Polska polityka wobec Gruzji znalazła się w ostatnich latach w ślepym zaułku. Z kraju, który jeszcze kilkanaście lat temu był jednym z najważniejszych adwokatów Tbilisi w Europie, Warszawa coraz częściej staje się surowym recenzentem, powielającym narrację płynącą z Brukseli i Berlina. Problem w tym, że ta narracja – oparta na uproszczeniach i moralnych skrótach – coraz słabiej opisuje rzeczywistość na Kaukazie Południowym, a coraz mocniej szkodzi polskim interesom strategicznym. Czy Polska ma wybierać kasztany z ognia dla europejskich mocarstw?
W 2008 roku Gruzja była symbolem. Wojna z Rosją i wystąpienie Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi zapisały się w pamięci Gruzinów jako moment realnego wsparcia, a nie dyplomatycznej kurtuazji. Polska była wtedy państwem, które rozumiało, czym jest rosyjski imperializm – nie z raportów, lecz z własnego doświadczenia historycznego. Dziś ten kapitał zaufania wciąż istnieje w gruzińskim społeczeństwie, ale czy uda się go nie roztrwonić?
Po 2022 roku polska debata o Gruzji została zdominowana przez narrację zero-jedynkową: albo pełna identyfikacja z liberalną opozycją w Tbilisi, albo oskarżenie o „prorosyjskość”. W tej logice nie ma miejsca na niuanse, kontekst bezpieczeństwa ani realia państwa granicznego, które wciąż ma na swoim terytorium rosyjskie wojska. Nawiasem mówiąc, oskarżanie obecnych władz Gruzji o ciepłe uczucia do Putina ma się tak do rzeczywistości, jak brednie o „prorosyjskich” PiS i Konfederacji.
„Putinizacja Gruzji” – publicystyczna teza zamiast analizy
W przestrzeni publicznej coraz częściej pada teza, że Gruzja staje się „sojusznikiem Putina”. Jest ona nośna medialnie, ale nie ma solidnych podstaw faktograficznych. Gruzja nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych z Rosją od 2008 roku, uznaje Abchazję i Osetię Południową za terytoria okupowane, głosowała w ONZ za rezolucjami potępiającymi rosyjską agresję na Ukrainę i nie należy do żadnych rosyjskich struktur integracyjnych.
Sojusznik Rosji to państwo, które udostępnia swoje terytorium do prowadzenia wojny, synchronizuje politykę zagraniczną z Kremlem i bierze udział w rosyjskich projektach wojskowych. Gruzja takim państwem nie jest. Ostrożność wobec Moskwy nie oznacza lojalności – oznacza świadomość własnych ograniczeń. Gdzie leży Moskwa, a gdzie Bruksela – wystarczy spojrzeć na mapę.
UE i Niemcy: wsparcie selektywne, nie neutralne
Kluczowym problemem obecnej polityki Zachodu wobec Gruzji jest jej selektywny charakter. Unia Europejska oficjalnie deklaruje wsparcie dla „pluralizmu” i „społeczeństwa obywatelskiego”, lecz w praktyce ogromna część środków finansowych trafia do bardzo konkretnych środowisk: liberalno-lewicowych NGO, watchdogów i mediów jawnie skonfliktowanych z rządem Gruzińskiego Marzenia.
To nie są oczywiście przelewy dla partii politycznych, lecz są to pieniądze, które budują zaplecze narracyjne, eksperckie i kadrowe jednego obozu politycznego. Niemieckie fundacje partyjne, w tym Fundacja Heinricha Bölla, działają w Gruzji nie jako neutralni obserwatorzy, lecz jako element ideologicznego soft power, powiązanego z określonymi nurtami politycznymi w Berlinie. W żadnym dużym programie unijnym nie widać symetrycznego wsparcia dla środowisk konserwatywnych, centroprawicowych czy tradycyjnych. „Pluralizm” kończy się tam, gdzie zaczyna się ideologia.
Taka polityka przynosi skutki odwrotne od deklarowanych. Dla części gruzińskiego społeczeństwa „europejskość” zaczyna być postrzegana nie jako projekt wspólnotowy, lecz jako narzędzie nacisku i ingerencji w wewnętrzny spór polityczny. W dłuższej perspektywie osłabia to poparcie dla integracji z UE – paradoksalnie w kraju, który wciąż ma jedne z najwyższych wskaźników poparcia dla Zachodu w regionie. Lewicowo-liberalne kręgi przywódcze UE, świadomie lub nie, dają Putinowi ogromny prezent propagandowy. Pokazują bowiem, że dla nich gruzińska suwerenność ma mieć określone (najlepiej tęczowe) barwy. Rosja wcale nie musi wtedy interweniować – wystarczy, że Zachód sam się obrazi. Bo rządzi nie ta partia, która powinna.
Nawiasem mówiąc: faryzejskie moralne oburzenie Brukseli na Gruzińskie Marzenie nie wytrzymuje konfrontacji z postawą unijnych „złotych bażantów” w odniesieniu do tegorocznych wyborów prezydenckich w Rumunii. Przypomnijmy, że unieważniono je dlatego, że zwycięzcą okazał się kandydat spoza agendy UE. Rozpisano je ponownie i wówczas – ku zadowoleniu Brukseli – wygrał już ten słuszny i uległy. Czy takie środowisko może rościć sobie prawo do recenzowania, kto ma mandat demokratyczny, a kto go nie ma?
Głosy w Polsce: nie tylko jedna linia
Polska, powielając bezrefleksyjnie tę narrację, rezygnuje z własnej podmiotowości. Zamiast być partnerem i pośrednikiem, staje się jednym z wielu moralizujących komentatorów, tracąc wpływ, który budowała przez lata. Komentuje, ale nie działa.
W naszej debacie, całe szczęście, nie brakuje jednak głosów bardziej wyważonych. Niektórzy politycy związani z PiS i Konfederacją wskazują, że izolowanie Gruzji i sprowadzanie jej do roli „problemu” jest błędem strategicznym. Podkreślano, że Zachód już wcześniej popełniał podobne błędy – blokując aspiracje Gruzji w NATO i UE, co tylko zwiększało pole manewru dla Rosji. Na drugim biegunie znajdują się wypowiedzi polityków rządzącej dziś koalicji, które często wprost utożsamiają protesty uliczne w Tbilisi z „wolą narodu”, a rząd z autorytaryzmem i prorosyjskością. To narracja efektowna, ale uproszczona – i słabo tłumacząca złożoność gruzińskiej sceny politycznej.
Trzeźwy osąd pilnie potrzebny
Polska nie musi popierać rządu Gruzji, ale nie powinna go demonizować. Ocieplenie relacji nie oznacza akceptacji każdej decyzji Tbilisi – oznacza rozmowę, obecność i wpływ. Państwa, które rezygnują z dialogu w imię moralnej czystości, bardzo często oddają pole innym graczom. Również Rosji.
Polska polityka wschodnia była kiedyś – a przynajmniej miała być – oparta na realizmie i zdolności myślenia długofalowego. Dziś zbyt często przypomina logikę mediów społecznościowych: szybką, emocjonalną i zero-jedynkową. Gruzja nie jest krajem idealnym. Ale nie jest wrogiem ani żadnym rosyjskim satelitą. A państwa, które zaczynają traktować potencjalnych partnerów jak moralnie skażonych petentów, kończą zwykle z jednym sojusznikiem mniej – i jednym problemem więcej.
