Rządowy projekt UD411 (ustawy o podatku od nadzwyczajnych zysków z tytułu wytwarzania niektórych paliw ciekłych i ich obrotu osiągniętych w 2026 r.) ma szansę stać się jednym z najbardziej kontrowersyjnych podatków sektorowych ostatnich lat. Pod hasłem walki z nadzwyczajnymi zyskami państwo proponuje mechanizm, który może uderzyć nie tyle w realnych beneficjentów wysokich marż rafineryjnych, ile w importerów, niezależnych dystrybutorów i sieci paliwowe bez własnych rafinerii. W praktyce oznacza to ryzyko osłabienia konkurencji na rynku paliw, wzmocnienia największego gracza i pogorszenia bezpieczeństwa dostaw. Jeżeli projekt nie zostanie zasadniczo zmieniony, windfall tax może okazać się podatkiem nie od nadzwyczajnych zysków, lecz od niezależności wobec dominującego koncernu.
Rząd przedstawia UD411 jako podatek od nadzwyczajnych zysków w sektorze paliwowym. W praktyce projekt może jednak zadziałać inaczej: wzmocnić pozycję największego, zintegrowanego gracza kosztem firm, które nie mają własnych rafinerii, a konkurują importem, logistyką, hurtową dystrybucją i siecią sprzedaży. Spór nie sprowadza się więc do technicznej metodologii liczenia podatku, lecz dotyczy tego, czy państwo może projektować daninę formalnie obejmującą wiele podmiotów, ale ekonomicznie uderzającą znacznie mocniej w część konkurentów Orlenu.
Na wstępie trzeba uczciwie zaznaczyć: krytyki UD411 nie warto budować na tezie o słabych wynikach Orlenu. Najnowsze dane finansowe spółki pokazują bardzo dobre rezultaty. W I kwartale 2026 r. przychody Orlenu wzrosły rok do roku o 3 proc., EBITDA LIFO o 23 proc., EBITDA o 40 proc., a wynik netto o 94 proc., do 8,154 mld zł. Analitycy wskazywali, że zysk netto był wyraźnie powyżej konsensusu analityków. Zatem skoro Orlen pozostaje finansowo silny, tym trudniej uzasadnić projekt podatku, który może relatywnie bardziej obciążyć jego mniejszych i mniej zintegrowanych konkurentów.
MF myli producenta z importerem
UD411 dotyczy podatku od nadzwyczajnych zysków z tytułu wytwarzania niektórych paliw ciekłych i ich obrotu osiągniętych w 2026 r. Rządowy opis projektu wskazuje, że ma on być reakcją na wcześniejsze działania osłonowe państwa i wzrosty cen paliw. Według dostępnych informacji danina ma objąć przychody od 1 marca do 31 grudnia 2026 r., choć ustawa miałaby wejść w życie 1 sierpnia 2026 r.
Największa kontrowersja polega na objęciu podatkiem nie tylko producentów paliw, lecz także importerów oraz firm dokonujących wewnątrzwspólnotowego nabycia paliw. Konstrukcja podatku może szczególnie mocno uderzyć w podmioty nieposiadające własnych rafinerii, takie jak BP, Shell, Circle K czy Unimot.
Różnica między producentem paliw a importerem jest wszak zasadnicza. Firma posiadająca rafinerię może korzystać z wysokich marż rafineryjnych i zintegrowanego łańcucha wartości. Importer albo niezależny dystrybutor działa inaczej: kupuje paliwo, finansuje zapasy, ponosi koszty transportu, logistyki, zabezpieczeń kontraktowych, ryzyka kursowego i utrzymania dostępności produktu. W takim modelu wyższa marża sprzedażowa nie musi oznaczać nadzwyczajnego zysku, lecz może być odbiciem wzrostu kosztów i ryzyk prowadzenia działalności.
Równa konkurencja tylko na papierze
Z punktu widzenia rynku najgroźniejsze jest to, że projekt może być formalnie równy, ale ekonomicznie nierówny. Wszyscy objęci regulacją występują jako „firmy paliwowe”, choć ich pozycja kapitałowa, skala, źródła przychodów i zdolność absorpcji podatku są zupełnie różne.
Materiały branżowe wskazują, że obciążenia z tytułu windfall tax dla części pozostałych graczy mogą być w relacji do generowanych zysków od 6 do 7 razy bardziej dotkliwe niż dla Orlenu. Jeżeli taka relacja potwierdzi się w praktyce, państwo stworzy mechanizm wpływający nie tylko na poziom danin publicznych, lecz także na strukturę konkurencji.
Właśnie dlatego projekt można nazwać potencjalnym „Orlen tax” w odwrotnym sensie: nie jako podatek wymierzony w Orlen, lecz jako rozwiązanie, które może pośrednio Orlenowi pomóc. Największy podmiot z zapleczem rafineryjnym, logistyką, skalą finansowania i silną pozycją rynkową łatwiej udźwignie nowe obciążenie niż firmy konkurujące z nim importem, elastycznością i alternatywnymi kanałami dostaw.
Konstrukcja bardziej restrykcyjna niż model unijny
Projekt jest również problematyczny z perspektywy unijnego standardu windfall tax. Z dostępnych materiałów wynika, że unijne rozporządzenie 2022/1854 przewidywało próg 75 proc. przychodów z paliw kopalnych, podczas gdy polski mechanizm obejmuje firmy, których udział przychodów z paliw wynosi już 20 proc. To radykalnie poszerza krąg podmiotów objętych daniną.
Różnica dotyczy także samego sposobu liczenia podatku. Europejskie rozwiązania opierały się zazwyczaj na średniej z kilku lat, najczęściej z okresu 2018-2021. Polski projekt ma opierać kalkulację nadmiarowego zysku wyłącznie na wynikach za 2025 r. Do tego dochodzi stawka 75 proc., podczas gdy w wielu państwach UE poziom był niższy, a czeski windfall tax wynosił 60 proc.
Najbardziej problematyczne pozostaje jednak opodatkowanie marży sprzedażowej zamiast dochodu podatkowego czy wyniku brutto. Taka konstrukcja nie bierze pod uwagę szeregu kosztów działalności, w tym logistyki, finansowania, kosztów ogólnych i ryzyka kursowego. W praktyce państwo może więc opodatkować wskaźnik, który nie pokazuje realnej zdolności płatniczej przedsiębiorcy.
Ryzyko niekonstytucyjności
UD411 może rodzić poważne wątpliwości konstytucyjne w co najmniej trzech obszarach.
Po pierwsze, chodzi o retroaktywność. Jeżeli ustawa ma wejść w życie 1 sierpnia 2026 r., ale obejmować przychody od 1 marca 2026 r., przedsiębiorcy zostaną objęci nową daniną za okres, w którym podejmowali decyzje biznesowe bez wiedzy o jej ostatecznych zasadach. W podatkach sektorowych, zwłaszcza przy tak wysokiej stawce, jest to szczególnie wrażliwe z punktu widzenia zasady zaufania obywatela do państwa i stanowionego prawa.
Po drugie, wątpliwości budzi zasada równości. Równość nie oznacza identycznego traktowania podmiotów znajdujących się w różnej sytuacji ekonomicznej. Jeżeli importer bez rafinerii i zintegrowany koncern rafineryjny są obejmowani podobnym mechanizmem, mimo że źródła ich marż i kosztów są różne, pojawia się pytanie, czy ustawodawca prawidłowo uchwycił istotne cechy podatników.
Po trzecie, problemem może być proporcjonalność i określoność daniny. Stawka 75 proc., szeroki zakres podmiotowy, niski próg wejścia, brak mechanizmów osłonowych oraz opodatkowanie marży zamiast realnego dochodu mogą zostać ocenione jako nadmierna ingerencja w działalność gospodarczą. Projekt nie przewiduje typowych mechanizmów zabezpieczających, takich jak wygaszanie podatku przy spadku cen surowców, możliwość uwzględnienia inwestycji, rozliczania strat z wcześniejszych lat czy kompensacja wahań kursowych dla importerów.
Gospodarczo: mniej konkurencji, więcej koncentracji
Skutki gospodarcze mogą być odwrotne od deklarowanych. Podatek ma zabrać nadzwyczajne zyski, ale może ograniczyć zdolność niezależnych firm do finansowania zapasów, importu i bieżącego obrotu. Bezpieczeństwo paliwowe państwa nie opiera się wyłącznie na sile jednego koncernu, lecz także na wielości kanałów dostaw, aktywności importerów, konkurencji hurtowej i detalicznej oraz odporności logistycznej rynku.
Jeżeli UD411 osłabi podmioty bez rafinerii, rynek paliwowy stanie się bardziej skoncentrowany. Dla konsumentów i przedsiębiorców oznacza to mniejszą presję konkurencyjną. Dla państwa, większą zależność od największego gracza. Dla gospodarki, sygnał, że w sektorach strategicznych reguły gry mogą być zmieniane wstecznie i w sposób selektywnie dotkliwy.
Państwo ma prawo opodatkować nadzwyczajne zyski, ale nie powinno pod tym hasłem tworzyć mechanizmu wzmacniającego dominującego gracza i osłabiającego jego konkurentów. UD411 wymaga zasadniczej korekty: ograniczenia do realnych beneficjentów marż produkcyjnych, wyłączenia lub odrębnego potraktowania importerów i dystrybutorów, odejścia od retroaktywności oraz oparcia podatku na realnym dochodzie, a nie na marży oderwanej od kosztów. Bez tych zmian projekt będzie gospodarczo szkodliwy i prawnie ryzykowny.
