Państwa nie rozpadają się dziś wyłącznie od czołgów, rakiet i alarmów lotniczych. Czasem wystarczy, że z kranu przestanie lecieć woda. Woda jest w Polsce traktowana jak tło cywilizacji – ma być, płynąć i nie zawracać nikomu głowy. Dopóki działa, nie istnieje w politycznej wyobraźni. A przecież historia wspólnot jest historią walki o rzeczy elementarne. Bezpieczna woda należy do nich bardziej niż niejeden spektakularny projekt, przy którym politycy ustawiają się do zdjęć.
W tym kontekście warto przywołać także klasyczną teorię cywilizacji hydraulicznych Karla Augusta Wittfogela. Jej sedno było proste: tam, gdzie przetrwanie społeczeństwa zależy od kontroli nad wodą – irygacją, kanałami, tamami, magazynowaniem i dystrybucją – tam władza nad infrastrukturą wodną staje się jednocześnie władzą polityczną. Państwo, które kontroluje wodę, kontroluje życie, produkcję żywności, stabilność społeczną i porządek publiczny. Choć Wittfogel pisał o antycznych imperiach, jego intuicja pozostaje aktualna: system wodny nie jest tylko technicznym zapleczem cywilizacji, ale jednym z fundamentów państwowości. Dlatego współczesna stacja uzdatniania wody czy lokalny wodociąg to element tej samej logiki, którą Wittfogel opisywał przed dekadami – kto nie chroni wody, ten w istocie nie chroni własnego państwa.
Polska nie jest krajem, który może sobie pozwolić na luksus lekceważenia wody. Według danych GUS odnawialne zasoby słodkiej wody na mieszkańca wynoszą u nas około 1,6 tys. m³ rocznie, podczas gdy próg bezpieczeństwa wodnego według ONZ to 1,7 tys. m³. GUS podkreśla też, że to jedna z najniższych wartości w Unii Europejskiej – gorszą sytuację mają tylko Czechy, Malta i Cypr. Innymi słowy: Polska jest krajem relatywnie suchym, który zbyt długo zachowywał się tak, jakby problem nie istniał.
Bezpieczne państwo nie zaczyna się od konferencji prasowej
Politycy uwielbiają mówić o infrastrukturze krytycznej. To brzmi nowocześnie, poważnie i dobrze wygląda na prezentacjach. Porty, lotniska, energetyka, kolej, wielkie kontrakty, wielkie kwoty, wielkie deklaracje. Tyle że odporność państwa nie opiera się na efektownych wizualizacjach. Zaczyna się w lokalnej stacji uzdatniania wody, w pompowni, w systemie sterowania, którego nikt poza operatorem nie widział od lat. To właśnie tam najłatwiej zobaczyć, czym różni się państwo poważne od państwa z dykty.
Bo sieć jest duża, rozproszona i powszechna. GUS podał, że na koniec 2024 r. długość sieci wodociągowej w Polsce osiągnęła 343,9 tys. km, a liczba przyłączy do budynków mieszkalnych sięgnęła prawie 6,4 mln. Jednocześnie 86 proc. budynków mieszkalnych było podłączonych do sieci wodociągowej, w tym 88,7 proc. w miastach i 84,4 proc. na wsi.To znaczy, że nie mówimy o marginesie, lecz o systemie podtrzymującym codzienne życie milionów ludzi. Jeśli taki system zawodzi, to mamy kryzys społeczny, gospodarczy i polityczny.
W naszym kraju systemowo bezpieczeństwo wodne pozostawiono głównie na poziomie lokalnym, bez adekwatnego ciężaru państwowego. Odpowiedzialność rozproszono, standardy są nierówne, a inwestycje w zabezpieczenia przegrywają z tym, co bardziej widoczne i wdzięczne politycznie. Da się przeciąć wstęgę przy nowej drodze, ale trudniej zrobić polityczne show wokół modernizacji stacji uzdatniania wody. A przecież to właśnie takie miejsca mogą dziś decydować o tym, czy państwo jest odporne, czy tylko dobrze się reklamuje.
Woda to nie usługa komunalna, lecz front bezpieczeństwa państwa
Wojna hybrydowa nie musi wyglądać jak film akcji. Nie potrzeba czołgu na rynku miasta ani dywersanta wysadzającego most. Wystarczy cyberatak na system sterowania, włamanie do infrastruktury, skażenie, sabotaż albo sparaliżowanie operatora, który działa w słabo chronionym środowisku. Państwo najwyraźniej zaczęło to rozumieć, skoro uruchomiło program Cyberbezpieczne Wodociągi. Sam rząd przyznaje, że chodzi o ochronę systemów IT i OT wodociągów oraz oczyszczalni, by ograniczyć ryzyko awarii i zakłóceń w dostawach wody. W jednym z rozstrzygnięć programu przyznano dofinansowanie 688 projektom na łączną kwotę ponad 590 mln zł. To dobrze, ale zarazem bardzo wymowne: gdy państwo musi uruchamiać specjalny program cyberochrony wodociągów, to znaczy, że obszar przez długi czas był niedoinwestowany i niedoceniany.
Potrzebny jest kubeł wody na głowy polityków – konkretne państwowe otrzeźwienie. Po pierwsze: obowiązkowy ogólnokrajowy audyt stacji uzdatniania wody, ujęć i kluczowych elementów lokalnych sieci. Po drugie: jednolite minimalne standardy ochrony fizycznej i cyberbezpieczeństwa, których nie da się obchodzić z powodu braków budżetowych. Po trzecie: stały, wieloletni program finansowania modernizacji wodociągów,a nie doraźne granty. Po czwarte: całodobowy monitoring i system szybkiego alarmowania w obiektach kluczowych dla zaopatrzenia ludności. Po piąte: regularne ćwiczenia kryzysowe z udziałem samorządów, służb i operatorów. Po szóste: realne przesunięcie odpowiedzialności z poziomu „gmina ma sobie radzić” na poziom nadzoru państwa.
Skoro państwo potrafi planować obronę granic, energetyki i łączności, to musi też umieć obronić wodę. Inaczej cała narracja o odporności państwa pozostanie tylko efektowną dekoracją. Piętą achillesową państw są zwykle te obszary, gdzie przez lata uznawano, że nie ma się czym zajmować. W Polsce jedną takich sfer jest właśnie woda.
