Nie chodzi o Orbana, a o Kaczyńskiego

Nie chodzi o Orbana, a o Kaczyńskiego

blank

Zadzwonił do mnie w sobotę mój serdeczny przyjaciel: „Na kogo byś zagłosował w jutrzejszych wyborach?”. Zacząłem wysuwać argumenty za i przeciw i wyszło mi, że na Orbána. Marian obalił mój tok rozumowania krótkim stwierdzeniem: „To wszystko jest słuszne, ale zachowanie Orbána po 2022 r. przekreśla wszelkie wcześniejsze zasługi, o których mówiłeś”.

Zaintrygowała mnie ta nasza rozmowa i pod wieczór zdałem sobie sprawę, że ja mówiłem jako Polak. A co bym zrobił jako Węgier? Jeżdżę przez ten kraj co najmniej dwa razy w roku i widzę kiepskie drogi i raczej bylejakość. Rumunia, która była synonimem biedy, idzie do przodu z roku na rok – wciąż więcej autostrad, a tu… W niedzielę byłem już mniej optymistyczny.

Wieczorem, po ogłoszeniu wyników, nie czułem żalu. Widać było, że ludzie mieli dość – inaczej Peter Magyar i jego Tisza nie zdobyliby większości konstytucyjnej. Potem przeczytałem kilka analiz, w tym bardzo dobrą Roberta Winnickiego, i zrozumiałem, że dalsze trwanie Wiktora Orbána było niemożliwe. Mógłbym się teraz wymądrzać po wszystkim, ale bardziej mnie interesuje, czy z tej porażki wyciągnie wnioski polska prawica, chociaż obawiam się, że odpowiedź na to pytanie znam.

Magyar dwa lata temu z hakiem był bliskim współpracownikiem Orbána. Znał doskonale sposób funkcjonowania Fideszu, jego plusy i minusy. To, jak zbudował siłę opozycyjną, to temat na długą rozprawę, ale nie czuję się kompetentny. W Polsce główna siła opozycyjna, czyli PiS, wciąż liczy na jakiś efekt i kiedy on ma nadejść, to go radośnie marnuje.

Efekt Trumpa wyniósł Nawrockiego, ale to niewiele miało wspólnego z PiS jako siłą sprawczą. Potem miał być efekt Nawrockiego, a przyszły „plusy ujemne” i PiS ciągle tracił. I nawet jeżeli się przyjmie, że sondaże są niedoszacowane, to 25% staje się na ten moment sufitem. Potem wymyślono Czarnka, którego efektem jest spadek notowań Brauna, nieprzekładający się na wyniki PiS.

Teraz kilku niezbyt mądrych posłów pojechało na Węgry i pokazywało się na wiecach poparcia dla Fideszu, bo liczyli na efekt Orbána.Było to tak samo inteligentne jak mówienie o dwóch Donaldach w polityce – że to o jednego za dużo – i przykładanie dwóch palców, udających pistolet, do pleców Trumpa. Nie porównuję wagi, tylko ogromną „mądrość polityczną” takich działań.

Magyar uzasadnił swoje odejście tuszowaniem pedofilii przez Fidesz – tam społeczeństwu potrzebna była iskra zapalna. W Polsce sytuacja nie dojrzała jeszcze i mimo że mamy podobną sytuację, to na ten moment elektoratowi nie przeszkadzają ani doniesienia o krzywdzeniu dzieci, ani piesków. Zawsze w zanadrzu jest syn Kurskiego i umorzenie śledztwa przeciwko niemu, również dotyczące pedofilii. Nie widać gorliwości prokuratury w wyjaśnianiu sprawy, bo cały czas można zostawiać niedopowiedzenia, a wypowiedzi „a za PiS to…” wciąż są mocno biorące.

Polska opozycja gra ciągle pod dyktando Tuska i jeszcze ma za sobą bagaż ośmioletnich rządów. Starano się zrobić z PiS złodziei i cwaniaków, co nadal jest dobrze odbierane przez elektorat, który w to wierzy albo czasami udaje, że wierzy. Teraz dodatkowo robi się z nich idiotów. Prawnicy, którzy kwestionują jakieś posunięcia, typu zaprzysiężanie przed prezydentem bez prezydenta, to niedouczeni głupcy. Kiedy prezes NBP Adam Glapiński mówi o SAFE, odpowiedzi nie są merytoryczne, tylko prześmiewcze. I to chwyta.

Obciachowość bycia w PiS czy popierania go jest taka, że ludzie uciekają w prywatność. A z drugiej strony elektorat PiS wciąż czci rocznice, przychodzi na spotkania z posłami i klaszcze. I o ile patriotyzm to świętość i tym musimy zdecydowanie różnić się od miałkiej, kosmopolitycznej Platformy, to ciągłe, bezrefleksyjne popieranie jedynie słusznej linii PiS (wiem o tym po komentarzach na FB i rozmowach prywatnych) prowadzi nas na manowce. A przecież Koalicja dostarcza tyle materiałów, że codziennie można zwoływać konferencje prasowe i w mądry, nieemocjonalny sposób ich punktować.

Donald Trump, który nadal jest autorytetem dla prawej strony, dokonał wielu sensownych rzeczy i do momentu ataku na Iran – poza niezrozumiałą retoryką – był OK. Jednak widać wyraźnie, że jego narcyzm przechodzi chyba w kompletne odklejenie. Dla mnie, jako katolika, ostatnie porównywanie się do Jezusa czy atakowanie Ojca Świętego jest nieakceptowalne. I o ile byłem za okrzykami „Donald Trump!” w polskim Sejmie po jego wyborze, to teraz potrzeba w sposób mądry pewne rzeczy wypośrodkować.

Głupie i bezkrytyczne tłumaczenia zachowań Trumpa nie przynoszą punktów procentowych. To można zostawić Dominikowi Tarczyńskiemu – wreszcie nie każdy w partii musi mówić to samo. Ale też, z drugiej strony, zachowania pana Berkowicza z Konfederacji w Sejmie też nie wróżą niczego dobrego. Trump przestał być paliwem wyborczym i trzeba się z tym pogodzić.

I prawie na koniec wrócę na Węgry. Partia Tisza nie jest żadną lewacką i całkowicie oddaną Brukseli piątą kolumną Tuska i von der Leyen. To jest partia centrowa czy – w warunkach unijnych – wręcz centroprawicowa. W każdym razie na ten moment tak to wygląda. Czy to nie powinno być jakimś tematem do zastanowienia dla PiS?

Sam miałem pokusę, aby uwierzyć, że fala prawicowych zwycięstw wyborczych przejdzie przez Europę. Obawiam się, że tak nie będzie i że również Republikanie przegrają wybory w Ameryce, bo Trump – co prawda nie jest żadnym agentem rosyjskim – ale jest niezrównoważony psychicznie i nie daje Amerykanom poczucia bezpieczeństwa.

I już na prawdziwy koniec, trochę poza tematem, a trochę nie. Co prawda głównie w żelaznym i słabym intelektualnie elektoracie Koalicji udało się ugruntować stwierdzenie, nie mające żadnego oparcia w faktach, że PiS jest prorosyjski. Jest to tak irracjonalne, że nie widzę powodu, żeby przekonywać, że jest inaczej.

Ale chciałbym przytoczyć fakt, że po Rosji jeździ wystawa o tysiącletniej polskiej rusofobii. Swoją drogą to duża sprawa, że rusofobia zaczęła się kilkaset lat przed powstaniem państwa rosyjskiego. Wystawa trafiła ostatnio na teren Memoriału Katyńskiego, w pobliżu miejsca, gdzie 16 lat temu doszło do katastrofy (bo przecież nie zamachu), w której zginęła kolejna polska elita polityczna.

Jedną z tablic publikuję na dole pod felietonem. Jest tam kilka bardzo ciekawych cytatów czy też „cytatów”. Np. z wywiadu z angielskim dziennikarzem, który pyta, czemu Rosjanie nie zajęli Warszawy w 1939 r.: „Myśmy niczego nie zabrali Polsce, my tylko odebraliśmy nasze dawne ziemie i połączyliśmy zachodnią Białoruś i Ukrainę ze sobą”.

blank

I na tej tablicy jest zdjęcie polskiego rusofoba – i nie jest to wcale Donald Tusk, tylko Mateusz Morawiecki. No tak, pewnie ruski agent, którego chcą uwiarygodnić. A na poważnie: warto byłoby się zastanowić, czemu Rosjanie tego gościa tak nie lubią…?

Autor tekstu
Przemysław Miśkiewicz

Przemysław Miśkiewicz

Publicysta. Działacz podziemia z lat 80. Przewodniczący Śląskiej Rady Konsultacyjnej ds. Działaczy Opozyzycji Antykomunistycznej, członek Stowarzyszenia Pokolenie. Zoologiczny antykomunista

Wyszukiwarka
Kategorie
Przemysław Miśkiewicz

Przemysław Miśkiewicz

Publicysta. Działacz podziemia z lat 80. Przewodniczący Śląskiej Rady Konsultacyjnej ds. Działaczy Opozyzycji Antykomunistycznej, członek Stowarzyszenia Pokolenie. Zoologiczny antykomunista

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank