Ostatnie tygodnie przyniosły serię incydentów wymierzonych w społeczności żydowskie w Europie. W Rotterdamie podpalono synagogę. W Amsterdamie eksplozja uszkodziła szkołę żydowską. W Londynie spłonęły cztery ambulanse Hatzoli – żydowskiej organizacji ratowniczej. To nie są już pojedyncze epizody, lecz obraz Europy, w której antysemityzm przeradza się w brutalną, fizyczną agresję. Nienawiść wyszła z internetowych forów i przeniosła się na ulice.
A jednak właśnie w takim momencie pojawiają się Braun i Berkowicz ze swoimi popisami. Dzięki nim to nie Rotterdam czy Londyn stają się w oczach świata symbolem problemu, lecz Warszawa. W międzynarodowym obiegu medialnym Polska znów funkcjonuje jako kraj, w którym antysemickie obsesje mają miejsce na głównej scenie politycznej i są wygłaszane bez większego skrępowania.
To zjawisko jest szczególnie szkodliwe, bo całkowicie zaburza proporcje. Gdy na Zachodzie płoną szkoły i synagogi, uwaga opinii publicznej przesuwa się na Polskę – bo tutaj kilku radykałów uznało, że antysemicka prowokacja to najkrótsza droga do zasięgów.
Najbardziej ponure jest to, że taki mechanizm bywa na rękę wielu środowiskom. W Berlinie nikt nie ma interesu w nadmiernym nagłaśnianiu własnych, systemowych problemów z antysemityzmem. W Moskwie tym bardziej nikt nie będzie rozdzierał szat nad tym, że Polska po raz kolejny staje się wygodnym, negatywnym symbolem.
Polska nie zasługuje na to, by być twarzą europejskiego antysemityzmu – bo po prostu nią nie jest. I na tym polega największy absurd tej sytuacji. Tam, gdzie dochodzi do realnych ataków i eksplozji, często panuje informacyjna powściągliwość. Tam, gdzie dwóch cyników robi medialny spektakl, rodzi się krzywdząca narracja o całym narodzie.
A rachunek za ten żałosny teatr – jak zwykle – wystawia się Polsce.
