Były premier Leszek Miller robi ostatnio furorę w prawicowych mediach. Gdy z ironicznym uśmieszkiem mówi o naiwności tych, którzy pomagają Ukraińcom, część prawicy dostaje spazmu.
Oto czerwony towarzysz na stare lata miał zmądrzeć i przejść na prawą stronę. Rozum mu niby przywróciło, bo jest na emeryturze i nie musi już udawać. Bo skoro był w konflikcie z Aleksandrem Kwaśniewskim, nie znosi Włodzimierza Czarzastego, z zazdrością i uznaniem mówił o Jarosławie Kaczyńskim, to gdzieś w głębi jego czerwonego serca musi drzemać iskierka kierującego się zdrowym rozsądkiem patrioty.
Cóż, amnezja jest jedną z najgorszych cech polskiej publicystyki. Nikt nawet nie zadaje sobie pytania skąd się wzięła antyukraińskość Leszka Millera? A może ona ma takie same korzenie, jak sięganie po rosyjskie pieniądze, by po upadku komuny zbudować lewicową partię w Polsce? Wszak to Miller jechał do Moskwy o pożyczkę i przywoził kasę.
A może podłoże tej niechęci do walczących z Rosjanami Ukraińców ma związek z tym, że rząd, którego Miller był premierem zrezygnował z budowy gazociągu z Norwegii do Polski, który energetycznie uniezależniłby nas od Moskwy? Oferta Norwegów była wówczas wyjątkowo korzystna – wiedząc, że Polska nie ma pieniędzy, chcieli położyć rurę na swój koszt. Leszek Miller powiedział „niet” i razem z Waldemarem Pawlakiem podpisali skrajnie niekorzystny dla Polski kontrakt z Rosją.
Czy promujące go prawicowe media naprawdę uwierzyły, że jak stary komuch przechodzi na emeryturę, to może zerwać więzy przyjaźni z Kremlem? A niedźwiedź po prostu o dawnym towarzyszu zapomni? Da mu spokój, bo jest stary i zmęczony. Czy to przypadkiem nie Rosji najbardziej zależy o wzbudzaniu w Polsce antyukraińskich nastrojów? Czy to nie oni zawsze dążą do destrukcji i zamieszania?
Wiktor Suworow pisał, że za wstąpienie do GRU trzeba zapłacić rubla, za wyjście dwa ruble. Podobnie było z wchodzeniem do komunistycznej wierchuszki. Drogi odwrotu nie było.
