Przyzwyczailiśmy się do tego, że wydarzenia pędzą i trudno za nimi nadążyć. Wraz z wydarzeniami pędzą komentatorzy, starający się jak najszybciej dostarczyć światu niezbędnych wyjaśnień. Przyzwyczajeni do ostrego tempa, zdajemy się czasem nie zauważać, że w gonitwie zdarzeń następuje pauza i należałoby poczekać, aby wyciągnąć jakikolwiek sensowny wniosek.
Uczciwość nakazywałaby wtedy powiedzieć, że nie wydarzyło się nic wielkiego albo że dzieją się jakieś podskórne procesy, których rezultatu nie jesteśmy jeszcze w stanie przewidzieć. Jednak nieubłagana rzeczywistość medialna każe formułować wnioski na siłę i budować konstrukcje, które co prawda za chwilę mogą się zawalić, ale natłok spraw powoduje, że niewielu będzie o tym pamiętać. To przekleństwo komentatorów, którzy ulegają mu, chcąc zaistnieć albo nie wypaść z obiegu.
Doskonałą okazją do obserwacji tego stanu rzeczy była oczywiście wizyta Donalda Trumpa w Chinach i dwa konflikty w tle — wojna z Iranem oraz napięcie wokół Tajwanu. Pojawiły się więc narracje — i to ze strony naprawdę poważnych mediów, a niekoniecznie krajowego chowu geopolityków — dotyczące właśnie tych dwóch problemów.
Pierwsza znalazła się w materiale Reutersa, który zamieścił obszerny tekst przekonujący, że Trump będzie w Pekinie prosił Xi Jinpinga o pomoc w kwestii Iranu, ponieważ Ameryka wplątała się tam w konflikt, którego nie jest w stanie rozwiązać samodzielnie i potrzebuje do tego życzliwości wschodzącego mocarstwa.
Bez cytatów proszę
Co zabawne, czytelnik tego tekstu mógł niemal jednocześnie posłuchać wypowiedzi Donalda Trumpa, który na pytanie o to, czy będzie rozmawiał o Iranie, odpowiadał dość jasno — jak na niego — że poradzi sobie sam i niczego takiego nie przewiduje. Gdyby Trump kluczył albo unikał tematu, można byłoby próbować budować na tym jakiś przekaz, ale jego wypowiedzi były jednoznaczne.
Swego czasu, jako newsowiec Reutersa, zostałem nauczony, że każdy materiał należy oprzeć na cytacie, który powinien stanowić podstawę do rozwijania tematu. Wyraźnie od tego czasu sporo się zmieniło i teraz cytat nikomu nie psuje narracji.
Garnek na gazie
Po wizycie Trump powiedział, że obie strony zgodziły się, iż Iran nie może mieć broni jądrowej. Czy to oznacza, że prosił o pomoc? Wątpliwe. Czy ta deklaracja Chin oznacza cokolwiek? Wiele wyjaśnia tu postawa Pekinu wobec Korei Północnej: dekadę temu wspólnie z tak zwaną wspólnotą międzynarodową sprzeciwiał się nuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, ale w ubiegłym roku dyskretnie z tego zrezygnował. Z Iranem zapewne będzie podobnie — Chiny postąpią tak, jak będzie im wygodnie.
Sytuacja wokół Iranu jest zresztą klasycznym przykładem konfliktu, którego rozwiązanie dojrzewa i zależy od upływu czasu, więc wyciąganie pochopnych wniosków jest niecelowe. Można ją porównać do postawienia na gazie garnka z wodą: nie należy oczekiwać, że woda zacznie wrzeć po kilku minutach, ale za godzinę zawrze na pewno. Taki przekaz płynie od Trumpa i jego ludzi od wielu tygodni, a niecierpliwość komentatorów wydaje się wynikać z tego, że pozornie nic się nie dzieje.
Drugą narrację zapoczątkował „Financial Times”, który w przeddzień lądowania delegacji amerykańskiej w Pekinie napisał, że Trump zamierza handlować z Chińczykami Tajwanem. Ponieważ Stany Zjednoczone utrzymują wobec wyspy stan określany mianem „strategicznej niejednoznaczności” („strategic ambiguity”), każda dotycząca tego informacja — zwłaszcza taka oparta „na źródłach” — budzi emocje.
Sprzyja temu przekonanie, że Trump jest politykiem nieprzewidywalnym, pod którym to określeniem większość ludzi rozumie brak określonej strategii i działanie pod wpływem emocji. Mało kto zapewne zauważył tekst dwóch specjalistów z Hudson Institute, którzy dzień później wyjaśniali, dlaczego Tajwan jest kluczowy dla rozwoju sztucznej inteligencji i będzie kluczowy jeszcze przez wiele lat. Oddanie Tajwanu podcinałoby więc jeden z najmocniej deklarowanych celów Trumpa, czyli dążenie do osiągnięcia przewagi w rozwoju AI. Tak nieprzewidywalny to nawet on nie jest.
Taiwan as usual
Xi Jinping próbował w trakcie spotkania podnieść temat konfliktu między mocarstwami, odnosząc się do pułapki Tukidydesa, ale Trump to przemilczał, zaś Marco Rubio — zapewne delegowany do załatwienia tematu — powiedział, że owszem, strona chińska jak zawsze podniosła temat kontroli nad Tajwanem, a strona amerykańska jak zawsze tego wysłuchała, podtrzymała swoje stanowisko, po czym przeszła do innych tematów spotkania.
Wsparcie Tajwanu zostało więc utrzymane — rzecz jasna nie z powodu jakiegoś altruizmu Amerykanów, tylko z powodu ich jasno określonych interesów, w które Tajwańczycy potrafili się doskonale wpisać. Co jest, nota bene, dobrą nauką dla nas.
W czasie, gdy pracowałem w BBC, czyli już ponad trzy dekady temu — a przez ten czas wiele się zmieniło, włącznie z BBC — tamtejsi komentatorzy mieli zwyczaj często kończyć swoje teksty uniwersalnym stwierdzeniem: „Czas pokaże, jak potoczą się wydarzenia”.
Wtedy zżymałem się na tego rodzaju ostrożność, jednak dziś, gdy nastąpiła proliferacja wszechwiedzących speców od geopolityki, którzy zbierają wokół siebie grona wyznawców lubiących także zaznać przyjemności przebywania wśród tych, co rzekomo jako jedyni posiedli klucz do prawdy, coraz bardziej doceniam wartość powściągliwości w komentowaniu.
fot: Newsroom „The New York Times” CC Wikipedia
