Charakterystyczne, że poza ostrą wypowiedzią Jarosława Kaczyńskiego w sprawie „berlińskiej ruchawki”, jak raczył to określić premier Tusk, o Ruchu Obrony Granic nie odezwało się wielu polityków. Głosy z Pałacu Prezydenckiego były raczej zdawkowe, a Konfederacja nabrała wody w usta. Inicjatywa Roberta Bąkiewicza pokazuje, że same słuszne intencje nie wystarczą. Liczy się także sposób działania. Kolejne aktywności ROG mogą bardziej zaszkodzić Prawu i Sprawiedliwości, niż mu pomóc.
Temat brutalnej interwencji niemieckiej policji wobec aktywistów ROG grzeją przede wszystkim TV Republika i Niezależna.pl. Grzeją, a nawet przegrzewają, bo w relacjach o berlińskiej utarczce dominuje ton patetyczno-męczeński.
Trudno usprawiedliwiać ewidentną, udokumentowaną na nagraniach brutalność federalnej policji. Trzeba jednak odnotować, że działacze Ruchu chcieli wejść na teren, gdzie nie są dozwolone manifestacje. Trochę tak, jakby grupa aktywistów próbowała wejść na teren Sejmu, za murek. Takie zajście, dwa dni przed podpisaniem umowy obronnej między Polską a Niemcami, celowo czy nie, zyskało polityczny wymiar. Politykom rządzącej koalicji dało zaś powód do rytualnego oskarżania prawicy o „służenie interesom Rosji”.
Ruch Obrony Granic zaczął od realnego problemu
Ruch Obrony Granic powstał w czasie, gdy media społecznościowe pełne były nagrań pokazujących, że niemiecki Grenzschutz traktuje polską granicę jak coś umownego i podrzuca Polsce nielegalnych migrantów. Nagrywając takie przypadki i podnosząc alarm, aktywiści ROG wykonali, ku wściekłości władzy, kawał dobrej roboty.
Niestety, ich ambicje, jak się okazało, wykroczyły poza patrzenie na ręce niemieckim funkcjonariuszom.
Krzyż w Berlinie zamiast skutecznej polityki
Pomysł na konfrontację z niemiecką policją w Berlinie, z krzyżem jako rekwizytem, ma niewiele wspólnego z migracją. Jest, co tu dużo mówić, niezrozumiały. Zwłaszcza że krzyż miał stanąć nie zamiast, ale obok głazu upamiętniającego polskie ofiary III Rzeszy.
Można to było zrobić inaczej. Zrobiono ofensywnie. Nie sądzę, by na Nowogrodzkiej cieszyli się z tego nadaktywizmu Bąkiewicza i spółki. Także dlatego, że radykalny ruch na prawo od PiS to jeden ze stałych politycznych koszmarów Jarosława Kaczyńskiego.
Patrole ROG na dworcu dają paliwo lewicy
Kolejna kuriozalna i na dłuższą metę szkodliwa akcja to umundurowane w moro patrole, wypytujące i legitymujące kolorowych pasażerów na warszawskim Dworcu Centralnym. Bo cóż to właściwie da? Nielegalny migrant przyzna, że jest nielegalny i potulnie da się zaprowadzić na komisariat?
Takie cyrkowe popisy lewica wykorzysta do negowania potrzeby jakiejkolwiek ostrzejszej kontroli migrantów. Już słyszymy, że rasizm, że prześladowanie czarnoskórych, że państwo musi zareagować. Premier Tusk dostał pretekst, by na ostro zająć się patrolami.
ROG może zaszkodzić sprawie, którą chce bronić
Polityka Niemiec wobec Polski i postawa polskich władz wobec Niemiec nie zmienią się dlatego, że aktywiści wbiją w ziemię krucyfiks. Zagrożenie ze strony nielegalnych i legalnych migrantów obcych kulturowo nie zniknie dlatego, że przebierańcy będą gonili za Afrykańczykami po dworcu.
Tego rodzaju happeningi może nakręcają fejm w mediach społecznościowych ich pomysłodawcom i realizatorom, ale są utrapieniem dla innych. Nie dla Niemców, nie dla „inżynierów i doktorów”, nawet nie dla rządzącej koalicji. Są problemem dla PiS, do którego ROG się przykleja, dla ekspertów, którzy zwracają uwagę, że problemów migracyjnych nie da się rozwiązać jednym gestem, i dla wszystkich tych, którzy nie chcą, by liberalno-lewicowe lobby wymusiło na rządzie zahamowanie działań przeciwko nielegalnej migracji i przestępczości migrantów, nagłaśniając ekscesy pana Bąkiewicza i spółki.
