Ten felieton mógłby mieć, a nawet miał mieć tytuł: „Polska Chrystusem narodów, odcinek 1436”. Mimo wszystko powinniśmy się cieszyć, że z innej strony – jakkolwiek byśmy ich dziś nie oceniali – od czterech lat tę robotę wykonują za nas Ukraińcy. Ale, jak się okazuje, nie znaczy to, że sami jesteśmy bezrobotni.
Od połowy weekendu sieć dosłownie zasypana jest wpisami przedstawicieli wszelkiej maści światowej prawicy: od byłego doradcy Margaret Thatcher, przez norweskich nacjonalistów i magowców z USA, aż po japońskich suwerenistów z Sanseito. Wszyscy piszą to samo: są za Polską i przeciwko przemocowemu, niedemokratycznemu reżimowi, który za pomocą ustanowionych przez siebie nominatów przeprowadza nad Wisłą zamach stanu. Polski prezydent przeskakujący przez policyjne barierki i samotnie idący naprzeciw szeregów uzbrojonych po zęby policjantów, za którymi kryją się owe pacynki, stał się symbolicznym obrazem tych wydarzeń.
Z drugiej strony mamy mainstreamowe niemieckie media, komunikaty Komisji Europejskiej, wydukane za prompterem stanowisko trzęsącego się, brukselskiego nominata nad Wisłą i wspierający go chórek agresywnych rządowych propagandzistów, z państwem Wielowieyską i Wielińskim na czele. Wszyscy oni domagają się „spokoju na ulicach”, „ukarania winnych” i potępiają wichrzycieli.
Wolność kontra zagraniczni gwaranci
Nie trzeba być historykiem, by ponownie rozpoznać ten sam wzorzec. Nową odmianę starego mechanizmu. „Nie macie prawa. Nie będziecie nam mówić, co mamy robić. Jesteśmy wolni, a jeśli wam się to nie podoba, to strzelajcie do nas”. Z drugiej strony mamy – wcale niepozbawioną podstaw, choć podszytą lękiem – wiarę w to, że „zagraniczni gwaranci” jeszcze przez jakiś czas będą chronić miejscową obsługę przed własnym narodem. A żeby tak się stało, trzeba być gotowym do rozliczeń z tym narodem i tłamszenia jego aspiracji.
Do tego dochodzą te same modele propagandowe, gadzinówki, język stanu wojennego i cała reszta. Czy urbanowskie opowieści o garsonierze księdza Popiełuszki różnią się aż tak bardzo od opowieści o Grand Hotelu Karola Nawrockiego? I wciąż to samo: uwięzić, zniszczyć, wyłączyć, ocenzurować. Ten sam Żurek co zawsze. Renegaci i najgorszy element na usługach.
Potrafimy tworzyć piękne obrazki, ale potrafimy też – albo jakoś tak się składa – jako pierwsi stawać do walki o wartości i mierzyć się z siłami, które zniewalają wielu innych. Nas zniewalają bardziej i brutalniej, bo stawiamy większy opór. Może dlatego okupacje bywają tu brutalniejsze, a wejścia do trybunałów bardziej gwałtowne.
Miał być boost, jest zamordyzm
Przykro to dziś pisać, zwłaszcza że przed laty sam głosowałem – choć z wielką rezerwą i pod wpływem usilnych namów znajomych – w londyńskim konsulacie za wejściem Polski do Unii Europejskiej. Do dziś uważam, że projekt współpracy gospodarczej i technologicznej, rozsądnego współdecydowania politycznego oraz wymiany społecznej w obrębie Europy może być czymś fantastycznym. Może zapobiegać przyszłym wojnom i stanowić dla nas wszystkich istotny impuls rozwojowy – dopalacz i polisę bezpieczeństwa.
Dziś jednak cofa nas w czasy ZSRR lub rozmaitych cesarskich dealów. Wiele lat temu opanowali go fanatycy, totalitaryści, a w końcu żądne władzy, opresyjne oligarchie. Do tego dochodzą mocarstwowe interesy jednego z państw, przysłonięte maską skomplikowanego legalizmu i rzekomo nieuchronnych interpretacji.
Dobrze byłoby, gdyby Europa była zjednoczona. Ważniejsze jednak, by jej narody były wolne. I by gwarantem podległości Polski nie było wysługiwanie się ludźmi najgorszego sortu – dzielącymi Polaków, gardzącymi nimi i podsycającymi tę pogardę, stosującymi metody znane dotąd z Pakistanu, Peru czy Białorusi i liczącymi na nieskończoność swoich rządów gwarantowaną przez ościenne mocarstwa czy dalekie stolice. Na pewno od piątku te rządy, to opowiedzenie i ten podział stały się jaśniejsze. Na tyle jasne, że masowo dostrzegł je świat. To już sporo, ale jeszcze bardzo wiele brakuje, a po drodze może być bardzo nieprzyjemnie. Tak jak bywało w przeszłości. Dla obu zresztą stron.
