Polska 2050 w agonii: ugrupowanie Hołowni kończy tak, jak wcześniejsze „partie buntu”

Polska 2050 w agonii: ugrupowanie Hołowni kończy tak, jak wcześniejsze „partie buntu”

blank

To, jak po ponad pięciu latach istnienia na polskiej scenie politycznej kończy Polska 2050 jest dobrym przykładem na to, że amatorskie, doraźne projekty nie mają szans na przełamanie duopolu na naszej scenie politycznej. Nawet, jeżeli na starcie uda im się przekonać dla siebie kilkanaście procent wyborców. Problemem wszystkich „partii buntu” jest nie tylko brak struktur, które finalnie decydują o sukcesie kampanii wyborczej i brak profesjonalnego podejścia do polityki. Która, dodajmy, jest profesją wymagającą takich samych talentów jak każda profesja, w której zabiega się o masowego odbiorcę. Główne obciążenie takich ugrupowań to brak decyzji, o czyje głosy będą zabiegać.

Z grubsza rzecz ujmując, każda „nowa siła” w polskiej polityce rodzi się i gaśnie według identycznego scenariusza. Najpierw jest inicjatywa (z odpowiednim finansowaniem w tle) na kontrze do jednego z dwóch głównych obozów politycznych. Potem jest wejście do Sejmu z poparciem na poziomie od kilku do kilkunastu procent i podniecone komentarze publicystów: oto duopol przełamany! Po takim sukcesie nowej gwiazdy w kolejnych sondażach rośnie poparcie. Rośnie też poczucie wszechmocności u liderów ugrupowania. Na bok odkładane jest przygotowanie spójnej strategii działania i walki o wyborców, zwykle w myśl przekonania, że wystarczy być innym niż ci najwięksi, by zająć wygodną pozycję „trzeciej siły”. Po kilku miesiącach sondażowy entuzjazm opada, a w ślad za tym zaczyna się wewnątrzpartyjne przerzucanie winy za spadające poparcie. Zwykle jeszcze taka „nowa siła” wczołga się do parlamentu w kolejnej kadencji, ale to, zamiast dać impuls do zmian, pogłębia tylko spory i kryzysy.

Tak było z Ruchem Palikota, z Kukiz ’15, tak jest z Polską 2050. Niezależnie od tego, jak zakończy się splot awantur na tle wyborów szefa ugrupowania, wyjdzie ono z niego słabsze, niż jest obecnie. A to oznacza nie tylko koniec marzeń o wejściu do Sejmu za rok, ale i prawdopodobny szybki rozpad. Na co czekają inne ugrupowania w obecnym Sejmie.

Partie buntu, czyli scenariusz upadku

Polska polityka sprawia wrażenie – i, patrząc na profil większości polityków, jest to wrażenie uzasadnione – że jest robiona przez ludzi, którzy w życiu nie prowadzili żadnego biznesu ani nie mieli styczności z elementarnymi zasadami rynkowymi. Każdy przedsiębiorca, który startuje z własnym biznesem, sporządza jakiś biznesplan, analizuje różne warianty rozwoju sytuacji, przede wszystkim zaś uważnie studiuje otoczenie zewnętrzne. Dzięki temu może szybko i sprawnie reagować na zmiany, także te nieoczekiwane, a w razie niepowodzenia czy problemów wyjść z jak najmniejszymi stratami. W naszych politycznych inicjatywach te zasady, wspólne dla każdego brandu, czy to handlowego, czy medialnego, czy politycznego, jakoś się nie przyjęły.

Pomysły, leżące u podstaw nowych inicjatyw politycznych, sprowadzają się, ogólnie mówiąc, do zasady: być jak PiS / Platforma, tylko bez ich błędów. Wynika to z kalkulacji, że łatwiej uszczknąć kilka procent gigantowi i dopełnić kilkoma procentami z elektoratu niezdecydowanego, niż zabiegać o tych, którzy dystansują się od partyjnych szyldów i międzypartyjnych wojen. Z reguły to się udaje, ale to, co powinno być (zostając przy biznesowej narracji) kapitałem założycielskim i środkiem do rozwijania aktywności, bywa uważane za finalny sukces. Za cudowny mechanizm powodujący samoistną multiplikację wyborców.

Tymczasem ze zniechęconym elektoratem wielkich ugrupowań jest zwykle jak z małżeństwem o długim stażu. Małżonkowie mogą się kłócić, żona może wyjechać na miesiąc do matki, a mąż szukać ukojenia w ramionach kochanki. Często jednak do siebie wracają – jeżeli nie z powodu toksycznej, ale jednak miłości, to z powodu przywiązania lub czystej kalkulacji. Dlatego duży procent tych, którzy porzucają PiS bądź Koalicję Obywatelską, w końcu porzuca „trzecią siłę” i wraca do tych większych.

Wynika to w dużej mierze z tego, że, po pierwsze, „partie buntu” nic albo niewiele wyrazistego poza buntem są w stanie zaoferować, a po drugie – amatorszczyzna lub brak politycznego talentu ich liderów powodują, że mając w ręce karty atutowe, nie potrafią nimi zagrać. Polska 2050 i Szymon Hołownia to dowód na słuszność tej tezy.

Od trzeciej siły do politycznego marginesu. Cena amatorszczyzny w polityce

Hołownia, jak wcześniej Petru, Kukiz, Palikot, jest politykiem amatorem. Nikt z tej czwórki nie szedł do parlamentu po drodze politycznego zaangażowania. Hołownia, jako dziennikarz, publicysta i showman (nie używam tego słowa w znaczeniu pejoratywnym) uznał, że jego doświadczenie i zdolności plus odpowiednie zaplecze pozwolą mu i jego ugrupowaniu z impetem wejść do polskiej polityki. Udało się. Ale szybko okazało się, że Hołownia ma wadę, która w polityce jest wadą ogromną. Mianowicie jest łasy na komplementy i głaskanie niczym dzieciak na łakocie. W listopadzie i grudniu 2023 roku media pisały, że nowy marszałek Sejmu to „gigachad”, a niektórzy podmaślający się dziennikarze serio dywagowali, czy ostra krytyka pana Szymona nie podpada przypadkiem pod znieważenie konstytucyjnego organu państwa. Marszałek Hołownia puchł wówczas z dumy i unosił się majestatycznie na orbicie politycznej planety. W rezultacie Polska 2050 przy podziale koalicyjnych łupów zyskała najmniej, bo ograli ją sprytniejsi. Nieprzypadkowo nie otrzymała fotela wicepremiera (ludowcy i Lewica swoich wicepremierów dostali), ani nawet nie zastrzegła sobie tego stanowiska po uzgodnionej zmianie na stanowisku marszałka Sejmu.

Tusk i Czarzasty, czyli gracze ekstraklasy umocnili się w pewności, że mają do czynienia z drużyną czwartoligową. PSL zaś skonstatował, że koalicja z „szymonitami” nie pozwoliła partii wejść do dużych miast, a głosów na wsi też nie przysporzyła.

Totalizator Sportowy, tajne spotkania i utracona wiarygodność Hołowni

Szymon Hołownia, człowiek bez wątpienia uczciwy i cechujący się pewną romantyczną szlachetnością, szedł do wyborów między innymi pod hasłem odpartyjnienia spółek Skarbu Państwa. Sęk w tym, że z takim hasłem szły i inne ugrupowania z przyszłej koalicji antypisowskiej, lecz tylko Hołownia traktował to hasło szczerze, a nie cynicznie. Tym cynizmem nie zaraził się również po sformowaniu koalicji. W rezultacie spółek nie odpartyjniono, a Polska 2050, w imię swojej niezgody na traktowanie ich jako politycznego łupu, dostała w tym obszarze figę z makiem. Kiedy wybuchła afera związana z obsadą stanowisk w Totalizatorze Sportowym z klucza partyjnego, Hołownia i jego ludzie grzmieli niczym Katon. Parę osób wymieniono, Totalizator i inne spółki są obsadzane, jak zawsze, ale Polska 2050 tego tortu nie dzieli.

Kiedy Hołownia spróbował – pierwszy i ostatni raz w swej politycznej, amatorskiej karierze – zagrać jak rasowy pierwszoligowy polityk, wyszła z tego farsa. Tajne spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim i ważnymi politykami PiS w lipcu 2025 roku nie dodało mu gravitatem,a ośmieszyło. Rajtarzy KO i wspierający Tuska mediaworkerzy uczynili z tej rozmowy przymiarkę do zmiany sojuszy, nie patrząc na to, że choćby cała Polska 2050 przeszła na stronę Kaczyńskiego, to i tak razem nie mieliby 231 głosów. Z kolei życzliwy ton i pozorna obrona ze strony PiS były podszyte ledwie skrywanym szyderstwem.

To widowisko, na nieszczęście Hołowni a na szczęście dla KO i Lewicy, odbyło się cztery miesiące przed uzgodnioną w koalicyjnej umowie rotacją na stanowisku marszałka Sejmu. Przeczołgany, ośmieszony i ostro krytykowany także we własnym klubie polityk nie miał dobrej pozycji przetargowej, by obronić fotel marszałka ani by wytargować za pokojową zmianę coś ekstra. Na przykład wicepremiera dla Polski 2050. Jakichś aluzji i rozpuszczanych po Warszawie pogłosek, że Szymon Hołownia nie ustąpi łatwo z marszałkowania, w KO i Lewicy nikt nie brał na poważnie. I słusznie. Finalnie Polska 2050 znowu nie dostała wicepremiera ani nawet jasnej deklaracji, że takie stanowisko w przyszłości jej polityk otrzyma, zaś Hołownia z uśmiechem ustąpił. Mimo, że PiS dał do zrozumienia, że jeśli będzie chciał marszałkiem pozostać, to jego odwołania nie poprze. Konfederacja zapewne również by poszła w ślady PiS.

Wspomniana uczciwość i szlachetność lidera Polski 2050 powodowała, że znacznie skuteczniejsze od straszenia go potwornymi konsekwencjami politycznymi okazało się straszenie wyrzutami sumienia. Wystarczyło, że Tusk lub któryś z jego ludzi oznajmili, że przez hamletyzowanie Hołowni zagrożona jest koalicja, a skoro koalicja się rozpadnie, to wróci zły PiS, a Hołownia już wracał do szeregu.

Cóż polityczna kronika błędów Hołowni ma wspólnego z obserwowaną bolesną agonią jego partii? Ano ma. Okazało się, że elektorat, zbudowany głównie na rozczarowanych wyborcach KO, woli wrócić w ramiona starej, choć denerwującej Koalicji Obywatelskiej, niż kibicować serii niepowodzeń i gagów. A że Polska 2050 konsekwentnie trzymała się mało oryginalnego programu: być jak KO, tylko troszkę inaczej, więc nie zbudowała żelaznego elektoratu złożonego z tych, którzy nie kibicowali ani Tuskowi, ani Kaczyńskiemu. Partia, która miała być partią centrum, stała się finalnie centrolewicowym, nieudanym klonem partii Donalda Tuska.

Koalicja bez nagród: jak Polska 2050 została ograna przez silniejszych partnerów

Dla Tuska Hołownia jest najwygodniejszym liderem Polski 2050, bowiem nie stanowi żadnego zagrożenia, a mit wspaniałego „gigachada” prysł nie tylko wśród wyborców (wg ostatnich sondaży ponad połowa Polaków życzyłaby sobie zniknięcia Hołowni z polityki), ale i wśród partyjnych kolegów. Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz z kolei premier nie chce na czele koalicjanta, bowiem ta jasno odrzuca możliwość wspólnej listy z KO i pokazała, że umie samodzielnie grać w pewnych sprawach z prezydentem z PiS. Nie ma zbyt dużego znaczenia, kto w końcu zostanie kapitanem tonącego okrętu, bowiem los Polski 2050 raczej jest przesądzony.

Najprawdopodobniej dojdzie jeszcze przed wyborami parlamentarnymi do rozłamu w klubie. A to będzie skutkowało między innymi przejęciem rozłamowców przez inne ugrupowania – KO, PSL, pewnie i Lewicę. Może nawet kogoś weźmie PiS. Przypomnę, że o ile w koalicyjnej umowie zapisano, że współrządzący nie będą sobie podbierać posłów, to z chwilą, gdy dany poseł opuści szeregi klubu, jest spod tego zapisu wyjęty. Może przez miesiąc być posłem niezależnym, może z kolegami stworzyć jakieś koło, a potem wylądować w innym klubie koalicji rządowej.

Fakt, że rządy antypisu po wyborach w 2027 roku są mocno niepewne powoduje, że już zaczyna się walka o miejsce w szalupach ratunkowych. Mówiąc wprost, wielu posłom Polski 2050 opłaca się rozpocząć starania o miejsca na liście KO, Lewicy czy nawet PSL, a tkwienie w klubie oznacza tylko bohaterską śmierć polityczną. Dawny slogan Polski 2050, brzmiący: „Pokolenie, nie kadencja”, dziś brzmi ironicznie.

Historia Polski 2050 dobiega końca. Ciekawe, kto będzie nową amatorską „trzecią siłą” w przyszłym roku?

Autor tekstu
Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski. Jest członkiem Rady Fundacji Instytut Staszica, współprowadzącym podcast @Podwojnyprosty na YouTube. Z wykształcenia prawnik, z zawodu specjalista od public relations i public affairs. Autor książek poświęconych historii polskiej gospodarki i Warszawy. Dla Dobitnie.pl pisze o kulturze, historii i nowych książkach.

Wyszukiwarka
Kategorie
Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski. Jest członkiem Rady Fundacji Instytut Staszica, współprowadzącym podcast @Podwojnyprosty na YouTube. Z wykształcenia prawnik, z zawodu specjalista od public relations i public affairs. Autor książek poświęconych historii polskiej gospodarki i Warszawy. Dla Dobitnie.pl pisze o kulturze, historii i nowych książkach.

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank