Po śmierci Łukasza Litewki, wartościowego człowieka lewicy, mieliśmy do czynienia z powszechnym i szczerym żalem na prawicy. W drugą stronę nigdy to nie działa. Zamach na prawaka albo jego choroba to przyczynek do darcia łacha. Dlaczego?
Nie przeceniajmy w ogóle jakiejś szczególnej klasy naszego komentariatu. Ale jednak w takich sytuacjach wychodzą na jaw – nawet dobitniej niż zwykle – różnice między stronami. I zastanawiam się, czy nie jest to jednak kwestia tego, co się wynosi z domu. Gdy ktoś ze strony liberalnej ma wypadek, choruje, dochodzi do zamachu – bez względu, czy kończy się na strachu, czy na tragedii – z prawej słychać głosy współczucia. A z lewej zawsze, ale to zawsze, próbę politycznego zdyskontowania sytuacji. Najbardziej spektakularnym przykładem była śmierć Pawła Adamowicza, czy nawet rozmaite przypadkowe śmierci przypadkowych osób, z których ludzie Tuska robili „ofiary PiS”.
Trzeba przyznać, że prawa strona też nieraz przeginała i przegina z politycznym, bieżącym wykorzystywaniem tragedii smoleńskiej. Ten szpaler działaczy ciągnących za prezesem każdego 10. dnia miesiąca. W radości z powodu tego, że w USA lub Izraelu „kogoś zabito”, celował Dominik Tarczyński – jest on jednak wyjątkiem. Różnica jest dostrzegalna. Kilka godzin po nieudanym zamachu na amerykańskiego prezydenta – na razie jeszcze niewiele wiadomo, więc dopiszmy „domniemanym zamachu” – brakowało jakichkolwiek publicznych wyrazów zaniepokojenia ze strony polskiego rządu. Tak aktywny w mediach społecznościowych Donald Tusk jeszcze w południe milczał. Dodajmy, że w czasie swoich poprzednich rządów, co najmniej kilkanaście razy składał kondolencje przy każdej okazji Władimirowi Putinowi. Zawsze dbał o to, by być przed innymi.
Teraz czeka na reakcje przywódców europejskich, musi dostać sygnał z Brukseli, Berlina. Bada, jak potraktować wymagająca dekoracji empatii sytuację u najważniejszego sojusznika zarządzanego przez nielubianego i gnębiącego Tuska przywódcę. Odezwał się za to znany analityk i były aparatczyk SLD Wojciech Szewko, który stwierdził na X: „no niestety”.
Mord na Charliem Kirku, ale też u nas choćby śmierci sędziów Trybunału Konstytucyjnego z „pisowskiego rozdania”, budziły po lewej stronie ogromną ilość radości. Dodajmy: wśród ludzi, którzy na temat zmarłych nic nie wiedzieli (posłanka Żukowska i jej „śmierć dublera”).
Konserwatyzm zakłada, że wszyscy jesteśmy omylni i grzeszni, nasi przeciwnicy polityczni, ale i my. Dlatego łatwiej o współczucie. Progresywizm dzieli świat na dobrych i złych, oświeconych i ciemnogrodzkich. A „źli” nie zasługują na litość, zasługują na porażkę, a nawet bycie wyeliminowanymi. To nie jest kwestia strategii politycznej, to kwestia podejścia antropologicznego. Jest różnica. A pozytywny aspekt tej sprawy? Że w żaden sposób nie osłabia to sytuacji prawicy. Wręcz przeciwnie.
Więcej na temat śmierci posła Litewki piszę w Interii:
