Czy europejscy sojusznicy USA rozumieją coś z tego co się dzieje na Bliskim Wschodzie? Można mieć wątpliwości…
Kiedy 10 dni temu Iran wystrzelił rakiety balistyczne, które zostały zestrzelone w pobliżu bazy Diego Garcia, przez chwilę mogło się wydawać, że Europa zrozumiała, jaki jest sens wojny przeciwko reżimowi ajatollahów. Dlaczego? Bo w podobnej odległości od Iranu, co amerykańsko-brytyjska baza wojskowa, leżą państwa Europy Zachodniej, a Iran zapowiedział, że będzie atakował wszystkie kraje, które wspomagają wojnę. Nie są to puste groźby, bo rakiety i drony codziennie lecą na kraje położone w Zatoce Perskiej. Nie jest ich wiele, ale wystarczy, by wzbudzać strach i zakłócać biznes, nie wspominając już o burzeniu obrazu spokoju i dobrobytu, jak choćby w przypadku Dubaju, który z takiego wizerunku doskonale żył. Europa mogła się poczuć realnie zagrożona i można było przypuszczać, że zechce na ten stan odpowiednio zareagować.
Było to jednak krótkotrwałe złudzenie. Europejczycy zorientowali się, że irańskie rakiety mogą ich dosięgnąć, co więcej, że może się to stać w każdej chwili, bo ajatollahowie walczą o życie swojego reżimu. Zorientowali się też, że przez lata byli okłamywani, bo poprzedni Najwyższy Przywódca, ajatollah Ali Chamenei, miał nakazać swoim wojskowym ograniczenie zasięgu rakiet balistycznych do 2000 km. Mogły one zatem całkowicie oficjalnie grozić Izraelowi, co było dla irańskich władz od lat deklarowanym oficjalnie celem, ale nie mogły być użyte do ataku na Europę. Stwarzało to miłe złudzenie bezpieczeństwa, za którym można było spokojnie uprawiać retorykę umiłowania pokoju i poszanowania praw człowieka. A tu okazało się, że zasięg irańskich rakiet jest w rzeczywistości dwukrotnie większy.
Mówiąc brutalnie, działalność pani Franceski Albanese, która jako specjalny sprawozdawca ONZ ds. okupowanych terytoriów palestyńskich, zajmowała się bezkompromisową krytyką działań Izraela i USA, a Stany określała mianem “państwa ufundowanego na ludobójstwie”, mogła być dotąd prowadzona z biur położonych „z dala od zgiełku”, teraz znalazła się w takim samym zagrożeniu, jak znienawidzony Netanyahu. Ba! Ten ostatni ma jednak dość dobrą osłone przeciwlotniczą, a kraje zachodniej Europy zorientowały się, że we współczesnej wojnie, w dobie dronów i ataków saturacyjnych, ich terytoria są praktycznie bezbronne. A rakiety z Bliskiego Wschodu nie są nadmiernie celne, więc jak już polecą, to równie dobrze mogą trafić w biuro pani Albanese i innych bojowników o sprawiedliwość.
Drugą sprawą, jaką musieli sobie uświadomić politycy europejscy było to, że Irańczycy kłamią. Musiało to być specjalnie bolesne dla tych, którzy argumentowali, że zapewnienia władz tego kraju, że program atomowy ma charakter li tylko pokojowy są prawdziwe, bo przecież wiele lat temu Ali Chamenei wydał fatwę zabraniającą wyprodukowania broni jądrowej, a przecież fatwa to dla muzułmanina najwyższy nakaz, więc jakże tu nie wierzyć. W sprawie zasięgu rakiet fatwy nie było, ale były oficjalne zapewnienia, które miały jednak podobne znaczenie, co fatwa, którą nota bene można odwołać, jak już niewierni będą znajdowali się w sytuacji bez wyjścia. Więc oto okazało się dowodnie, że ten szalony Trump i ten zbrodniczy Netanyahu mają całkowitą rację, gdy mówią, że irański program atomowy i rakietowy stanowią śmiertelne zagrożenie. Nie tylko dla regionu i Izraela, ale i dla – o zgrozo – Europy.
Jakie byłyby konsekwencje ewentualnego ataku rakietowego na jakikolwiek kraj europejski? Militarne znikome. Jednak skutki polityczne byłyby katastrofalne dla polityków u władzy. Media rozpętałyby pandemonium, partie opozycyjne rzuciłyby się rządzącym do gardeł, ewentualne ofiary posłużyłyby do bezpardonowej walki politycznej. Byłoby dość podobnie, jak w Hiszpanii na wiosnę roku 2004, gdy po islamistycznych zamachach 11 marca władzę przejęli socjaliści i pierwszym, co zrobili było wycofanie kontyngentu wojskowego z Iraku. To najjaskrawszy, jak dotąd przykład zarządzania europejską polityką przy pomocy gróźb i przemocy.
To, co dzieje się obecnie może być następnym przykładem, przy czym w tym przypadku wystarcza samo zagrożenie. Nie mam oczywiście wiedzy o tym, czy irańscy ambasadorowie odbyli serię poufnych rozmów w europejskich stolicach, aby przekazać, że w razie poparcia amerykańsko-izraelskiej agresji rakiety spadną właśnie tam, jednak nie zdziwiłbym się, gdyby tak było. Minie jakiś czas i dowiemy się z pamiętników. Tymczasem musi nam wystarczyć obserwacja. A ta pokazuje, że Europejczycy działają tak, jakby poddawali się szantażowi. W sytuacji zagrożenia zawsze istnieją dwa wyjścia: walczyć lub się poddać. Europa mogłaby walczyć i próbować zabezpieczać swoje interesy na Bliskim Wschodzie, a przy tym działać dla ograniczenia zagrożeń w przyszłości. Jednak to wymagałoby poniesienia politycznego i realnego ryzyka. Lepiej jest więc przyjąć zapewnienie ajatollahów, że nie zaatakują i z wygodnej pozycji moralnej wyższości krytykować tych, którzy podejmują działanie, by wyeliminować zagrożenie jeszcze w czasie, gdy jest stosunkowo małe.
Patrząc nieco w przeszłość: krótka wojna prewencyjna przeciwko III Rzeszy gdzieś tak w okolicach remilitaryzacji Nadrenii, czyli w roku 1936, zapewne złamałaby władzę Hitlera i oszczędziła ludzkości niewyobrażalnych cierpień II wojny. Była jednak politycznie całkowicie niemożliwa. W Iranie wejście w posiadanie bomby atomowej stałoby się cezurą, od której region i świat stałyby przed alternatywą: poddać się żądaniom, lub walczyć akceptując ogromne straty. Wojna prewencyjna rozpoczęta miesiąc temu pozwala te straty ograniczyć. Europa zaś – jak 90 lat temu – jest znowu politycznie spętana. Więc pierwszą i najważniejszą nauką z tej wojny jest to, że Europa się nie uczy. To groźne.
