Koalicjanci KO prężyli muskuły, zapowiadali rejtanowskie gesty, ale skończyło się jak zwykle – na czczej gadaninie. W ciągu niemal czterech lat sterowania trudną koalicją, którą scala jedynie wola blokowania PiS, Donald Tusk miał nieraz okazję sprawdzić, że im wznioślejsze i bardziej buńczuczne deklaracje, tym bardziej podkulają ogon w chwili, gdy trzeba wyłożyć karty na stół. Koalicja w zasadzie jednomyślnie poparła kandydaturę Macieja Berka, który jako pierwszy w dziejach Trybunału Konstytucyjnego z dnia na dzień zamienił posadę rządowego polityka na stanowisko sędziego TK. Tu należałoby postawić znak zapytania, bowiem wszystko wskazuje na to, że prezydent wykorzysta każdy kruczek prawny, by nie dopuścić do złożenia przez ministra-sędziego ślubowania. Cóż, jeśli ktoś sądził, że apogeum kotłowaniny w Trybunale mamy za sobą, to okrutnie się mylił.
Tusk osiągnął za jednym zamachem kilka celów. Podkreślił swoją pozycję „samca alfa” w koalicji: wymyślił Berka, wymyślił zatem rozwiązanie kontrowersyjne i idące pod prąd obietnicom wyborczym. Następnie nie dość, że zbagatelizował głosy organizacji pozarządowych jak najdalszych od sympatii dla PiS i prawicy, to jeszcze publicznie nie zniżył się do dyskusji z wątpiącymi w słuszność jego decyzji politykami obozu rządowego. Pokazał na zewnątrz spójność koalicji, a na potrzeby wewnętrzne pokazał, że to on i tylko on ma głos decydujący. Marszałek Göring mawiał, że on decyduje, kto jest Żydem, a Donald Tusk osobiście decyduje, kiedy zawłaszczanie organów państwa jest dobre, a kiedy złe.
Kilka celów premiera Tuska
Wybór swojego bliskiego współpracownika i kandydata do Sejmu z listy KO ma nie tylko zabezpieczyć większość w TK na wypadek wygranej prawicy – a raczej sformowania przez nią rządu, co przy obecnych sondażach wydaje się trudniejsze niż uzyskanie większości w parlamencie. To element przygotowania do siłowej rozprawy z Trybunałem Konstytucyjnym w obecnym składzie. Mówiąc o siłowej rozprawie, nie mam na myśli wyciągania przez policję za włosy „pisowskich” sędziów (co swoją drogą nie jest wykluczone), ale kompleksowe, wielokierunkowe działania. Pierwsze z nich, odebranie organowi funduszy, jest już realizowane. Kolejne to orzeczenia kontrolowanych przez władzę sądów, wspierane przez orzecznictwo unijnych „niezależnych” trybunałów, działania prokuratury, w tym zatrzymania w świetle kamer.
Takie ruchy mają pokazać elektoratowi koalicji, który wszak również odczuwa drożyznę i inne problemy, a nie każde działanie rządu ocenia pozytywnie, że premier jest człowiekiem ze stali. Takim Piłsudskim na miarę dzisiejszych czasów, który może nie wykrzykuje nic o ufajdanych posłach, ale zmiażdży pisowską jaczejkę, rozniesie ją w pył. W roku poprzedzającym wybory Tusk ma się jawić nie jako starszy pan, który jest znudzony Polską i chętnie by posiedział za dobre pieniądze w Brukseli, ale jako energiczny, twardy mąż stanu.
Karol Nawrocki wie, o co toczy się gra
Tymczasem do ostrego sporu o Trybunał nie od dziś przygotowuje się Pałac Prezydencki. Skoro pod pretekstem proceduralnych, powiedzmy sobie – śmiesznych uchybień Karol Nawrocki zdecydował się na nieprzyjęcie ślubowania od czwórki sędziów, a z przyjęciem ślubowania od poprawnie wybranego zwlekał całe tygodnie, to tym razem też nie ułatwi rządowi działania. Przed wyborem Macieja Berka do TK politycy PiS i przedstawiciele prezydenta mówili publicznie o wątpliwościach co do spełnienia przez kandydata wymogu stażu działalności jako radcy prawnego. Dzisiaj wskazano, że Berek został wybrany na miejsce kończącego kadencję „dublera”, a tym samym koalicja zadała kłam wyznawanemu przez siebie dogmatowi o podziale sędziów na legalnych i nielegalnych. Nie zdziwię się, jak na dniach usłyszymy kolejne argumenty contra Berekum. Im więcej nawet nieco kuriozalnych argumentów przeciw prawomocności wyboru, tym mocniejsze uzasadnienie dla prezydenckiej odmowy przyjęcia ślubowania od sędziego-elekta.
Pałac Prezydencki czyści przedpole na kampanię prawicy
Odnoszę nieodparte wrażenie, że przy chaosie wewnętrznym w PiS, kulawej komunikacji tej partii i rozdrobnieniu prawicy w Sejmie to ośrodek prezydencki bierze na siebie ciężar wsparcia w kampanii obozu prawicowego. Karol Nawrocki zresztą od początku pokazuje, że nie jest prezydentem PiS, a prezydentem całej prawicy. Nieprzypadkowo ponad 80 proc. sympatyków obu Konfederacji pozytywnie ocenia jego działania. To on, a nie Jarosław Kaczyński, siada dziś do partii pokera z Donaldem Tuskiem. I Tusk, próbując zaszkodzić głowie państwa, a to odgrzewaną sprawą kawalerki pana Jerzego, a to aferą Zondacrypto, walczy nie z Karolem Nawrockim jako takim, ale z nieformalnym liderem polskiej prawicy. Dzisiaj, używając porównań z ulubionego sportu pana prezydenta, Nawrocki jest już zawodnikiem wagi ciężkiej. W tej samej wadze chodzi premier.
Dlatego bardziej niż kolejne potyczki słowne Kaczyńskiego z Tuskiem i harcowników obu partii powinno się śledzić zmagania na linii rząd – duży Pałac. To one mogą przesądzić o tym, który z obozów uzyska większość w Sejmie. Powtórzę raz jeszcze: patrząc na obecne sondaże, ta większość nie musi przełożyć się na stworzenie rządu, a już na pewno nie rządu stabilnego.
*** Polecam obserwowanie mojego kanału na WhatsApp: Barometr – Dzień w Liczbach.7 dni w tygodniu na bieżąco sondaże, statystyki, wyniki z zakresu polityki i gospodarki ***
