KE daje zielone światło na budowę elektrowni jądrowej. Radość, ale bez entuzjazmu

KE daje zielone światło na budowę elektrowni jądrowej. Radość, ale bez entuzjazmu

blank

Wczoraj media obiega informacja, że Komisja Europejska wreszcie wyraziła zgodę na realizację inwestycji pierwszej polskiej elektrowni jądrowej Lubiatowo-Kopalino. Reakcje różne, choć dominuje radość podlana dużą dozą ulgi. Oczywiście znaleźli się tacy, którzy postanowili wrzucić tę informację do plemiennej sieczkarni. Zostawmy to, szczególnie że w tym zgiełku słychać głosy ekspertów starających się dotknąć meritum sprawy. Tak też i niniejszy tekst, choć pisany na gorąco i pewnie obarczony pewnym ładunkiem emocji, chciałem umieścić w przestrzeni pozwalającej na merytoryczną dyskusję. Trudne, ale mam nadzieję wykonalne.

Pierwsze wyjaśnienie. Udział KE był w tej procedurze konieczny. Wynika to z faktu, że mamy tu do czynienia z pomocą publiczną, a projekt ma być dofinansowany z budżetu kwotą ok. 60 mld zł. Jestem bardzo krytyczny wobec wielu, może nawet większości przejawów aktywności agend unijnych, a szczególnie trwającego procesu rozszerzania kompetencji, ale akurat w tej sprawie wszystko przebiega zgodnie z traktatami. Tu nie ma do czego się przyczepić i zachęcałbym wszystkich oburzonych tym, że Unia wtrąca się do naszych inwestycji do wstrzemięźliwości.

Na wstępie zaznaczam, że i ja znajduję się w frakcji osób odczuwających radość i ulgę.Właściwie zawsze byłem zwolennikiem energetyki jądrowej, więc trudno nie mieć satysfakcji z takiej decyzji KE (wyjątkiem była budowa elektrowni w Żarnowcu, ale to jest materia na osobny, bardziej wspominkowy tekst). Ale muszę wyraźnie zaznaczyć, daleki jestem od entuzjazmu i widzę w całym tak definiowanym projekcie naprawdę spore ryzyka.

Po pierwsze, bezpieczeństwo!

Ale najpierw o pozytywach. Energia jądrowa to przeskoczenie na wyższy poziom bezpieczeństwa, zarówno w wydaniu energetycznym, jak i bezpieczeństwa państwa rozumianego w najszerszym wymiarze. I nie ma tu żadnej przesady i skłonności do niezdrowej egzaltacji. Podobną opinię wyraził w rozmowie z DOBITNIE Andrzej Kensbok, ekspert z branży energetycznej, mający w swoim c.v. funkcje prezesa PGZ, wiceprezesa ARP, KGHM i Gaz-Systemu, ekspert Fundacji Strategii Rozwojowych, osoba naprawdę znająca się na realiach polityki bezpieczeństwa: „Zatwierdzenie modelu finansowania pierwszej elektrowni jądrowej to dobra wiadomość – Polska wzmocni suwerenność energetyczną i wejdzie do klubu atomowego w dużej skali. Koszt budowy jest wysoki, cena energii też, ale to zakup bezpieczeństwa energetycznego, stabilne dostawy w okresie ponad 60 lat i pogłębienie partnerstwa technologicznego z USA. Wszystkie trzy cele nie do przecenienia w obecnej sytuacji geopolitycznej„.

No właśnie, mimo wszystkich kontrowersji i emocji wokół polityki Donalda Trumpa, moim zdaniem mocno przesadzonych, to USA jest dalej najlepszym gwarantem naszego bezpieczeństwa. Najlepszym, co nie oznacza idealnym. Doświadczenie uczy, że tam gdzie pojawia się wielki amerykański kapitał, a tak jest w przypadku elektrowni na Pomorzu i konsorcjum firm realizujących projekt Westinghouse-Bechtel, tam rośnie prawdopodobieństwo bezpośredniego zaangażowania rządu w ochronę tych interesów. A tu mamy też bardzo poważny udział amerykańskich agencji kredytów eksportowych.

Drugiego Czernobyla nie będzie

Energia jądrowa to też bezpieczeństwo systemu elektroenergetycznego, energia tania w produkcji, bezpieczna i realnie dobra dla środowiska. To są argumenty znane i stanowiące o atrakcyjności tego segmentu energetyki. Szczególnie teraz, kiedy Polska dokonuje transformacje energetycznej, niezależnie od tego co myślimy o samej transformacji i dominujących obecnie pomysłach na jej realizację. Jeżeli już mamy ograniczać podaż paliw kopalnych – to jest pozbawione sensu ale niestety się dzieje – to energetyka atomowa stanowi bodaj ostatnią kotwicę bezpieczeństwa. A wszystkim, którzy chcą widzieć w Lubiatowie drugi Czernobyl lub Fukushimę, uspokajam: tu nie będzie kolejnego sowieckiego bardaku, Polska to też nie jest miejsce takich katastrof jak w Japonii. Co nie oznacza, że można lekceważyć zasady bezpieczeństwa, przeciwnie, ale tu na szczęście mamy jeszcze sporo czasu na solidne przygotowanie także w tym zakresie. To będzie długi proces, podobnie jak rozpisanym na lata scenariuszem będzie przygotowanie regulacji w bardzo wielu obszarach, formowania kadr, dostosowywania urzędów, zmian w szkolnictwie, przemyśle etc.

Ryzykowny model finansowania

To wszystko wiemy. To gdzie są problemy? W modelu, jaki wybrano do finansowania przedsięwzięcia w postaci kontraktu różnicowego (Contract for Difference – CfD). W największym skrócie, to mechanizm finansowy stosowany w energetyce, gdzie wytwórca (tutaj spółka Polskie Elektrownie Jądrowe – PEJ) ma zagwarantowaną cenę sprzedaży wyprodukowanej energii elektrycznej. Cena dla przedmiotowego projektu ma kształtować się wg. serwisu Energy Drink na poziomie nieco mniejszym niż 500 zł./MWh. To naprawdę wysoka stawka. Kontraktem ma być objęta produkowana energia, więc PEJ nie musi się przejmować stroną przychodową bo sprzeda energię po cenie kontraktu (jak ceny na giełdach będą niższe, to dostanie dopłatę do wysokości kwoty z kontraktu). A ponieważ założono pracę niemal w trybie ciągłym (przy współczynniku wykorzystania mocy 92,7%!), to potencjalnie będą to ogromne wolumeny dość drogiej energii. A jak Spółka nie wyprodukuje tej energii, to też nie ma powodu do obaw, bo PEJ ma dostawać wyrównanie za energię, której nie wyprodukuje. To jest premia za gotowość, mechanizm, do którego z reguły podchodzę z pewnym dystansem.

Nie dziwi więc, że kontrakty CfD są wymarzonymi rozwiązaniami dla spółek energetycznych. A kontrakt na poziomie ok. 500 zł./MWh przy tak dużym współczynniku wykorzystania przy 40 latach, dla których ma obowiązywać to naprawdę ogromne wolumeny i jeszcze większe środki, które ostatecznie będą pokrywane z portfeli odbiorców końcowych. Ja oczywiście rozumiem, że gigantyczny koszt całej inwestycji musi znaleźć biznesową rekompensatę w prowadzonej później działalności, a są to rzeczywiście ogromne środki, bo budżet całego przedsięwzięcia to 192 mld zł. (sama inwestycja to 178 mld zł.), z czego wspomniane zaangażowanie Skarbu Państwa to 60 mld zł. Tylko czy nie poszliśmy z tym za daleko? I czy energia produkowana w ten sposób nie stanie się betonowym kołem u szyi? Na pewno świetnie na tym wyjdzie PEJ, a co z odbiorcami końcowymi? Czy stabilizacja i bezpieczeństwo systemu elektroenergetycznego ma aż taką cenę? Bardzo możliwe, że tak, ale czy spróbowaliśmy przynajmniej poinformować obywateli z czym to się wiąże?

Pochwalić czy zganić Komisję Europejską?

Trzeba przyznać, że przynajmniej w części pomocną dłoń podała KE określając warunki, pod którymi udzielono zgody na CfD, ograniczając apetyty wnioskodawców. Po pierwsze skrócono okres obowiązywania kontraktu do 40 lat. Określono też wymóg, że 30% produkcji będzie sprzedawana w postaci kontraktów długoterminowych tzw. PPA (Power Purchase Agreement) tzn. poza obrotem giełdowym, a reszta będzie podlegała obrotowi giełdowemu. Kolejna bardzo istotna kwestia podniesiona przez KE to mechanizm kontroli, w ramach którego wszelkie „nadprogramowe” zyski PEJ wymykające się z przyjętych dla podobnych przedsięwzięć modeli zwrotu, będą rozliczane z państwem polskim. Innymi słowy, stworzony zostanie instrument kontroli, by PEJ nie notował zysków nieadekwatnych do modelu rodzaju prowadzonej działalności. Tu oczywiście widzę duże problemy, jak to będzie wyglądało w praktyce i jestem pewien, że każdy zarząd PEJ będzie narażony na pokusę maksymalizacji zysków kosztem odbiorców końcowych, szczególnie jeśli otrzyma narzędzie w postaci CfD. Tym niemniej za te zastrzeżenia możemy być KE wdzięczni.

To co niepokoi to zachęta ze strony KE do większej elastyczności przy produkcji energii. Jak podaje serwis NUCNET.org „Komisja stwierdziła, że formuła, w której elektrownia jest wynagradzana za dostępność do produkcji energii elektrycznej, a nie za jej produkcję, pomaga ograniczać zniekształcenia i zapobiega wypieraniu energii odnawialnej, wspierając bardziej efektywny i zdekarbonizowany system energetyczny.” Czyli raz, że promujemy mniejszą produkcję i deficyt w tym zakresie opłacamy wspomnianą wcześniej premią za gotowość, dwa, że ta elastyczność ma służyć promowaniu innych „zdekarbonizowanych” źródeł. Jakich? No właśnie, niestabilnych OZE. A więc ograniczamy pracę bardzo drogich w budowie jednostek, zmniejszając w ten sposób możliwość bardziej biznesowego zrekompensowania inwestycji i płacimy operatorom za bezczynność wykorzystując bardzo korzystny mechanizm kontraktu CfD. A w ten sposób promujemy produkcję energii z niestabilnych źródeł, które raz że podwyższają ryzyko awarii sieci, dwa, że muszą być stabilizowane źródłami konwencjonalnymi co dodatkowo kosztuje! To przecież mechanizm, gdzie – powiedzmy umownie – potrójnie płacimy, i to jak(!), by mieć „zieloną” energię z wiatraków i paneli.

Komunikacja

Zaproponowany przez stronę polską i przyjęty przez KE model finansowania elektrowni jądrowej w Lubiatowie-Kopalinie oparty o kontrakt CFD i niektóre warunki jego realizacji powodują, że na decyzję Brukseli patrzę z umiarkowaną radością. Ale daleki jestem od entuzjazmu. Już wstępne analizy wskazują, że energia otrzymywana w ten sposób będzie droga i jej koszt odczują odbiorcy końcowi, czyli my wszyscy. Państwo zapewne będzie szukało instrumentów rekompensowania własnego zaangażowania w projekt, a to przeważnie wiąże się z dodatkowymi obciążeniami dla obywateli. Kto wie, może pojawią się nowe opłaty? Tylko do tego musi być spełniony warunek – uczciwa komunikacja z obywatelami. Przedstawienie wizji, korzyści dla państwa i obywateli, opowieści o bezpieczeństwie nas i następnych pokoleń. A mamy ciszę i cały temat wekslowany jest na proste hasła, że trzeba, że musimy budować. Skoro trzeba, to powiedzmy to uczciwie Polakom, pokazując też choćby w przybliżeniu przyszłe obciążenia. Prawda i tak w końcu dotrze do obywateli, ale podana w pokątny sposób spowoduje, że obecne poparcie dla energetyki atomowej może szybko zamienić się na rozczarowanie i w efekcie sprzeciw.

Tu już nie chcę otwierać dyskusji, że popełniono fundamentalny błąd wybierając taki model finansowania. Tak jakby ktoś poszedł na łatwiznę, a przy okazji zadbał o interes jednej firmy. Wypada jeszcze raz przypomnieć o koncepcjach przedstawianych z uporem przez dr Bożenę Horbaczewskąm.in. członek Polskiego Komitetu Światowej Rady Energetycznej, ekspert, która przez lata zajmowała się rozwojem energetyki jądrowej. Warto tu wymienić opracowany w Polsce model SaHo wzorowany na dość często stosowanym w Europie i USA pomyśle spółdzielczej formuły definiowania relacji na linii wytwórcy, spółki obrotu energią, odbiorcy. Wśród wielu zalet ma te dwie główne, że daje dużo większą nadzieję na realnie tani prąd (przykłady modeli spółdzielczych z innych państw to potwierdzają) i nie trzeba było pytać Brukseli o zgodę. Koncepcja była właściwie gotowa, wystarczyło trochę dobrej woli.

No cóż, wybraliśmy inaczej. Model droższy w dla odbiorców końcowych i jeszcze taki, który pozwoli wspierać energetykę wiatrową i słoneczną. Z drugiej strony elektrownia raczej powstanie, da nam większe poczucie bezpieczeństwa i po uruchomieniu na trwałe będzie stabilizować nasz system elektroenergetyczny. Wzmocni też nasz status w relacjach z naszymi sojusznikami, przede wszystkim z najważniejszym z nich. To też bardzo dużo. Parafrazując znany skecz z lubianego kabaretu „cieszę się, choć nie za bardzo się uśmiecham”.

fot. Polskie Elektrownie Jądrowe

Autor tekstu
Paweł Przychodzeń

Paweł Przychodzeń

prawnik, menedżer i ekspert w sektorze energetycznym, były wiceprezes PGNiG Termika (obecnie Orlen Termika).

Wyszukiwarka
Kategorie
Paweł Przychodzeń

Paweł Przychodzeń

prawnik, menedżer i ekspert w sektorze energetycznym, były wiceprezes PGNiG Termika (obecnie Orlen Termika).

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank