Gdy Niemcy zaczynają mówić o swoim przywództwie w Europie, to znaczy, że nadciąga katastrofa. Szczególnie dla naszego regionu.
Na Monachijskiej Konferencji Pokojowej kanclerz Friedrich Merz rozpoczął proces emancypacji Niemiec od Stanów Zjednoczonych. Tamtejsze media ogłosiły jego wystąpienie jako „europejską deklarację niepodległości”, gdyż szef niemieckiego rządu uznał, że USA straciły status dominującego supermocarstwa, a jego kraj zamierza pełnić rolę przywódczą w Unii Europejskiej. Merz zrobił to zresztą sprytnie przywołując słowa polskiego ministra sprawa zagranicznych: – Już 15 lat temu Radek Sikorski powiedział nam, Niemcom: „Mniej obawiam się niemieckiej siły niż niemieckiej bezczynności”. Te dwa elementy są częścią naszej odpowiedzialności, wynikającej z naszej historii i położenia geograficznego. Tę odpowiedzialność przyjmujemy.
Deklaracja kanclerza z wielu powodów brzmi złowieszczo. Wypychanie Amerykanów z Europy będzie oznaczało konieczność zbudowania nowego systemu bezpieczeństwa na kontynencie. Jeśli nie będzie Amerykanów, konieczne będzie porozumienie z Rosją. Merz doskonale to rozumie i ma nadzieję, że Rosja będzie na to gotowa, gdy skończy się wojna na Ukrainie. Wówczas wycieńczona długotrwałym konfliktem oraz sfrustrowana brakiem zwycięstwa Moskwa stanie przed koniecznością przeformatowania swojej polityki. To oznacza okazję na zawarcie nowych porozumień z Niemcami i Francją.
Ten scenariusz – jakże korzystny dla Berlina, wszakże w przeszłości właśnie na tym opierała się siła i potęga Niemiec – będzie oznaczał katastrofę dla Polski i całej Europy Środkowej. Nasz region straci swoją podmiotowość i zostanie podzielony na strefy wpływów: niemiecką i rosyjską.
W praktyce oznacza to koniec polskich marzeń o dynamicznym rozwoju, doganianiu Zachodu i budowaniu swojego potencjału. Dla Niemiec będziemy pełnili rolę państwa buforowego oraz zaplecza gospodarczego i ludnościowego. Znamy to już z historii. I co prawda zdaniem Donalda Tuska okres zaborów oznaczał dla Polaków szybki rozwój pod pruskim berłem, jednak tak naprawdę obszar ten był przedmiotem eksploatacji.
Kanclerz Merz idzie jednak dalej i dostrzega możliwość nowych sojuszów: – Chiny systematycznie wykorzystują zależności innych państw i redefiniują porządek międzynarodowy na swoją korzyść. Jeśli po upadku muru berlińskiego istniał „moment jednobiegunowy”, to już minął. Roszczenie Stanów Zjednoczonych do przywództwa zostało zakwestionowane, a być może nawet utracone – przyznał.
Tego rodzaju słowa powinny być kubłem zimnej wody dla wszystkich, którzy z taką nadzieją patrzyli na Berlin. Merz pokazuje twarz Niemiec, jakie znamy z przeszłości – butne, imperialistyczne, a przede wszystkim skrajnie niebezpieczne. Ilekroć Niemcy zgłaszali pretensje do przywództwa w Europie kończyło się to katastrofą dla całego kontynentu.
Jednym sposobem utrzymania pokoju i spokoju w Europie była rezygnacja Berlina z mocarstwowych ambicji. Merz przywołał jednak z powrotem tego demona przeszłości i z jego pomocą zamierza rządzić nie tylko swoim krajem, ale całym kontynentem.
Mariusz Staniszewski
