Groźba Polexitu dobrze brzmi w politycznym przekazie dnia, ale w dzisiejszej Polsce może działać dokładnie odwrotnie, niż życzyliby sobie jego autorzy. W kraju zmęczonym wojną partyjną, przy rosnącej nieufności wobec klasy politycznej i słabych notowaniach rządu, alarmistyczne komunikaty coraz częściej nie mobilizują, lecz prowokują odruch buntu. A skoro niemal co czwarty badany dopuszcza dziś wyjście Polski z Unii, to problemem staje się już nie tylko sam eurosceptycyzm, ale także sposób, w jaki politycy próbują go zwalczać.
Większość chce zostać w Unii, ale coś wyraźnie zaczyna pękać
Na poziomie deklaracji sytuacja wydaje się jasna: większość Polaków chce pozostania w Unii Europejskiej. Najnowszy sondaż IBRiS dla Polsat News pokazuje, że 72,8 proc. badanych opowiada się za pozostaniem Polski w UE, a 22,9 proc. dopuszcza jej opuszczenie. To wciąż wyraźna mniejszość, ale już zdecydowanie zbyt duża, by uznać ją za polityczny margines. To niemal jedna czwarta społeczeństwa – w kraju, który do niedawna uchodził za najbardziej euroentuzjastyczny w całej UE.
Właśnie dlatego widać, że sprawa staje się naprawdę poważna. Bo jeśli niemal trzy czwarte społeczeństwa chce zostać w Unii, to alarmistyczna retoryka powinna działać uspokajająco i konsolidująco. Tymczasem w coraz bardziej spolaryzowanej Polsce może dawać efekt odwrotny: nie zamykać dyskusji, ale otwierać przestrzeń dla politycznego przekory i antysystemowego gniewu.
Gdy władza alarmuje, część wyborców reaguje przekornie
Donald Tusk ostrzegł w marcu, że „Polexit to dzisiaj realne zagrożenie” i zapowiedział, że zrobi wszystko, by mu zapobiec. Z punktu widzenia politycznej komunikacji taki ruch jest zrozumiały. Ma zmobilizować proeuropejski elektorat i pokazać wysoką stawkę sporu. Problem polega jednak na tym, że polityka nie działa dziś w próżni. Każdy mocny komunikat jest natychmiast filtrowany przez emocje, partyjne sympatie i społeczne zmęczenie konfliktem.
A rząd nie mówi dziś do społeczeństwa z pozycji siły. Według lutowego badania CBOS 34 proc. badanych popiera rząd, 41 proc. jest mu przeciwnych, a 54 proc. deklaruje niezadowolenie z tego, że Donald Tusk jest premierem. To oznacza jedno: ostrzeżenia płynące z obozu władzy nie funkcjonują w politycznej próżni. Dla części obywateli sam fakt, że coś mówi rząd, staje się wystarczającym powodem, by zareagować nieufnością.
W ten sposób może powstać najgroźniejszy mechanizm. W warunkach ostrej polaryzacji część wyborców przestaje odpowiadać na pytanie, czy komunikat jest prawdziwy, rozsądny albo potrzebny. Zaczyna odpowiadać na inne: kto to mówi i po co. Jeżeli więc rząd zbyt często bije na alarm, część społeczeństwa może odczytać to nie jako ostrzeżenie, lecz jako próbę politycznego szantażu emocjonalnego. Wówczas reakcją nie jest mobilizacja, tylko bunt.
Straszak działa tylko wtedy, gdy jest wiarygodny
Nie chodzi o to, że temat jest wydumany. Nie jest. Temat miejsca Polski w Europie jest zbyt poważny, by go lekceważyć. Ale właśnie dlatego wymaga języka wiarygodności, a nie histerii. Czym innym jest spokojne tłumaczenie kosztów osłabiania pozycji Polski w UE, a czym innym budowanie atmosfery, w której niemal każdy spór z Brukselą urasta do zapowiedzi wyjścia z Unii. Tymczasem można odnieść wrażenie, że nasi polityczni euroentuzjaści mają mentalność peerelowskich aparatczyków: każda krytyka nieskazitelnej Unii Europejskiej, każda dyskusja o zmianach w jej funkcjonowaniu, jeśli jest w opozycji do trendu federalizacyjnego, uznawana jest za dywersję.
Straszenie Polexitem miało być dla Tuska i jego partii sposobem na mobilizację centrowych wyborców przeciwko PiS. Tymczasem politycy PiS odcinają się od Polexitu. Jarosław Kaczyński mówił wyraźnie, że „nie będzie żadnego Polexitu” i że przyszłość Polski jest w Unii Europejskiej. To nie kończy sporu o kurs polityczny Polski, ale osłabia prosty podział na „obóz europejski” i „obóz wyjścia z Unii”.
W efekcie zbyt częste straszenie Polexitem może zostać odebrane jako przesada. A przesada w polityce bywa szczególnie kosztowna: nie tylko obniża wiarygodność nadawcy, ale też wzmacnia tych, którzy żywią się społeczną irytacją. Wyborca, który nie ufa rządowi, nie musi od razu stać się zwolennikiem wyjścia z UE. Wystarczy, że uzna alarm za kolejną odsłonę partyjnej wojny. To już tworzy grunt pod dalsze osuwanie się debaty.
Rosnące ryzyko politycznej przekory
Niepokoić może właśnie to, że eurosceptycyzm przestał być zjawiskiem śladowym. Skoro niemal co czwarty badany dopuszcza dziś wyjście Polski z Unii, to znaczy, że temat nie jest już abstrakcyjnym straszakiem, tylko realnym polem politycznej pracy. I dlatego nie da się go rozbroić samym hasłem.
Tu potrzeba czegoś więcej niż alarmów na mediach społecznościowych i ostrych deklaracji. Potrzeba wiarygodnej opowieści o tym, dlaczego obecność Polski w UE leży w interesie państwa, gospodarki i obywateli. Potrzeba języka korzyści, bezpieczeństwa i pragmatyzmu. Potrzeba również polityki, która nie będzie oparta wyłącznie na mobilizacji własnych zwolenników strachem.
Bo jeśli temat Polexitu stanie się wyłącznie kolejnym narzędziem partyjnej wojny, to jego polityczna toksyczność będzie rosła. A wtedy najbardziej radykalni wcale nie muszą wygrać większości. Wystarczy, że będą rośli na zniechęceniu, irytacji i przekonaniu, że skoro establishment mówi jedno, to trzeba myśleć odwrotnie.
W sprawach tak fundamentalnych jak miejsce Polski w Europie histeria jest złą doradczynią. Im bardziej politycy będą próbowali straszyć społeczeństwo Polexitem, tym większe ryzyko, że część wyborców potraktuje to nie jako ostrzeżenie, lecz jako kolejny powód, by odrzucić narrację władzy. A wtedy hasło, które miało bronić europejskiego kursu Polski, może zacząć niechcący wzmacniać nastroje, przed którymi miało chronić.
