spadają. Wprawdzie ostatnie zamieszanie wokół Iranu, akurat ten trend zatrzymały, ale generalnie ceny ropy są niższe, niż rok czy pół roku temu, a przez to wpływy do budżetu Rosji są zdecydowanie mniejsze. Zresztą Amerykanie sami stale zwiększają podaż ropy, uzyskując tym samym dodatkowy argument nacisku na inne państwa by ograniczały zakupy z Moskwy. To jest skuteczna broń. Trzeba przyznać, że czasem Donald Trump używa tego narzędzia w sposób brutalny, ocierający się o polityczną gangsterkę, jak uprowadzenie prezydenta Wenezueli Nicholasa Maduro. Innym razem jest łagodniejszy, wręcz ujmujący, ale z reguły dość skuteczny. Świetnym przykładem są Indie. Ogromne państwo, potężny importer surowców wyraźnie ograniczający ostatnio zakupy rosyjskiej ropy. Tylko w styczniu import z Rosji zmalał do ok 1,215 mln baryłek dziennie, co stanowi spadek miesiąc do miesiąca o ok. 12%. Tto ok. 250 mln USD mniej w budżecie Kremla; w jednym tylko miesiącu. A wiemy, że i inne państwa ograniczają zakupy. Rosja jest zmuszona sprzedawać ropę z dużymi dyskontami, zdecydowanie poniżej założonych w budżecie cen. Warto tu odnotować niedawną wypowiedź rosyjskiego oligarchy Olega Deripaski, że USA mogą w ten sposób zmusić rynkowo Rosję do sprzedaży swojej ropy Urals grubo poniżej założonego w budżecie poziomu 59 USD za baryłkę. A ceny, choć przyznajmy mocno się wahają, to już zdarzało się , że osiągały poziom grubo poniżej 50 USD.
Bez wątpienia, kluczowe znaczenie mają sankcje ogłoszone przez USA w październiku ub.r. wobec dwóch rosyjskich gigantów naftowych: Rosnieftu i Łukoila i stała presja Białego Domu. To jest dużo skuteczniejsze niż multiplikowane sankcje UE. Na tyle bolesne, że obie firmy znajdują się w ogromnych opałach zmuszone do pozbywania się kolejnych zagranicznych aktywów. Spójrzmy na Irak, właśnie władze tego państwa przejmują kontrolę nad ogromnym polem naftowym West Qurna 2, należącym w 75% do rosyjskiego Łukoila. Wspomniane pole naftowe to nie byle co, to jedno z największych na świecie miejsc wydobycia ropy naftowej, z możliwą produkcją nawet 480 tys. baryłek dziennie. Strona iracka już wcześniej skutecznie utrudniła działalność Rosjan wstrzymując m.in. płatności i załadunek kolejnych transportów ropy wydobytej przez Łukoil. Władze w Bagdadzie chcą, by w terminie do roku przedmiotowe aktywa znalazły nowego właściciela, nawet są kandydaci. Z USA…
Polityka energetyczna Donalda Trumpa to nie tylko sankcje czy cła, to generalny odwrót od polityki klimatycznej tak forsowanej w Europie. Odwrót od OZE, promowanie energetyki atomowej i wielki come back paliw kopalnych. Mógłby ktoś zauważyć, ze to podanie ręki Kremlowi, ale to nie takie oczywiste, co dość wyraźnie pokazują sankcje na naftowe koncerny z Rosji. To przede wszystkim, promowanie własnej produkcji, rodzimego przemysłu i wzmacnianie pozycji wobec Chin. A jaką odpowiedź ma Europa? Jak posłuchamy przewodniczącej KE, to w największym skrócie, jeszcze więcej tego samego. Więcej wiatraków, więcej paneli słonecznych, więcej redukcji CO2. No i rzecz jasna więcej ETS-ów i innych szalonych regulacji. Tyle, że ostatnie wypowiedzi kanclerza Niemiec, prezydenta Francji na temat systemu ETS – o premierach Słowacji i Czech nawet nie wspominając – i konkretne posunięcia rządu Włoch wskazują na to, że i klimatyczny unijny mur zaczyna się kruszyć. Na razie powoli, ale już widać szczeliny.
Już dawno wyrosłem z zabaw w stylu „co by było, gdyby”. Nie wiem i nawet nie chcę się zastanawiać, jak wyglądałaby światowa gospodarka i energetyka, gdyby nie decyzja Putina o agresji na Ukrainę. Co by było z Nord Stream 1 i 2, co z Zielonym Ładem, polityką USA wobec atomu i paliw kopalnych (kto byłby prezydentem), jak przedstawiałaby się kondycja Rosnieftu i Łukoila, co ze światową ofensywą OZE etc. Świat się zmienił, tyle wiem. I w energetyce też widać wyraźną korektę dominujących trendów. Ba, w niektórych obszarach mamy wręcz rewolucyjne zmiany.
A my powinniśmy uważnie analizować sytuację w światowej energetyce i podejmować decyzje, ale nie pod wpływem popularnych opinii i w żadnym stopniu, pod dyktando obcych, choćby zaprzyjaźnionych stolic i zagranicznych lobbies przemysłowych. Porzućmy myśl, że to my mamy zbawić wszystkich na około, czy to realizując reformy, programy zakupowe czy wdrażając kolejne etapy transformacji energetycznej (cokolwiek to oznacza). My także nie przyniesiemy pokoju na Ukrainie. Ale powinniśmy zrobić wszystko, by wojna nie wtargnęła w nasze granice. Przede wszystkim nasz interes i nasze bezpieczeństwo, także energetyczne. Widać, że rozumieją to obywatele, na co wskazuje lawinowy wzrost poparcia społecznego dla energetyki jądrowej. Polacy jednoznacznie oczekują poprawy bezpieczeństwa państwa, słusznie identyfikując to także ze wzrostem bezpieczeństwa energetycznego i z technologiami atomowymi.
Czy rozumieją to nasi politycy? Myślę, że Prezydent i znaczna część opozycji tak. Czy to samo mogę powiedzieć o politykach koalicji rządowej? Hm… niektórzy chyba tak i mam nadzieję, że to nie jest huraoptymizm.
