Polskie pszczelarstwo nie potrzebuje dziś więcej obietnic – ani z Brukseli, ani z polskiego rządu. Potrzebuje za to twardej, zdecydowanej ochrony przed politycznym szaleństwem i nieuczciwą konkurencją, która niszczy rodzimych producentów. W Polsce pracuje blisko 96,6 tys. pszczelarzy, którzy dbają o 2,4 mln rodzin pszczelich. Średnia pasieka liczy około 25 pni. Jest to zatem duży, rozproszony, ale i strategiczny sektor, od którego zależy zapylanie upraw, sadownictwo i stabilność polskiego rolnictwa.
Niedawno rozmawiałem z pszczelarzem z Tomaszowa Mazowieckiego. Nie owijał w bawełnę: branża jest pod coraz bardziej dociskana regulacjami. Pojawia się więcej papierologii, więcej zakazów, niepewność dusi, a tani import z Ukrainy zalewa rynek. Zamiast pomagać, państwo i Bruksela tylko dokładają problemów – rozmowę można obejrzeć na moim kanale YT. Obejrzyjcie: to był głos człowieka, który zaczyna się martwić o przetrwanie swojej pasieki i widzi, jak system pracuje przeciwko niemu.
Dane Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa są bezlitosne. Polski rynek konsumuje niemal 40 tys. ton miodu rocznie. Import miodu do Polski nadal utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie, a w ostatnich latach sięgał 26,6 tys. ton. Oznacza to jedno: krajowy producent wciąż walczy o miejsce na półce, a rynek jest zalewany tanim towarem z zagranicy.
Największy cios przyszedł z Ukrainy
Najbardziej bolesnym i drażliwym elementem jest masowy napływ miodu z Ukrainy. Komisja Europejska musiała w końcu przyznać, że skala jest nie do wytrzymania i po przekroczeniu progu 44 417 ton dla całej Unii uruchomiła mechanizm ochronny i przywróciła cło. Ale dla polskiego pszczelarza to za mało i za późno. Ukraiński miód jest masowo wyładowywany u nas i nikt nie wie, czy w ogóle dalej wyjeżdża. Część tego towaru i tak zostaje na polskim rynku. Efekt jest zawsze ten sam: ceny w dół, opłacalność w dół, polskie pasieki na skraju opłacalności.
Do tego dochodzi jeszcze jedna niesprawiedliwość. Ukraiński miód jest wytwarzany z pyłków roślin, które nie są objęte tak surowymi restrykcjami chemizacyjnymi, jak w Unii Europejskiej i Polsce. Nasz rolnik musi przestrzegać ostrych unijnych norm i kontrolować każdy gram chemii. Ukraina – nie. To klasyczny dumping, w którym polski producent przegrywa nie z jakością, tylko z brakiem regulacji po drugiej stronie granicy. Z jednej strony narzucamy na siebie ograniczenia w rolnictwie, a z drugiej sprowadzamy produkty wytworzone bez tych ograniczeń.I niech nikt nie mówi, że to zjawisko ma coś wspólnego z wolnym rynkiem. Ani że ukraińscy biznesmeni od miodu walczą z Rosją, byśmy mogli pić herbatę słodzoną miodem, więc należą się im specjalne przywileje.
Komisja Europejska w tym roku dopuściła bezcłowy kontyngent na miód z Ukrainy w wysokości 18 507 ton do 5 czerwca. Potem mechanizm ochronny może zostać ponownie włączony. To dobitne przyznanie, że nawet w Brukseli wiedzą, że skala napływu jest zabójcza dla lokalnych producentów. Tylko że dla polskiego pszczelarza nie ma znaczenia, czy ten miód „na papierze” jedzie do Niemiec, Holandii , ale to czy zostaje u nas. Liczy się realny efekt: niższe ceny, mniejsza rentowność i groźba likwidacji pasiek.
Biurokracja dusi pasieki od środka
A jakby tego było mało, polskie Ministerstwo Klimatu chce jeszcze dołożyć własne, swojskie ciosy. Planuje wprowadzić przepisy, przez które hodowla pszczół w miastach i na terenach Natura 2000 stanie się praktycznie niemożliwa.To czysty absurd! Jak dowiedziałem się podczas rozmowy z pszczelarzem z Tomaszowa Mazowieckiego miód produkowany w miastach jest często lepszej jakości: rośliny miejskie i przydomowe nie są poddawane tym wszystkim chemicznym zabiegom, co pola uprawne. Mniej pestycydów, mniej oprysków, czystszy pyłek. A rząd zamiast to chronić i promować – chce unicestwić.
Pszczoły to nie detal – to fundament
Pszczoły nie są ozdobnikiem ani „zielonym dodatkiem”. Są jednym z filarów polskiej gospodarki. Bez nich nie ma zapylania, stabilnych plonów ani zdrowej żywności. Produkty pszczele to również lekarstwa, kosmetyki, a przede wszystkim praca setek tysięcy pszczelarzy, którzy od pokoleń dbają o polską wieś. W kraju, który utrzymuje 2,4 mln rodzin pszczelich i nadal zmaga się z napływem importu oraz biurokratycznymi zakazami, traktowanie tego sektora jak problemu do „uregulowania” to zwykła głupota, lewacki fanatyzm i zdrada interesu narodowego.
Jeśli rząd naprawdę chce wspierać polską wieś, polską przyrodę i polską suwerenność żywnościową, to niech wreszcie przestanie klękać przed Brukselą i Kijowem. Pszczelarze nie proszą o jałmużnę ani przywileje, a tylko (i aż) o elementarną sprawiedliwość: o rozsądną politykę handlową, o ochronę przed nieuczciwym importem, o szacunek dla ciężkiej, uczciwej pracy i o zaprzestanie biurokratycznego duszenia.
Czas skończyć z ideologicznymi absurdami. Czas na trzeźwe myślenie o polskim interesie. Zdejmijcie niebiesko-gwiaździstą flagę, zdejmijcie flagę niebiesko-żółtą, a zawieście wreszcie polską. Biało-czerwoną.
