Moje Zaduszki

Moje Zaduszki

blank

Pamiętamy o Nich, pamiętamy o tych najbliższych, czasami przypominamy sobie o tych trochę dalszych, ale na ogół pędzimy, czasami, nawet nie spotykamy się na pogrzebach czy wspomnieniowych okazjach, bo trzeba jutro do pracy, bo wnuki itp. Modlimy się za Nich okazjonalnie. Jak są nam bliscy, to czasami westchniemy: Boże, dlaczego… i żyjemy, a Oni też, tylko w innym wymiarze i w naszej pamięci…

Mamy coraz więcej lat. Dawniej umierali okazjonalnie, teraz, może nie „hurtowo”, ale bardzo często. Co u tego? Nie żyje? Od kiedy? Idziemy dalej, mamy swoje obowiązki, robotę, wypoczynek, sanatoria. Umarł, umarła, cóż – takie jest życie, taka jest śmierć. Każdego to czeka. Ale przychodzi końcówka października i nagle wszystko odżywa. Przecież to już pół roku, miesiąc, dwadzieścia lat, nawet czterdzieści.

Jack – Jacek Śliwonik, to była chyba pierwsza śmierć, gdzieś w połowie lat 80. Kiedy komuna wygnała nas z Katowic na początku stanu wojennego, był szefem mojej piątki w Częstochowie, malującej po murach i rzucającej ulotki. Był oczytany w drugim obiegu, wyjaśniał nam istotę komunizmu, dawał konkretne lektury, chciał, żebyśmy świadomie walczyli z komuną, nie tylko emocjonalnie. Był stary, dla mnie. Wtedy miał już chyba 25 lat, a ja niespełna dwadzieścia – przepaść. Miał raka mózgu, umarł przed trzydziestką. Potem był Barcelona. Kolegowaliśmy się na strajku i po nim. Chodziliśmy na piwo, internowali go po kilku miesiącach, w jakiś dość podstępny sposób. Kiedy matka zapytała, kto dzwoni do drzwi, powiedzieli, że koledzy… Ja zachorowałem na gruźlicę i przez rok mnie nie było w Katowicach, nie wiem, czy spotkaliśmy się później. Później – dowiedziałem się, że nie żyje.

A potem poszło. Nie pamiętam, kto i kiedy. To już byli bardzo bliscy ludzie. Irek Kwiecień, jakże inny od nas, zupełnie nieimprezujący, a zarazem taki nasz, do bólu. Systemowy antykomunista, oczytany i wiedzący, o co chodzi. W stanie wojennym odmówił złożenia przysięgi w wojsku. Jego ojciec, wojskowy, został do jednostki dostarczony helikopterem, żeby go przekonać – Irek odmówił. Potem całe lata 80. bibuła, książki, jeden z najlepszych kolporterów na Śląsku. W 1990 też założył księgarnię, tyle, że w Sosnowcu i mniej sprofilowaną na politykę i historię, jak nasza – to nie było właściwe na to miejsce. Spotykaliśmy się i dyskutowali o polityce i nagle informacja, że już nie porozmawiamy. Przemawiałem na jego pogrzebie. Kiedyś powiedziałem mojemu trzyletniemu wówczas synkowi, że idziemy do parku i tam przyjdzie mój kolega. „Jaka kolega?”- zapytał Tadzik. I tak już Irek został dla mnie na zawsze człowiekiem o ksywce Jaka Kolega. I Waldek Kwiatek, przyjaciel z podziemia i z całego okresu po. Ileż on mi napożyczał kasy, jak byłem w biedzie, wszystko zdążyłem szczęśliwie oddać. Zadzwoniłem, zapraszając go na moją 50-tkę, był u znajomych, poprosił o telefon następnego dnia. Następnego dnia zadzwonił Piotrek Pyzik z informacją, że Waldek nie żyje.

Janek Jurkiewicz, nasz uczelniany szef strajkowy, niespotykanie spokojny człowiek, w stanie wojennym działał w duszpasterstwach, zajmował się bibułą. Zostałem po nim szefem sekcji polityczno-historycznej w Duszpasterstwie Akademickim. Janek był człowiekiem NZS-u i Solidarności. Tak oddany Polsce i niepodległości, że aż bolało. Jednak jego spokój był chyba pozorny. Poszedł się rano ogolić do łazienki i już nie wyszedł, umarł na zawał. Bożena Kawenczyńska, z domu Falba, zwana Falbianką. NZS na filologii to głównie dziewczyny, w tym ona. Słyszałem o niej, ale nie znałem. Gdzieś tam trafialiśmy sporadycznie na siebie w ostatnim czasie. Dłużej rozmawialiśmy dopiero w tym roku, ale tematów mieliśmy tyle, że chciałoby się spotykać ciągle. Nie udało się – leczenie, pobyty w szpitalach i ziemski koniec.

Wojtek Kisiel – on ciągnął kulturoznawstwo w drugiej połowie lat 80. Intelektualista, pomysłodawca i wydawca pisma Gąbka. Brał ode mnie bibułę, zaprzyjaźniliśmy się. Pamiętam, że był uczulony na koty, ale kiedy widzieliśmy się ostatni raz, to już nie. Artur Radko – taki wydawał się młody, a był tylko rok młodszy ode mnie, zdążył się nawet załapać na internowanie. Chłopak z chemii, wniósł niesamowity entuzjazm w NZS w drugiej połowie lat 80. Podczas pierwszej jawnej zadymy w marcu 1988 powiedział w nerwach do rektora Klimaszewskiego Ekscelencjo, co wywołało dużą wesołość. Jeździł na motorze – bardzo ważny element, bo samochodów nikt nie miał, a mobilność w przemieszczaniu się była ważna. Przyjeżdżał do mnie na Janów. Wyjechał do Francji i tyle.

Sławek Skrzypek – tak, wiemy – Smoleńsk. A Sławek był jednym z nas, walczył z komuną od liceum, wtedy też go zamknęli. Wiedział, że komuna mu nie odpuści i dlatego poszedł na politechnikę, a nie na kochaną historię. W naukach ścisłych trudniej wykopać kogoś, w humanistycznych już jest inaczej. Poznałem go w ’87 podczas wyjazdu na spotkanie z Ojcem Świętym w Gdańsku. Bojownik KPN, niepodległościowiec. Ostatni raz widzieliśmy się trzy tygodnie przed jego wylotem na nieludzką ziemię. Sławek był szefem NBP, podobno bardzo wymagającym, ale zawsze pamiętał o ludziach dawnego czasu i wspomagał ich, jak mógł. Piotrek Pyzik to zaciąg z tego roku, trochę zabawny, z ogromną wiedzą o Katyniu. Chłopak z politechniki, internowany, w podziemiu błąkał się między Katowicami a Wrocławiem. Niewiele wiem o nim z tamtego okresu. Znaliśmy się ćwierć wieku, byliśmy razem, rok temu, w kilkanaście osób w sanatorium. I chłop już po tamtej stronie.

Nie sposób opisać wszystkich, to już są dziesiątki. Mariusz Lazar – Sęp, który funkcjonował na obrzeżach NZS, ale był na strajku, a w 87 nawet trafił na dołek, po urodzinach mojej żony. Są tacy, których znałem i tacy, których nie znałem, wszyscy byli wspaniali, piękni, młodzi, pełni ideałów: Wiesiek Asman, Tadek Jackowicz–Korczyński, Maniek Machura, Gosia Przystajko, Andrzej Ziółkowski, Mariusz Stępień, Darek Reczek, Mirek Kin, Ula Kołtunek, Jurek Marek, Boguś Kozieł, Jacek Okoń, Lutek Modrzyk, Tomek Iwicki i wielu, zbyt wielu innych.

I na koniec mój Maciuś Wojciechowski. Napiszę o nim osobny tekst, bo jest bardzo ważnym, bo był bardzo ważnym i dobrym człowiekiem. Maciusia będziemy wspominać, o innych też nie zapomnimy. Bo Święto Zmarłych przez pamięć o Nich jest też naszym Świętem. Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie… Precz z komuną!!

Autor tekstu
Przemysław Miśkiewicz

Przemysław Miśkiewicz

Publicysta. Działacz podziemia z lat 80. Przewodniczący Śląskiej Rady Konsultacyjnej ds. Działaczy Opozyzycji Antykomunistycznej, członek Stowarzyszenia Pokolenie. Zoologiczny antykomunista

Wyszukiwarka
Kategorie
Przemysław Miśkiewicz

Przemysław Miśkiewicz

Publicysta. Działacz podziemia z lat 80. Przewodniczący Śląskiej Rady Konsultacyjnej ds. Działaczy Opozyzycji Antykomunistycznej, członek Stowarzyszenia Pokolenie. Zoologiczny antykomunista

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank