Po Krakowie kolejne miasta szykują się do referendów. Aktywiści miejscy i lokalna opozycja we Wrocławiu, Gliwicach, Częstochowie oraz kolejnych ośrodkach chcą wykorzystać falę niezadowolenia wyborców wielkich miast, którzy do tej pory bezkrytycznie wspierali liberalnych włodarzy tzw. głównego nurtu.
Kraków dał jasny sygnał – mieszkańcy potrafią się zmobilizować i pokazać „czerwoną kartkę” urzędującej władzy. Referendum z 24 maja 2026 roku, w którym odwołano prezydenta Aleksandra Miszalskiego przy frekwencji przekraczającej 30%, otworzyło prawdziwą puszkę Pandory. To, co początkowo wydawało się lokalnym kryzysem pod Wawelem, uruchamia właśnie efekt domina w całej Polsce. Aktywiści i lokalni politycy w kolejnych ośrodkach miejskich już szykują wnioski referendalne.
Rok temu mało kto wierzył w Zabrzu, że uda się kandydatkę KO wspieraną partyjną machiną odwołać ze stanowiska. Pisałem wówczas, że wzbiera fala niezadowolenia wśród mieszkańców dużych miast do tej pory ślepo popierających liberalną władzę. Gdy jednak ich osobista sytuacja finansowa uległa pogorszeniu wskutek drastycznego wzrostu cen życia i obaw o pracę, zaczęli krytyczniej patrzeć na działania lokalnych włodarzy związanych z władzą.
Dlaczego mieszkańcy mówią „dość”? Główne przyczyny buntu
Powody, dla których Polacy decydują się na tak radykalny krok przed końcem oficjalnej kadencji, rzadko są czysto ideologiczne. Najczęściej decydują kwestie pragmatyczne, dotykające codziennego życia i portfeli.
Mieszkańców dotyka kumulacja lokalnych podwyżek (śmieci, biletów komunikacji miejskiej czy wody), które nakładają się na wzrost kosztów życia spowodowany wzrostem cen energii (skutek Zielonego Ładu), żywności czy mieszkań. W Krakowie kroplą przelewającą czarę goryczy była konieczność łatania gigantycznego długu miasta (szacowanego na blisko 9 miliardów złotych) kosztem kieszeni mieszkańców.
Zmęczenie partyjniactwem w gminach: ludzie w samorządach szukają sprawnych gospodarzy, a nie „namiestników” realizujących centralne wytyczne partyjne z Warszawy. Mieszkańcy coraz mocniej i autentycznie odrzucają narrację opartą na szyldach politycznych.
Kryzysy wizerunkowe i prawne: w wielu miastach i gminach bezpośrednim zapalnikiem stały się problemy z prawem samych włodarzy lub całkowity paraliż decyzyjny wynikający z wojen podjazdowych między prezydentem a radą miasta.
Arogancja i nieliczenie się z interesem większości. Kupczenie stanowiskami i korupcja – nie tylko polityczna. Wyborcy zaczęli rozliczać decydentów z obietnic składanych przed elekcją. Media społecznościowe stały się bronią obosieczną. Z jednej strony pozwoliły wielu prezydentom zdobyć lub utrzymać władzę, a obecnie służą lokalnej opozycji i społeczeństwu do kontrolowania poczynań władz. Słynne powiedzenie posła Witka z PO – „a cóż szkodzi obiecać” – nabrało nowego wymiaru.
Święte Miasto, czyli Częstochowa
Częstochowa stała się symbolem korupcji w samorządzie, co odstrasza potencjalnych inwestorów, ale miasto od wielu lat borykało się z dramatycznie złym zarządzaniem.
Sytuacja w Częstochowie to obecnie jeden z najbardziej napiętych i bezprecedensowych kryzysów samorządowych. Splotły się tu dramatyczne problemy natury prawnej z narastającym od lat niezadowoleniem mieszkańców.
Głównym zapalnikiem kryzysu stały się wydarzenia o charakterze kryminalno-prawnym. Wieloletni prezydent Częstochowy, Krzysztof Matyjaszczyk (rządzący miastem od 2010 roku, związany z Lewicą), usłyszał poważne zarzuty prokuratorskie. Dotyczą one m.in. przekroczenia uprawnień, niedopełnienia obowiązków oraz przyjmowania korzyści majątkowych w związku z realizacją miejskich przetargów i inwestycji infrastrukturalnych. W ramach środków zapobiegawczych otrzymał sądowy zakaz pełnienia funkcji prezydenta i zakaz wstępu do budynku urzędu.
Podobnie jak w Krakowie, mieszkańcy Częstochowy zostali uderzeni serią podwyżek opłat lokalnych. Drastycznie wzrosły stawki za wywóz odpadów komunalnych, ceny biletów komunikacji miejskiej oraz podatki od nieruchomości. Częstochowianie od lat skarżą się na fatalne zarządzanie inwestycjami drogowymi. Sztandarowym przykładem stały się gigantyczne opóźnienia i chaos wokół przebudowy dawnej „gierkówki” oraz innych kluczowych arterii. Kierowcy z całej Polski żartowali, że Częstochowa to jedyne miasto, do którego wjeżdża się na własną odpowiedzialność, a nawigacja Google Maps po prostu zaczyna płakać. Mieszkańcy tkwili w korkach, a lokalny biznes ponosił straty.
Gliwice – prezydentka bez poparcia
Prezydentka Gliwic zawdzięcza swoje stanowisko mężowi. Prowadzona przez ówczesnego przewodniczącego KO, a obecnego europosła Borysa Budkę, wywróciła wieloletni stolik polityczny Zygmunta Frankiewicza, mimo że wszyscy oni są związani z Platformą. Kuczyńska-Budka wygrała wybory prezydenckie większością około 500 głosów (50,5%), jednak działania, jakie podjęła podczas i po wyborach, zraziły do niej mieszkańców i radnych.
Pogrzebała projekt budowy nowego szpitala miejskiego, mimo że stan lokalowy miejskiej służby zdrowia działającej w większości w poniemieckich budynkach jest dramatyczny. Opozycja zarzuca jej nietransparentność wydatków, arogancję i brak wizji rozwoju miasta.
Najgłośniejszy zarzut o próbę zastraszania oponentów, który wstrząsnął gliwicką Radą Miasta, miał miejsce podczas czerwcowej sesji absolutoryjnej. Gliwicki adwokat, Robert Dopierała, oświadczył publicznie z mównicy, że prezydentka próbowała wywrzeć na niego nacisk. W przerwie obrad na korytarzu miała mu zasugerować, że jeśli wystąpi i skrytykuje jej działania, sprawa zostanie zgłoszona do organów adwokatury. Opozycja uznała to za jaskrawy przykład arogancji władzy i próbę uciszania krytyki metodami „siłowymi”.
Zamiast rozwoju miasta prezydentka Kuczyńska-Budka zaoferowała mieszkańcom działania wizerunkowe o wątpliwej jakości, czego symbolem stał się złoty kciuk zwany „kciukiem Budki”. Gliwicki kciuk został oficjalnie nominowany do tzw. Czarnej Księgi Wydatków Publicznych (kosztował 300 tys. zł) jako przykład marnowania pieniędzy podatników. Sytuacja ta mocno uderzyła w wizerunek Katarzyny Kuczyńskiej-Budki, która podczas odsłonięcia zachwycała się dziełem, mówiąc, że „nie może się na niego napatrzeć”.
Jak odwołać prezydenta/burmistrza/wójta?
Zgodnie z procedurą komitet referendalny musi zebrać podpisy co najmniej 10% uprawnionych do głosowania mieszkańców, na co ma 60 dni.
Jeśli komisarz wyborczy potwierdzi prawidłowość podpisów, mieszkańcy gmin pójdą do urn. Jeżeli referendum okaże się ważne (czyli frekwencja przekroczy wymagany próg), włodarz zostanie formalnie odwołany, a premier wyznaczy komisarza rządowego, który pokieruje miastem do czasu rozpisania przedterminowych wyborów prezydenckich.
Jesień 2026 zapowiada się na gorącą w polskich samorządach, przez które przejdzie fala inicjatyw referendalnych. Kryzys zaufania do władzy wsparty jest zmęczeniem cynizmem, jaki stosują lokalni politycy. Równocześnie wzmaga się pobudzenie demokratyczne, w którym obywatele przestają być biernymi konsumentami obietnic i zaczynają pełnić funkcję surowego recenzenta. To koniec festiwalu obietnic, nadchodzi czas rozliczeń.
