Pochwała nierzetelności

Pochwała nierzetelności

blank

Wróciła sprawa książki niemieckiego historyka o polskich burmistrzach i prezydentach miast w czasie okupacji i o ich współodpowiedzialności za zbrodnie nazistowskie na Żydach. Książka ta spotkała się z żywą krytyką w Polsce, a teraz prawie 400 historyków różnych narodowości podpisało się pod listem w obronie jej i jej autora, dr hab. Grzegorza Rossolińskiego-Liebe.

Podpisy złożyli także znaczący historycy polscy. Nie tylko Jan Grabowski, który życie swoje poświęcił na udowadnianie, że Polacy byli współodpowiedzialni za Holocaust, więc zapewne skwapliwie skorzystał z okazji, by po raz kolejny wesprzeć taki pogląd, ale też tacy poważni naukowcy, jak Marcin Kula czy Marcin Zaremba.

Każdy ma oczywiście prawo do zamanifestowania własnego zdania, jednak w tym przypadku ci historycy podpisali się pod dokumentem, który jest zwyczajnie nierzetelny. Co więcej, broniąc wolności nauki, sami zdeprecjonowali pracę kolegi naukowca. Wydawałoby się, że powinno to być dla nich problemem, skoro ich powołaniem jest dążenie do prawdy. Wydawałoby się.

List został napisany i opublikowany po angielsku na stronie internetowej projektu o nazwie New Fascism Sylabus i nosi tytuł “List otwarty w obronie wolności akademickiej i historyka Grzegorza Rossolińskiego-Liebe”. Sam projekt wydaje się silnie sprofilowany politycznie, łącząc badania nad XX-wiecznym faszyzmem i nazizmem z obserwacjami na temat dowolnie interpretowanej współczesnej prawicy i populizmu. W chmurze tagów nie znajdzie się tam nazwisk Hitlera czy Mussoliniego, ale będą Netanyahu i Trump. Będzie też „Anti-gender” i “LGBTQI”. Wśród linkowanych tekstów łatwo znaleźć próby odpowiedzi na pytanie „czy Trump jest faszystą” zamieszczone obok rzetelnych i klasycznych tekstów historyków badających totalitaryzmy i zbrodnie XX wieku.

W ten sposób ktoś, kto pragnąłby zapoznać się z materiałami na temat Holocaustu, otrzyma informację np. o znanej pracy Christophera Browninga „Zwykli ludzie”, traktującej o 101 batalionie niemieckiej Policji rezerwowej i jego udziale w zbrodniach, ale następnie zostanie zalany współczesnymi materiałami publicystycznymi udowadniającymi, że w Ameryce mamy do czynienia z wzbierającą falą faszyzmu. W tym ostatnim nie ma zresztą niczego złego, bo publicyści powinni mieć całkowitą wolność wyrażania poglądów, także niedorzecznych, jednak mieszanie ich tekstów z pracami historycznymi ustawia je poznawczo na tym samym poziomie, a to już poważny problem.

Dość podobnie rzecz się ma z listem w sprawie reakcji na książkę Rossolińskiego-Liebe. Co do zasady obrona wolności badań naukowych jest czymś sensownym i potrzebnym. Natomiast czynienie tego przy pomocy zmanipulowanych argumentów stawia pod znakiem zapytania rzetelność i szczerość intencji podpisujących.

Nierzetelność pojawia się już w pierwszym zdaniu listu, gdy określa się protest jako skierowany przeciwko „sponsorowanym przez państwo zniesławiającym atakom” na autora książkiPolnische Bürgermeister und der Holocaust. Otóż krytyka książki i postawy jej autora w najmniejszym stopniu nie była “sponsorowana przez państwo”, a była wynikiem krytycznej oceny ze strony wielu bardzo różnych środowisk. Określenie „sponsorowany przez państwo” niesie w sobie sugestię prześladowania przez oficjalne organy i przywołuje czasy, gdy to one decydowały o prawie do publicznego istnienia jakichś poglądów. Użycie go w realiach państwa demokratycznego jest zwyczajnym nadużyciem.

Dalej mowa jest o „skoordynowanych atakach” ze strony rządu, IPN, fundacji Kulskich, ambasady w Berlinie, PAN i „szeregu prawicowych publicystów”. Ataki te miały się zacząć w roku 2024 od rzekomego żądania fundacji Kulskich, by wydawnictwo De Gruyter nie publikowało książki. Tylko, że oświadczenie fundacji zostało opublikowane już po wydaniu książki. Odnosiło się ono do umieszczenia na okładce fotografii Juliana Kulskiego, komisarycznego prezydenta Warszawy w okresie okupacji. Pełnił on tę funkcję za zgodą władz podziemnych. Użycie fotografii Kulskiego do zilustrowania książki udowadniającej współodpowiedzialność polskich urzędników za prześladowania Żydów, zostało uznane przez fundację zajmującą się upamiętnianiem tej postaci, za zniesławiające, podobnie jak potraktowanie samego Kulskiego w tekście. Trudno się temu dziwić w świetle wiedzy, jaką posiadamy o tej postaci i o kontekście jego działalności.

Fundacja Kulskich jest zresztą wielokrotnie wymieniana w liście jako motor tych „defamacyjnych” wobec Rossolińskiego-Liebe działań, ale w żaden sposób nie można się zeń dowiedzieć, dlaczego właściwie się tym zajmuje. Postronny czytelnik, który nie wie kim był Julian Kulski, a zachodni czytelnik raczej tego wiedział nie będzie, uzna, że oto po prostu jest to organizacja, która – być może na zlecenie rządu, a być może ze względu na swą „prawicowość” – zajmuje się prześladowaniem dążącego do prawdy historycznej naukowca. Podstawowa rzetelność nakazywałaby zamieścić przynajmniej zdawkowe wyjaśnienie. Bo to od sugestywnego obrazu wracającego z letniska Juliana Kulskiego stojącego na peronie kolejowym w Tłuszczu i obserwującego, jak pierwszy transport warszawskich Żydów wieziony jest do Treblinki, książka się zaczyna. I od zdania, że jest ona o tym „w jaki sposób i do jakiego stopnia polscy burmistrzowie i administracje miejskie wspierali niemieckich okupantów w realizacji Holocaustu”. A zatem nie o tym „czy”, ale o tym „jak”. Bo na pytanie „czy” Rossoliński-Liebe już sobie odpowiedział.

Udział polskiej ambasady w Berlinie i jej kierownika Jana Tombińskiego w rzekomym prześladowania niemieckiego historyka i jego książki sprowadzał się do wyrażenia dezaprobaty wobec promowania jej w sposób myląco przedstawiający wydarzenie jako zaakceptowane przez władze polskie, bo poprzez instytucję o nazwie Dom Niemiecko-Polski. Opisujący tę sprawę Kanał Zero zasłużył sobie na zaszczytną wzmiankę w liście protestacyjnym określającą materiał informacyjny na ten temat jako „wrogi”.

Po raz kolejny pojawiła się następnie Fundacja Kulskich, której wina polegała na napisaniu listu protestacyjnego i zebraniu podpisów 150 osobistości polskich, a następnie „przekonaniu Polskiej Akademii Nauk, by zamieścić ten list na jej profilu na Facebooku”. Słowa okazały się groźne, ale groźniejsze stało się ich zamieszczenie przez poważną instytucję świata naukowego.

Innym bohaterem negatywnym protestacyjnego listu jest Instytut Pamięci Narodowej i jego prezes, który został prezydentem.  Krytyka Karola Nawrockiego, który się ze swoimi prawicowymi poglądami nigdy nie krył i jako taki jest z pewnością nienawistny autorom i sygnatariuszom listu nie dziwi.  Dziwi jednak potraktowanie recenzji, jaką zamieścił na swojej stronie internetowej IPN w listopadzie 2025 roku. Została ona w liście ujęta w cudzysłów, co jasno wyraża niewiarę w jej naukową rzetelność. Jej treść określono jako „powtarzanie twierdzeń polskiego prezydenta Nawrockiego i środowisk prawicowych”, nie odnosząc się w żaden sposób do tego, że w rzeczowy sposób wskazywała niedociągnięcia naukowe pracy Rossolińskiego-Liebe.

Zaraz potem w liście został wyrażony słuszny skądinąd ze wszech miar pogląd, że nie wolno dławić debaty naukowej tylko dlatego, że ktoś nie zgadza się z tezami innego naukowca, bo taka postawa jest „poważnym zagrożeniem dla wolności naukowej i demokratycznych wartości”. Wolno więc zapytać, czemu autorzy i sygnatariusze listu w obronie Grzegorza Rossolińskiego-Liebe zdecydowali się unieważnić naukową recenzję jego książki umieszczając ją w cudzysłowie, czyli umieszczając w szeregu rozmaitych „wrogich” aktów, z którymi nie ma potrzeby, wręcz nie warto polemizować. To obrona debaty naukowej przez jej unieważnianie. Znakomicie można zrozumieć, jakie motywy powodowały animatorami projektu badającego „nowy faszyzm”, bo dla nich zapewne cel, jakim jest zniszczenie prawicy i populistów uświęca środki. Można też zrozumieć decyzję wielu zagranicznych sygnatariuszy, którzy mogli podpisać z powodów środowiskowych. Ale tych kilka polskich nazwisk boli.

***

FOT. obraz ze strony newfascismsyllabus.com

Autor tekstu
Robert Bogdański

Robert Bogdański

Publicysta niezależny. Pisał w Do Rzeczy, Tygodniku TVP, Idziemy. W przeszłości szef anglojęzycznego portalu TVP, prezes Polskiej Agencji Prasowej, dziennikarz BBC i Reuters

Wyszukiwarka
Kategorie
Robert Bogdański

Robert Bogdański

Publicysta niezależny. Pisał w Do Rzeczy, Tygodniku TVP, Idziemy. W przeszłości szef anglojęzycznego portalu TVP, prezes Polskiej Agencji Prasowej, dziennikarz BBC i Reuters

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank