To już nie jest kilka przypadków, to prawdziwa czarna seria premiera. Po atakach na domy dziennikarzy i polityków opozycji, obnażonych kłamstwach w sprawie Zondacrypto, fatalnych danych o zadłużeniu, nagłym wzroście oprocentowania kredytu SAFE teraz doszło odwołanie prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego. Tusk słabnie w oczach.
Porażka Koalicji Obywatelskiej w Krakowie jest odzwierciedleniem kryzysu, w jakim znalazła się nie tylko główna partia rządząca, ale cała koalicja. To że prezydent Miszalski został odwołany, to jedno, ale fakt, że wszyscy – nawet przedstawiciele ugrupowań znajdujących się w sojuszu z Donaldem Tuskiem – się od niego dystansowali, świadczy o głębokim tąpnięciu w obozie władzy.
Miszalski był politycznie trędowaty – nikt nie chciał się z nim pokazywać, by odium kompromitacji nie przeniosło się dalej. Po cichu przedstawiciele formacji znajdujących się w formalnej koalicji rządowej nawet kibicowali autorom referendum – przegrana prezydenta Krakowa to także nauczka dla Tuska, który z taką lubością poniewiera swoimi sojusznikami.
Efekt domina
Sukces przeciwników KO w Krakowie nie powinien być jednak zaskoczeniem. Poza oczywistymi błędami, zaniedbaniami i arogancją Miszalskiego, na jego klęskę wpływ miała także polityka krajowa. Donald Tusk wzbudza coraz szerszą niechęć, mobilizuje przeciwników i demobilizuje własnych wyborców. Coraz trudniej znaleźć przecież racjonalny powód, by popierać obecny rząd.
Nie potrafi realizować inwestycji, trzymać w ryzach finansów państwa, zachować podmiotowości na arenie międzynarodowej czy zahamować wzrostu bezrobocia. Koszty życia rosną, codziennie wybucha mniejsza lub większa afera, kłamstwa premiera obnażają nawet przyjazne mu media.
Głośne oskarżenia o złodziejstwach PiS okazują się w większości czystą propagandą, a na ściganiu „winnych” zęby łamie sobie kolejny minister sprawiedliwości. Z biegiem czasu coraz wyraźniej widać, że rada ministrów to zbiorowisko nieudaczników i niekompetentnych leni, którzy zajmują się albo załatwianiem interesów lobbystów, albo korzystaniem z pokoi wypoczynkowych.
Miszalski nie oberwał więc wyłącznie za swoje grzechy, ale też za winy kierownika, który tak gorąco go popierał.
Odzyskać inicjatywę
Na niedomiar złego w ostatnich dwóch tygodniach nastąpił gwałtowny wzrost poczucia chaosu, gdyż państwo nie jest w stanie poradzić sobie z serią fałszywych alarmów. Służby zostały uwikłane nie tylko w ataki na opozycję, ale też okazują się bezradne wobec realnego zagrożenia. Nie chcą lub nie są w stanie dopaść sprawców, co – bez względu na powody – wzbudza wśród Polaków poczucie zagrożenia.
Za to wszystko ostatecznie płaci Koalicja Obywatelska, a więc Donald Tusk i ad hoc Aleksander Miszalski. Jego klęska jest zatem – w pewnej mierze – czymś w rodzaju wojny zastępczej, którą partia rządząca przegrała.
Teoretycznie sposób na odzyskanie inicjatywy przez premiera jest prosty. Podległe mu służby musiałyby szybko dopaść winnych fałszywych alarmów, postawić zarzuty i wsadzić do aresztów. To jednak oznaczałoby uderzenie we własny elektorat. Lider KO tak mocno rozbudził nastroje antypisowskie, że znacznej części jego wyborców ogromną radość i satysfakcję dostarczają widomości o wtargnięciu służb do domów Karola Nawrockiego czy Tomasza Sakiewicza. Jeśli Tusk chciałby odpowiedzialnych za te obrazki wsadzać do pudła, to oznaczałoby, że ludzie szeroko rozumianej prawicy są takimi samymi obywatelami jak lepsza, liberalna część społeczeństwa.
A o tym wyborcy Tuska nie chcą przecież słyszeć. Lewicowi ideolodzy od dawna przekonują, że prawicę trzeba zwalczać wszelkimi sposobami – należy wobec nich stosować nawet zasady demokracji walczącej, czyli bezprawie – by już nigdy więcej łba nie podnieśli.
Tusk właśnie wpadł zatem we własne sidła, a pierwszy za to zapłacił Aleksander Miszalski.
