Prezydent Zełenski i spór z Ukrainą o ocenę historii zdominowały ostatnio nasze myślenie i pozornie nas zjednoczyły. Jeżeli jednak skoncentrujemy się tylko na tym, aby zewrzeć szeregi przeciwko zewnętrznemu wrogowi, to nie uzyskamy jako wspólnota żadnej korzyści. Używając popularnego powiedzenia: cały kryzys nam się zmarnuje.
Zamiast tego powinniśmy zastanowić się nad postawą, jaką powinniśmy przyjmować wobec zagrożeń i konfliktów, oraz nad postawami, które wspólnocie szkodzą. Zadać sobie pytanie: po czyjej stronie jest nasza lojalność?
Do takiego wniosku prowadzi uważna lektura znakomitej książki Zbigniewa Parafianowicza „Kłopot z Zełenskim”, która ukazała się ostatnio. To lektura obowiązkowa dla każdego interesującego się życiem publicznym. Wbrew pozorom tytułowy „kłopot” nie dotyczy tylko ukraińskiego prezydenta. Dotyczy on także nas, a konkretnie słabości polskiej polityki wynikającej z nieumiejętności przyjęcia jednolitej postawy wobec rzeczywistości.
Bo to, że Zełenski jest bezczelny, zachowuje się prowokacyjnie, poniża polityków, których nie lubi, a przymila się do publiczności, nieustannie ustawia partnerów w sytuacji, w której żąda więcej, a oni mają obowiązek więcej dać — jest w gruncie rzeczy naturalnym zachowaniem polityka, zwłaszcza polityka z kraju znajdującego się w poważnych kłopotach. Może nas napełniać niesmakiem jego zachowanie, ale powinniśmy je zrozumieć. Pytanie brzmi: jaka jest nasza postawa, bo to za nią odpowiadamy, nie za postawę prezydenta sąsiedniego państwa.
Jeden z cytowanych w książce narratorów, określany jako „Dyplomata X”, opisuje w pewnym momencie, jak narracja o niższości Polski i niesymetryczności naszej relacji z Ukrainą jest przejmowana przez polskich polityków i osoby publiczne. Podaje przykład, jak Katarzyna Pisarska przepraszała na jakimś publicznym spotkaniu wicepremier Stefaniszynę za to, że Polska miała wobec jej rządu jakieś oczekiwania. Według tego samego źródła podobnie zachowywał się Paweł Kowal, gdy mówił o polskim eksporcie na Ukrainę: „On traktuje to jako łaskę Ukrainy, że oni raczą kupować nasze towary”.
Powtórzmy: to, że ktoś z ukraińskiego rządu stawia sprawę tak, że oni robią nam przysługę, kupując nasze towary, i dlatego powinniśmy brać za nie jak najmniej, jest czymś najzupełniej normalnym. Każdy przekupień na bazarze robi to samo, bo jego lojalność nie znajduje się po drugiej stronie lady, tylko po własnej. Natomiast to, że ktoś z polskiej strony przyjmuje taką postawę, jest całkowicie niezrozumiałe. Gdzie leży wtedy jego lojalność?
Można po prostu coś dać, jeżeli uznajemy to za właściwe, i wtedy należy wyraźnie zaznaczyć, że jest to darowizna dokonana z naszej nieprzymuszonej woli. Cała reszta obrotu musi podlegać normalnym regułom. I nie chodzi tu wyłącznie o obrót gospodarczy. To samo dotyczy spraw związanych z pamięcią historyczną.
Ukraińcy usiłują przekonać nas, że ich UPA to w gruncie rzeczy to samo, co nasza Armia Krajowa. I znowu: to zachowanie naturalne dla społeczeństwa, którego bliscy antenaci mają tyle krwi na rękach i byli tak potężnie uwikłani w kolaborację z Hitlerem. Myślą więc, że trzeba pokazać, iż inni też mają swoje grzechy na sumieniu. I jakoś przejść do porządku nad faktem, że skala tych grzechów jest nieporównywalna.
Może nikomu nie będzie się chciało sprawdzać, a jak już ktoś sprawdzi, to zawsze będzie można powiedzieć, że to sługa Putina. Ich polityka historyczna budzi więc co prawda abominację, ale jest jakoś tam zrozumiała.
Natomiast postawa taka jak Kazimierza Wóycickiego, który jako polski historyk i politolog sufluje w polskiej telewizji tezy o tym, że UPA i AK są ze sobą porównywalne, jest z punktu widzenia polskiego interesu narodowego całkowicie niezrozumiała.
Gdyby jeszcze Wóycicki bohatersko bronił prawdy historycznej przed usiłującymi ją wykrzywić rodakami — wtedy można by zacisnąć zęby, ale obdarzyć go szacunkiem. Ale nie: on bronił historycznych przeinaczeń podawanych w interesie innego kraju. Być może wydawało mu się, że pomaga w ten sposób Ukraińcom, ale tu też kula w płot, bo wyświadczał im niedźwiedzią przysługę: dzięki takim narracjom Polacy reagują wrogością i nieufnością.
Wóycicki nie pomógł więc nikomu. To nie jest żadne „za waszą wolność i naszą”, żadna giedroyciowska idea, tylko prosty serwilizm, który nie budzi szacunku po żadnej ze stron, a dodatkowo denerwuje Polaków i — co najważniejsze — niszczy wspólnotę.
Tu wrócę do początku: potrzebna jest nam wspólnota postaw, bo powinniśmy realizować wspólny interes narodowy, a wokół nas są kraje, które bezwzględnie realizują swój.
Myśl, że ktoś inny da nam na tacy dobrobyt i bezpieczeństwo, jest równie niedorzeczna jak ta, że w razie wojny obroni nas NATO. To my musimy się bronić i to my musimy w tym celu wykazywać solidarność — nawet jeżeli nie lubimy tych, którzy są atakowani.
Dobrym przykładem jest reakcja części opinii publicznej na brutalne potraktowanie Roberta Bąkiewicza i demonstrantów pod pomnikiem w Berlinie. Ludzie odczuwający satysfakcję z tego, że pobito wroga, muszą pamiętać, że bijący realizują interes innego państwa. I uważnie patrzą na to, czy mogą brutalnie traktować Polaków i czy spotka ich za to jakaś konsekwencja. Brak konsekwencji jest przyzwoleniem na dalsze działania.
I nie chodzi tu o to, że niemiecka policja będzie teraz biła Polaków. To nie działa tak prostacko. Chodzi o to, że niemiecki polityk zobaczył solidarność ze strony innych Polaków wobec tego, co zrobiono polskim demonstrantom. Chodzi o to, po czyjej stronie jest nasza lojalność.
Jeżeli nie po naszej — to już przegraliśmy.
