Powstaje właśnie państwowy anty-fact-checking. Mechanizm, który pod hasłem walki z dezinformacją może produkować dokładnie odwrotny efekt: selekcjonowanie faktów tak, żeby zostawały tylko te wygodne dla władzy i zaprzyjaźnionego środowiska medialnego. Będą mówić o „weryfikacji”, „odpowiedzialności” i „obronie debaty publicznej”, ale coraz częściej może chodzić po prostu o nowe opakowanie dla starych kłamstw.
Kiedy Polska Agencja Prasowa, Telewizja Polska i Polskie Radio ogłaszają wspólny projekt „Sprawdzam to”, brzmi to jak wielka akcja ratowania społeczeństwa przed fake newsami. Problem polega na tym, że te same instytucje są dziś głęboko uwikłane politycznie, przeszły brutalne przejęcie przez nową władzę i same mają gigantyczny problem z wiarygodnością. A mimo to właśnie one mają teraz decydować, co jest prawdą, a co „manipulacją”.
Ta komedia ma jeden niepokojący wymiar – kompromituje, nie pierwszy to taki przypadek, pożyteczną ideę fakt-checkingu. Podobnie jak instytucje „fact-checkingowe” tworzone w Rosji pod kuratelą administracji Putina. rawdziwy fact-checking działa wyłącznie wtedy, gdy jest niezależny od państwa, partii i politycznych interesów. Chodzi o kontrolowanie narracji. O wskazywanie obywatelom, które informacje są „bezpieczne”, a które należy uznać za podejrzane.
Zawodowi zmyślacze
Najbardziej kompromitujące jest jednak to, że projekt rusza już po aferze wokół książki Karoliny Opolskiej „Teoria spisku, czyli prawdziwa historia świata”. I nie mówimy tu o literówkach albo źle zapisanych przypisach. Mówimy o zwykłym wymyślaniu źródeł. W książce znalazły się publikacje, które po prostu nie istnieją. Całe tytuły, nazwiska, wydawnictwa i numery stron zostały zmyślone.
„Stanisław Mikołajczyk, Historia Polski, PWN, Warszawa 1989” – nie istnieje. „Witold Kula, Historia cywilizacji słowiańskiej” – nie istnieje. „Gerard Labuda, Chrystianizacja Polski” w podanej wersji – również fikcja. Tego nie da się wytłumaczyć roztargnieniem. Nie da się „przypadkiem” wymyślić całej książki razem z przypisami. To nie jest błąd redakcyjny. To jest zwykłe oszustwo.
Sprawę ujawnił Demagog, czyli organizacja, która paradoksalnie wykonała prawdziwą robotę fact-checkerską. I wtedy zaczęła się klasyczna operacja ratunkowa. Zamiast prostego przyznania się do kompromitacji pojawiły się tłumaczenia, zrzucanie winy na wydawnictwo i unikanie publicznych odpowiedzi. Czyli dokładnie ten sam mechanizm, który media uwielbiają wyśmiewać u polityków.
Miękka cenzura?
I właśnie w tym tkwi sedno problemu. Środowisko, które samo ma problem z elementarną rzetelnością, chce dziś stworzyć centralny system państwowej autoryzacji prawdy. Ludzie, którzy nie potrafią dopilnować własnych przypisów, mają teraz oceniać wiarygodność informacji dla milionów odbiorców.
To nie jest przypadek. To jest model działania. Najpierw buduje się monopol informacyjny. Potem tworzy się instytucję, która będzie oznaczała jedne treści jako „prawdę”, a inne jako „dezinformację”. A na końcu każda niewygodna informacja może zostać zakrzyczana „brakiem kontekstu”, „mylącym przekazem” albo „teorią spiskową”.
Tak właśnie rodzi się anty-fact-checking. System, w którym nie sprawdza się faktów po to, żeby dojść do prawdy, ale po to, żeby ochronić obowiązującą narrację. Mechanizm, który ma wyglądać nowocześnie, profesjonalnie i ekspercko, ale w praktyce może stać się narzędziem, wcale nie takiej miękkiej, cenzury.
Bo kiedy arbitrem prawdy zostają ludzie wyspecjalizowani w zmyślaniu faktów, granica między weryfikacją a propagandą praktycznie znika.
