W szachach, polityce i w historii pierwszy ruch może decydować o dalszym przebiegu rozgrywki. Tak stało się i w sprawie prowokacyjnego ruchu prezydenta Zełenskiego. To, że Karol Nawrocki zdecydował o odebraniu mu Orderu Orła Białego było decyzją logiczną i nieuniknioną. W odróżnieniu od biadolących lewicowców i liberałów mniej zaprząta moją głowę dociekanie, czy aby wzajemne relacje nie staną się lodowate, ale czy ukraińscy politycy odczytają twarde stanowisko Polski tak, jak powinni. Jako że hołdują sowieckiej szkole uprawiania polityki, to jest na to szansa. Szansa, że przestaną traktować Polskę jako skrajnie miękkiego partnera, a polskich polityków jako bandę frajerów.
Dziwię się premierowi Tuskowi, który na kilka godzin przez ogłoszeniem decyzji prezydenta Nawrockiego poinformował, że rozmawiał z Władimirem Zełenskim, a ten zapewnił, że decyzja w sprawie nadania jednostce wojskowej imienia Bohaterów UPA absolutnie nie miała na celu żadnej prowokacji wobec Polski. Wynika z tego, że ukraiński prezydent polskiego szefa rządu potraktował jak idiotę. Biedak nie wiedział widocznie, kto to Bandera, co robili upowcy i jak może nasz kraj zareagować na taką decyzję. Z języka dyplomacji na język ludowy: drodzy Polacy, całujcie mnie w nos, ani kroku w tył.
Ukraińskie szantaże, polska miękkość
Polska i za rządów PiS, i za rządów obecnej koalicji – bardziej jednak za PiS – pokazywała, że limit cierpliwości dla Ukrainy jest wprost niewyczerpany. Wzorem byłego pisowskiego szefa MSZ Jacka Czaputowicza uznawała, że rozdzielanie spraw historycznych i gospodarczych od słusznej pomocy militarnej dla walczącego państwa jest czymś nieetycznym, niegodnym. Tymczasem Ukraina nie widziała i nie widzi (słusznie!) niczego niegodnego w załatwianiu swoich interesów za pomocą moralnego szantażu.Bo walczymy za Polskę, ba, za całą Europę. W pewnym sensie tak jest, ale nie znaczy to, że każde żądanie i każde stanowisko Kijowa musi być akceptowane bez mrugnięcia okiem.
Po prawej stronie spoczywa teraz obowiązek zahamowania wściekle antyukraińskiej narracji, która rozlewa się szeroko. Oddzielmy polityków z Kijowa od ludzi, którzy pracują obok nas, którzy są z tego samego kręgu kulturowego, którzy w Polsce widzą Zachód. Którzy chcą, by ich dzieci budowały swoją przyszłość w Polsce. Polska w odróżnieniu od państw „starej” Unii Europejskiej ma ten komfort, że zamiast hord nachodźców z Afryki mogła przyjąć pracowitych, zaradnych Ukraińców. Powinna o nich zadbać i zachęcać do pozostania u nas. Do wyboru Polski jako państwa, gdzie można liczyć na sprawiedliwe traktowanie.
Ukraińcy są potrzebni Polsce, polskiej gospodarce
Sprawa Ukrainy i Ukraińców będzie jednym z tematów kampanii wyborczej w 2027 roku. Mam nadzieję, że to nie Grzegorz Braun i spółka będą nadawali narrację prawicy w tej kwestii. Potrzeba tu bowiem twardego stanowiska, obrony polskich interesów, rozmowy z politykami z Ukrainy językiem, który rozumieją, ale i rozładowywania napięć między Polakami a Ukraińcami w Polsce.Nie dlatego, że „Putin się cieszy”, bo to, co o Polsce myślą na Kremlu powinno nas obchodzić mniej od tego, jak będzie się kształtowała nasza najbliższa przyszłość. Owszem, w zakresie bezpieczeństwa, ale również gospodarki i rynku pracy. W realiach starzejącego się społeczeństwa ma to ogromne znaczenie. Powiem cynicznie, ale szczerze: wolę, by pracowici Ukraińcy budowali siłę polskiej gospodarki, niż siłę gospodarki ukraińskiej. Bo silna gospodarka ukraińska będzie największym konkurentem dla naszej.
Po prostu – mniej emocji, więcej pragmatyzmu, a polski interes na pierwszym miejscu. Oczywiste i banalne? Jak widać, nie dla wszystkich.
