Boli i będzie boleć. Politycy PSL doskonale wiedzą, że dwukadencyjność uderzy przede wszystkim w nich, a dokładniej w ich rodziny, znajomych, partyjnych druhów i zwykłych aparatczyków. Lokalne układy zostaną naruszone.
W koalicji wrze. PSL ma pretensje do Nowej Lewicy, że nie wywiązała się ze zobowiązań i wszyscy jej posłowie nie poparli ustawy odrzucającej dwukadencyjność prezydentów miast, wójtów i burmistrzów. Lewica tłumaczy, że przed głosowaniem w Sejmie przekazała ludowcom informację, ilu posłów poprze ustawę, więc nie czuje się winna. Po przegranym przez koalicję rządzącą głosowaniu satysfakcji nie kryła Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, minister ds. funduszy europejskich, która jednocześnie złożyła dymisję.
Powrót do wielkiej polityki w tej sytuacji zapowiada Szymon Hołownia, co może wydawać się śmieszne, gdyż wielokrotnie zapowiadał usunięcie się w cień.
Duszny układ
To najważniejsze głosowanie przegrane przez rządzącą koalicję w tej kadencji. Znacznie istotniejsze od wet prezydenta i nieudanych prób ich odrzucenia. Ograniczenie liczby kadencji dla samorządowców wycelowano wprost w lokalnych bonzów, którzy tak mocno usadowili się w gminach i uzależnili od siebie znaczną część lokalnych społeczności.
W wielu miejscowościach samorząd jest największym pracodawcą – zatrudnia nie tylko urzędników, ale też nauczycieli, działaczy sportowych, szefów i pracowników gminnych spółek czy animatorów kultury. Dodatkowo z organizowanych przez lokalne władze przetargów i zleceń żyje wiele firm, a rzemieślnicy wynajmują od gmin lokale. Krytyka wójta, burmistrza czy prezydenta może więc skończyć się natychmiastową utratą pracy lub bankructwem firmy.
Po pewnym czasie cała lokalna elita nie tylko uzależnia się od włodarza, ale z klientów zamienia się we wspólników. Im lepiej samorządowiec potrafił się dzielić fruktami ze sprawowania urzędu, tym bardziej nikt nie jest zainteresowany zmianą układu.
Cios w PSL
Najwięcej tego rodzaju stanowisk kontroluje właśnie PSL, który często pod szyldami innych komitetów trzyma pieczę na przepływami pieniędzy w samorządach. To właśnie stąd wzięła się niesamowita zdolność ludowców do przetrwania, dokładnie tam znajduje się ich prawdziwe zaplecze.
Na prowincji wszystko dzieje się wolniej i cicho. Nie ma dużych mediów, wścibskich dziennikarzy, a jak lokalna gazeta zaczyna zbyt głęboko drążyć, burmistrz czy wójt odetnie ją od wszelkich reklam. Przedsiębiorcy to wszak jego kumple. Â
Zresztą wielu samorządowców poszło krok dalej i zamiast znosić uciążliwe pytania lokalnej prasy, założyli swoje biuletyny i wykończyli konkurencję.
Ponieważ większości koalicyjnej nie udało się ustawy zmienić, obecna kadencja jest ostatnią w karierze lokalnych kacyków. Oczywiście, że ze stanowiskami będą się musieli pożegnać także prezydenci wielkich miast – Rafał Trzaskowski w Warszawie, Jacek Jaśkowiak w Poznaniu czy Jacek Sutryk we Wrocławiu – ale tam Koalicja Obywatelska nie da sobie wydrzeć zwycięstwa.
Lokalnie sytuacja nie jest już tak oczywista. Nowy lider lokalnej społeczności może zmienić wszystko, nie jest wszak tak anonimowy jak polityk w dużej aglomeracji.
Eksplozja frustracji
Do lokalnych działaczy PSL właśnie dotarło, że za niecałe trzy lata będą musieli sobie szukać nowego zajęcia. Winę za to ponosi oczywiście PiS, który ustawę przyjął, ale równie odpowiedzialny jest Władysław Kosiniak-Kamysz, gdyż nie zdołał ich obronić. Przegrane głosowanie jest więc klęską zarówno PSL jako całości, ale również personalnie lidera tej formacji.
Oczywiście Włodzimierz Czarzasty mógł wyznaczyć inny termin głosowania – na przykład taki kiedy Donald Tusk wraz z delegacją nie będzie w Indiach – a wtedy ostateczny wynik mógł być inny. Jednak Kosiniak-Kamysz musiał dostać nauczkę za próby uzyskiwania podmiotowości. Na przykład za flirtowanie z prezydentem Karolem Nawrockim.
Zdjęcie KPRM
