Koniec teflonowej ery Koalicji Obywatelskiej. Do Donalda Tuska i jego ekipy zaczęło docierać, że kolejne afery już nie odbijają się od niej płynącego statku, ale ciągną na dno.
Prezydium Koalicji Obywatelskiej wyrzuciło z partii senatora Tomasza Lenza. To oczywiście konsekwencje jego skandalicznego zachowania w szpitalu w Aleksandrowie Kujawskim, gdzie polityk wymusił dokonanie zabiegu poza kolejnością. Przyprowadził tam swojego syna, któremu w palec u nogi wrastał paznokieć. Lenz przyszedł wraz z zaprzyjaźnionym lekarzem, ściągnął anestezjologa ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego i na publicznym sprzęcie, bez odpowiedniej dokumentacji i skierowania, za państwowe pieniądze dokonano operacji.
W efekcie w szpitalu pojawiała się kontrola z Narodowego Funduszu Zdrowia, która stwierdziła, że bezprawnie wydatkowano ponad 130 tys. złotych. Tomasz Lenz próbował winą obciążyć dyrektora palcówki Mariusza Trojanowskiego, gdyż to on odpowiada za finanse. Senatorowi wtórował zresztą m.in. wiceminister spraw zagranicznych Marcin Bosacki, który przyznawał jednocześnie, że afera szkodzi Koalicji Obywatelskiej.
Ostatecznie z partii wyleciał jednak Lenz. Nie byłoby to szczególnie zaskakujące, gdyby nie fakt, że jeszcze kilka dni temu tryskał on doskonałym humorem i cynicznie kpił z dyrektora szpitala.
Umoczeni bez kary
Decyzję władz Koalicji Obywatelskiej, można by uznać za oczywistą, gdyby do tej pory nie obowiązywały w partii inne zasady. Konsekwencji pory nie poniósł przecież żaden bohater licznych afer, które co rusz wybuchają wokół tego ugrupowania. Żadnej kary nie poniósł senator Tomasz Grodzki, choć ponad dwieście osób zeznało w sądzie, że wręczało mu łapówki. Dobrze ma się Roman Giertych, choć co kilka dni w mediach pojawiają się zarzuty o kontakty z Moskwą, pranie brudnych pieniędzy, wyprowadzenie dziesiątek milionów złotych ze spółki Polnord czy bezprawne blokowanie procesów sądowych, jakie frankowicze wytoczyli bankowi Leszka Czarneckiego, bliskiego znajomego Romana Giertycha i Radosława Sikorskiego.
Swoje stanowisko utrzymała także wicemarszałek Sejmu Monika Wielichowska, która współpracowała z Kamilą L., oskarżoną o współudział w aferze pedofilko-zoofilskiej w Kłodzku i nieprawomocnie skazanej za nieudzielenie pomocy poszkodowanym. Wielichowska wielokrotnie kłamała w tej sprawie, a w 2023 r. i 2024 r. powierzała Kamili L. odpowiedzialne funkcje partyjne. Działo się to już po tym, jak prokuratura postawiła zarzuty w tej skandalicznej sprawie.
Nic nie stało się także ministrom odpowiedzialnym za torturowanie ks. Michała Olszewskiego, urzędniczek Ministerstwa Sprawiedliwości, wymuszaniu zeznań na Pawle Szopie, które miały obciążyć byłego premiera Mateusza Morawieckiego. Listę tę można ciągnąć jeszcze długo.
Pościg coraz bliżej
Odcięcie się od Tomasza Lenza i rzucenie go na pożarcie mediów oznacza, że sytuacja się zmieniła. Presja na partię rządzącą narasta, gdyż wyborcy coraz wyraźniej widzą jej nieudolność i rosnącą arogancję. Usunięcie senatora przypomina wyrzucanie z uciekających przed wilkami sań tych, którzy stanowią największy balast. Każdy dzień obrony Lenza przynosił realne straty, więc należało się go pozbyć. Oczywiście w nadziei, że choć na chwilę pościg przestanie być tak blisko, bo wilki zaspokoją się jednym kąskiem.
W rzeczywistości jest jednak inaczej. Afery przestały się odbijać od KO jak od burt wielkiego statku, który miał sunąć do przodu bez względu na wszystko. Mniejszy lub większy skandal wybucha niemal codziennie, a nieudolność widać na każdym kroku. Władze partii rządzącej nie są już w stanie gasić wybuchających co rusz pożarów, gdyż straciły kontrolę nad swoją formacją.
Wyrzucenie Lenza jest więc raczej próbą zaprowadzenia dyscypliny, bo półtora roku przed wyborami proces destrukcji jest bardzo zaawansowany. Tyle tylko, że to wszystko za późno, a Tomasz Lenz jest zbyt mało ważnym politykiem, by opinia publiczna odebrała ten krok jako element naprawy standardów.
