Wydawałoby się, że rozpad PiS powinien dodać wiatru w żagle wszystkim tym, którzy są związani z obecnym rządem. Tymczasem pojawiają się w tym środowisku narracje, które mogą stanowić wezwanie do obsadzenia ostatnich szańców w walce ze znienawidzonymi przeciwnikami, jakby cudowne rozmnożenie PiS-u było zapowiedzią klęski obozu Donalda Tuska.
W ten sposób można odczytywać ostatni tekst czołowego publicysty „Gazety Wyborczej”, Bartosza Wielińskiego, traktujący o zagrożeniu ze strony prawicy. Oczywiście zagrożenie ze strony prawicy na tych łamach jest czymś najzwyczajniejszym, ale tym razem koncepcja autora „Wyborczej” budzi jednak pewne zdumienie — zarówno ze względu na swój radykalizm, jak i na moment, który wybrał, aby bić na alarm.
Wieliński rysuje klarowny, czarno-biały podział, który zresztą sam — przez nikogo nie niepokojony — nazywa manichejskim. Wygląda on tak, że z jednej strony stoją demokraci i drżą ze strachu, z drugiej zaś srożą się spadkobiercy ONR-u w brunatnych koszulach, czyli tradycyjni polscy antysemici łaknący bicia Żydów. A ponieważ ci są już bici przez europejską postępową lewicę, której — zdaniem autora — nie należy w tym zbożnym dziele przeszkadzać, więc zamiast nich biorą się za Ukraińców. To znaczy Wieliński nie napisał, że postępowa lewica bije Żydów, bo mu nie wypadało. Ale reszta się zgadza. Zwłaszcza emocje.
Skoro więc z jednej strony mamy ludzi czystych jak łza, z drugiej zaś łajdaków sterowanych przez Putina, sprawa jest całkowicie jasna: uczciwy człowiek może opowiedzieć się tylko po jednej stronie.
Polityka strachu zamiast bilansu rządów
W ten sposób Wieliński przezwycięża najtrudniejszy problem, na jaki napotykają zwolennicy obecnego rządu: problem katastrofalnych rezultatów rządzenia, braku osiągnięć i braku rozsądnych planów na przyszłość. Pisze wprost, że nie ma znaczenia to, ile obietnic wyborczych zostało spełnionych (czyli — niespełnionych). Ważna jest obrona demokracji i nie ma co bawić się w żaden symetryzm ani oglądać na jakieś zlikwidowane w zamierzchłej przeszłości połączenia kolejowe czy komisariaty.
Na pomoc publicysta „Wyborczej” przywołuje prezydenta Nawrockiego, który jest oczywiście winien wszystkim gospodarczym porażkom rządu, a nawet — uwaga! — Jacka Kurskiego, który był tak skutecznym propagandzistą, że dzięki niemu wszyscy czytelnicy „Gazety Wyborczej” do dziś wierzą święcie, iż Kaczyński jest politycznym demiurgiem i nic nie jest w stanie uratować ich przed jego zakusami. Dlatego zresztą drżą ze strachu.
Trochę ten sposób myślenia przypomina Donalda Tuska, który zapytany dziś o ceny paliw — szybujące w górę od miesiąca — obwinił Nawrockiego, ponieważ zawetował ustawę, która po pierwsze jeszcze bardziej by je podniosła, a po drugie weszłaby w życie dopiero po pewnym czasie. Ten biedaczysko Tusk po prostu nic nie może, ale na szczęście zawsze znajdzie się jakiś winny.
Nie piszę jednak tego tekstu po to, aby natrząsać się z Wielińskiego czy Tuska. Jestem od tego jak najdalszy. Interesuje mnie coś innego. To mianowicie, że już dziś, na rok przed wyborami, czołowy publicysta tytułu, który nigdy nie krył ambicji podpowiadania rządzącemu obozowi samozwańczych demokratów właściwych posunięć politycznych, próbuje przyzwyczajać wyborców do zaakceptowania czegoś, co zwykle bywa narracją ostatniej szansy.
Narracja ostatniej szansy przed wyborami
Gdy już wszystko zawodzi, gdy wyborcy nie wierzą w żadne obietnice i nie pomaga roztaczanie żadnych wizji świetlanej przyszłości, która miałaby czekać społeczeństwo pod sprawnymi rządami obecnej władzy, wówczas jedyne, co pozostaje, to podzielić scenę polityczną na złych i dobrych. Na faszystów i demokratów. Na złodziei i szlachetnych szeryfów.
Wtedy — jak Wieliński — mówi się ludziom, że co prawda nie udało się niczego sensownego zrobić, gospodarka leży, ceny idą w górę, a przestępczość wymknęła się spod kontroli, ale przecież nie wolno oddawać władzy tym faszystowskim złodziejom nasłanym przez Rosję. Oni przecież są źli. A władzę trzeba powierzyć dobrym. To takie proste… I liczy się na to, że naiwniacy po raz kolejny dadzą się nabrać.
Ta narracja ostatniej szansy ma charakter rozpaczliwy, gdy stosuje ją obóz sprawujący władzę. Od biedy można jeszcze coś w ten sposób ugrać, będąc w opozycji. Natomiast będąc u władzy, wypada jednak móc pochwalić się jakimiś osiągnięciami i przedstawić w miarę spójny plan na przyszłość.
Dla obozu władzy może to być plan awaryjny, uruchamiany wtedy, gdy wszystko inne zawiedzie i sondaże pokazują, że idzie się ku klęsce. Ale nie na rok przed wyborami. Zwłaszcza w chwili, gdy największa partia opozycyjna pogrążyła się w bratobójczym sporze.
Chyba że ocenia się, iż podział PiS-u stanowi de facto zagrożenie. Że stara krypa, kierowana przez starzejącego się szypra, tracącego z biegiem lat umiejętność rozpoznawania politycznej pogody i przepływania przez najgorsze sztormy, dzięki temu, że zmieni się w dwukadłubowiec, odzyska sterowność i manewrowość, a także świeżość i atrakcyjność dla wyborców.
To bardzo ciekawe, ile wiary w odporność prawicy na kryzysy można spotkać w gronie jej zaprzysięgłych wrogów. Wszystkim pragnącym w Polsce zmiany w przyszłym roku poradziłbym więc jedno: czytajcie Wielińskiego.
