Emocje, jakie wybuchły w związku z decyzją Wołodymyra Zełenskiego i następującym po niej gestem prezydenta Nawrockiego, który miał zasygnalizować władzom Ukrainy, że są granice ich hucpy wobec Polski, nie powinny trwać dłużej niż kilka dni. Ponieważ życie publiczne bez emocji nie jest możliwe, więc niech będzie – przez parę dni wzmożenie może sobie potrwać, ale potem, jak mawiała stara ciocia: „Co za dużo, to niezdrowo”. Czy naprawdę chcemy, żeby mieszkający i pracujący u nas Ukraińcy poczuli się niechciani tylko z tego powodu, że ich prezydent postanowił uczcić „bohaterów”, z którymi oni nie mają nic wspólnego? Nie wspominając o innych ludziach ze Wschodu, którzy tylko z powodu swojego akcentu są gdzieniegdzie wyzywani od „banderowców”? Polska była do tej pory przyjaznym do życia miejscem i niech tak zostanie.
Powinniśmy więc przywrócić proporcje i spojrzeć na sytuację realistycznie. A nic lepiej nie stawia na nogi niż zajrzenie w finanse. Zapytajmy więc, jak wygląda budżet Ukrainy. Otóż kraj ten zamierza wydać w tym roku około 114 miliardów dolarów. Dochody własne to około 69 mld dolarów. Jak łatwo się zorientować, około 45 mld dolarów trzeba pożyczyć, aby budżet się zapiął. Są to kwoty bardzo orientacyjne, bo jest bardziej niż prawdopodobne, że wydatki wzrosną, zwłaszcza wydatki wojskowe, które zostały zaplanowane na poziomie niższym niż ubiegłoroczny, więc już na starcie nierealistycznym.
Najważniejszym wydatkiem jest oczywiście wojna – to mniej więcej 66 mld dolarów i tu zapewne nastąpi wzrost. Drugim co do wielkości wydatkiem jest obsługa długu publicznego, bo Ukraina od lat zaciąga poważne zobowiązania i nie jest tak – wbrew temu, co sądzi wiele osób w Polsce – że to są wszystko pożyczki bezzwrotne. Na spłatę długów pójdzie więc około 12 mld dolarów, czyli ponad 10% całego budżetu. Jeszcze raz powtórzę, że to są wszystko kwoty orientacyjne i pewnie wzrosną. W zeszłym roku budżet był nowelizowany trzykrotnie, zawsze w górę. Mało prawdopodobne, aby w tym roku było inaczej.
Dlaczego o tym piszę i dlaczego uważam to za ważne w naszej obecnej sytuacji? Bo to jest budżet państwa upadłego, które nie jest w stanie funkcjonować bez bardzo poważnej pomocy z zagranicy. A ta pomoc płynie dopóki trwa wojna i dopóki argument o wspieraniu narodu walczącego, aby ochronić Europę przed Rosją, posiada moc. Co się stanie, gdy wojna zostanie przerwana lub się skończy? Oczywiście argument o ochronie przed Rosją będzie używany nadal, ale jego moc osłabnie. Czy uda się wówczas zrównoważyć ukraiński budżet? Wątpliwe. Zwłaszcza że po ustaniu rosyjskich ataków na cywilów media na Zachodzie będą śmielej zajmowały się korupcją na Ukrainie i nie będzie można im powiedzieć, że to nie wypada, bo giną dzieci. To jest jeden z powodów desperacji Zełenskiego, aby wejść na szybką ścieżkę akcesji do Unii Europejskiej. I powód, dla jakiego wszystko, co może w tym przeszkodzić, traktowane jest w Kijowie poważnie – mimo rytualnej tromtadracji.
Wszystkie te dane finansowe są do odnalezienia w internecie z największą łatwością. Co więcej, nie trzeba zdawać się na bałamutne streszczenia AI czy na jakieś podejrzane strony zakorzenione w Rosji. Wiedza znajduje się w zasięgu ręki. A jednak niewielu ma ochotę po nią sięgać. Publiczność woli karmić się emocjami, które podsuwają nam obrazy wylatujących w powietrze kacapskich rafinerii albo zmasakrowanych ciał polskich rolników z Wołynia skontrastowane z pewnymi siebie czynownikami z kancelarii prezydenta Zełenskiego.
Ukraina jawi się nam jako większa i potężniejsza, niż jest w rzeczywistości. Z jednej strony zdolna do pokonania Moskwy jako potęga dronowa i militarna – w co wielu serio wierzy – a z drugiej strony zdolna do przeprowadzania wielkich, międzynarodowych intryg, by narzucić swój punkt widzenia na historię i teraźniejszość. Aby się o tym przekonać, wystarczy posłuchać tych, którzy z wypiekami na twarzy opowiadają o absolutnym panowaniu ukraińskich dronów na polu walki (w żaden sposób nie odnosząc się do faktu, że to pole powoli, ale konsekwentnie przesuwa się na zachód), albo tych, którzy tworzą wielopiętrowe teorie o tym, co właściwie zamierzał ugrać Zełenski, robiąc takie, a nie inne gesty i jak – najlepiej wspólnie z Niemcami – zamyśla on ułożyć przyszły ład w Europie, aby sobie podporządkować Polskę.
Tymczasem w rzeczywistości jest to biedny kraj rozpaczliwie usiłujący nie przegrać wojny w starciu z wielokrotnie silniejszym przeciwnikiem, dysponującym w dodatku bronią jądrową, której może użyć w sytuacji, gdyby sprawy wymykały mu się spod kontroli. Kraj zadłużony. Kraj, którego obywatele coraz mniej mają ochotę ginąć na froncie. Kraj przeżarty korupcją o rozmiarach, o jakich nam się nie śniło.
Kiedy patrzę na marsowe miny Zełenskiego i jego akolitów, karnie na wyprzódki odsyłających odznaczenia, przypominam sobie zdanie, jakie wypowiedział Wokulski pod adresem apsztyfikanta Izabeli Łęckiej: „Panie Starski, Pan się myli, Pan się strasznie myli. W Panu jest tyle z demona, co trucizny w zapałce”.
