Prawicowa opozycja mocno angażuje się w organizację krakowskiego referendum, w którym mieszkańcy mają zdecydować o odwołaniu obecnego, wspieranego przez KO prezydenta miasta. Szef Kancelarii Prezydenta RP Zbigniew Bogucki zapowiedział, że Karol Nawrocki złoży projekt obniżający obecnie obowiązujące progi przy organizacji lokalnych referendów. Nietrudno rozszyfrować, co stoi za referendalnym wzmożeniem opozycji: prawica nie zdołała wygrać wyborów prezydenckich w żadnym z dużych miast, liczy zatem, że przynajmniej popsuje szyki partiom rządowej koalicji. Punktowo już się to udawało – na przykład w Zabrzu. Nie zmienia to faktu, że czynienie z referendów – będących w istocie opcją atomową – narzędzia codziennej walki politycznej po prostu psuje państwo. Prowadzi nieuchronnie do przeniesienia reguły wojny na wyniszczenie na szczebel lokalnych wspólnot, czyli nielicznych instytucji państwa, którym Polacy jeszcze ufają.
Z badań CBOS (2024) wynika, że 71% Polaków ma zaufanie do władz lokalnych miasta bądź gminy; rządowi ufa 43%, sądom – 39%, mediom jeszcze mniej, bo 34%. Większym zaufaniem od gminnych włodarzy cieszy się tylko wojsko i policja. Dzieje się tak dlatego, że – poza metropoliami – mieszkańcy, wybierając wójta, burmistrza czy prezydenta, nie traktują głosowania jako namiastki wyborów partyjnych. Przynajmniej nie przede wszystkim. To, czy dana osoba zostanie wybrana na kolejną kadencję zależy w pierwszym rzędzie od partyjnych sympatii mieszkańców (chociaż nie można tego czynnika bagatelizować), ale od sprawności w rozwiązywaniu lokalnych problemów.
Referendum lokalne: nadzwyczajny środek, nie codzienna praktyka
Oczywiście może się okazać, że wyborcze obietnice okazują się puste, zaś poziom zarządzania gminą pozostawia wiele do życzenia. Mieszkańcy nie muszą czekać do kolejnych wyborów, mogą skorzystać dla ratowania sytuacji z nadzwyczajnego środka, jakim jest lokalne referendum. Żeby uruchomić ten tryb, najpierw trzeba zebrać 10% (w gminach do 20 tys. mieszkańców) lub 5% (w większych gminach) podpisów osób uprawnionych do głosowania. W referendum, aby było ono ważne, musi wziąć udział minimum 3/5 liczby wyborców, która brała udział w wyborze odwoływanego organu. Jeżeli te wymogi zostaną spełnione, a za odwołaniem padnie ponad 50% głosów, to kadencja organu wygasa.
Jak widać, organizacja skutecznego referendum – czyli takiego, które przebiegnie po myśli inicjatorów – nie jest łatwa. I dobrze, że nie jest łatwa. Poluzowanie ustawowych wymogów ważności referendów lokalnych wypaczy bowiem istotę demokracji, na którą chętnie powołują się zwolennicy tzw. demokracji bezpośredniej.
Pięcioletnia kadencja nie jest przypadkiem
Nieprzypadkowo kadencja organów samorządowych trwa pięć lat, a nie rok czy dwa. Dłużej od kadencji Sejmu. Uznano, słusznie czy nie, że to okres, który pozwoli władzom lokalnym na realizację planów i ważnych dla społeczności przedsięwzięć. Po tym czasie następuje weryfikacja wiarygodności i sprawności działania włodarzy przez samych mieszkańców. Referendum jest narzędziem skrócenia kadencji wówczas, gdy działania samorządowców są na tyle nieudolne i bulwersujące, że duża część mieszkańców chce nowego rozdania od ręki, a nie za kilka lat. Zmiany w prawie, które spowodują, że zmiana władz gmin przed upływem kadencji będzie szybka i łatwa, można przyrównać do dania prezydentowi szerszych możliwości skracania kadencji parlamentu. Obie zmiany skutkowałyby zwiększeniem chaosu.
Zabrze pokazuje granice referendalnej strategii prawicy
Czy takie szafowanie referendami prawicy istotnie coś da? Wróćmy do Zabrza. Prezydentem miasta po odwołaniu Agnieszki Rupniewskiej z KO został Kamil Żbikowski. Żbikowskiego PiS poparł w drugiej turze, ale na zasadzie „mniejszego zła”. Prawica swojego prezydenta w Zabrzu nie ma. Przecież to, że PiS-owi i/lub Konfederacji uda się zmobilizować ludzi do odwołania szefa gminy nie oznacza, że ich kandydat ma zwycięstwo w kieszeni. A jako że referendum jest bronią obosieczną, to koniec końców może okazać się, że w wyniku nowych przepisów PiS straci kolejne bastiony na rzecz kandydatów bliższych obozowi rządowemu. W każdym razie odwołanie prezydenta Łodzi, Warszawy czy Gdańska nie spowoduje politycznego cudu i miasta te nie staną się miastami wyborców prawicy. Bo, nie oszukujmy się, zwolennikom łatwiejszych referendów nie chodzi o rewolucję w gminach wiejskich czy małych miastach, tylko w dużych ośrodkach.
Można natomiast debatować na zasadnością szerszego korzystania z referendów w sprawach bieżących, dotyczących gmin – tak, by ich wyniki były wiążące. I tak, by nie stały się narzędziem paraliżowania pracy urzędów. Tu jednak głos należy oddać samym samorządowcom. Skoro Polacy ufają samorządom – bo rządowi, parlamentowi i sądom już nie – nie niszczmy jednego z ostatnich filarów tego zaufania.
