Rząd przyjął projekt ustawy, dzięki któremu państwo ma dopłacać do składek ZUS osobom wykonującym zawód artystyczny. W języku resortu kultury brzmi to szlachetnie: bezpieczeństwo socjalne twórców, dostęp do lekarza, ochrona macierzyńska, minimalna emerytura, naprawienie wieloletniego zaniedbania. W języku podatnika brzmi to jednak znacznie prościej: budżet państwa dorzuci wybranej grupie zawodowej do składek, a budżet państwa nie ma własnych pieniędzy.
To jest sedno kontrowersji: dlaczego akurat ta grupa ma otrzymać specjalny system dopłat, osobny status, komisje opiniujące, nową instytucję i gwarancję wsparcia finansowanego przez wszystkich?
Kontrast jest uderzający. Zwykły przedsiębiorca, nawet jeśli w danym miesiącu nie zarobił nic albo jego firma przyniosła stratę, musi płacić składki. Mały warsztat, salon fryzjerski, jednoosobowa działalność usługowa, sklepik, lokal gastronomiczny – w tym przypadku państwo nie pyta, czy miesiąc był dobry. ZUS trzeba zapłacić. Tymczasem rząd proponuje, aby wybrana grupa około 62 tys. artystów mogła korzystać z elastycznych dopłat bezpośrednio z budżetu, jeśli spełni kryteria dochodowe.
Nowa pomoc, nowa biurokracja
Ocena Skutków Regulacji pokazuje, że nie chodzi wyłącznie o same dopłaty. Projekt buduje cały aparat. W przekształconym Centrum Edukacji Artystycznej, czyli nowym Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej, ma powstać 29 nowych etatów. W MKiDN kolejne 11. Do tego dochodzą koszty budynku, najmu, mediów, administracji, badań rynku artystów, Rady i Komisji Opiniującej oraz obsługi systemu przez ZUS.
W liczbach wygląda to następująco: około 17-19 mln zł rocznie kosztów administracyjnych bez samych dopłat, dopłaty na poziomie 238-336 mln zł rocznie, koszt systemu na początku około 322 mln zł rocznie, a pod koniec okresu OSR około 427 mln zł rocznie. Łączny koszt w perspektywie dekady to kilka miliardów złotych. W przestrzeni publicznej padają wyliczenia sięgające około 4,5 mld zł w ciągu 10 lat.
Resort kultury może tłumaczyć, że wielu artystów zarabia poniżej płacy minimalnej. Ale przeciwnicy projektu pytają wprost: co z początkującymi mechanikami, fryzjerkami, kelnerami, pracownikami fizycznymi, korepetytorami, sezonowymi usługodawcami, freelancerami i samozatrudnionymi? Oni również często zarabiają mało, nieregularnie i bez gwarancji stabilności. Dlaczego jedna grupa zawodowa dostaje państwową taryfę ulgową, a reszta ma dalej płacić pełny rachunek?
PiS i Konfederacja dostały polityczny prezent
Projekt natychmiast stał się paliwem dla prawicy. Konfederacja uderza w najprostszy i najbardziej nośny argument: zwykli obywatele mają dopłacać do ZUS artystom, podczas gdy im samym nikt składek nie umarza. W takim układzie ustawa nie jest aktem solidarności, lecz nowym przywilejem dla środowiska postrzeganego jako bliskie liberalno-lewicowej władzy.
PiS buduje narrację podobnie, choć w bardziej socjalnym tonie: rząd znajduje setki milionów złotych na dopłaty dla wybranych środowisk, ale nie rozwiązuje problemów zwykłych rodzin, małych firm i pracowników żyjących od wypłaty do wypłaty. Dla opozycji to wygodny symbol: gabinet Donalda Tuska mówi o godności ludzi kultury, ale rachunek wystawia także tym, którzy sami nie mają żadnej ulgi.
W tle pojawiły się też pytania o próg dochodowy. Jeżeli dopłaty mają dotyczyć osób zarabiających do 125 proc. dwunastokrotności minimalnego wynagrodzenia, to uzasadnienie pomocy ludziom w skrajnej biedzie przestaje być wiarygodne. Czy zatem osoby zarabiające minimalną krajową mają finansować składki osobom, które mogą zarabiać więcej od nich?
Pałac milczy, ale weto prezydenta jest bardzo prawdopodobne
Na razie Pałac Prezydencki nie zajął oficjalnego stanowiska w sprawie projektu. Milczenie nie oznacza jednak, że ustawa ma przed sobą łatwą drogę. Jeśli projekt przejdzie przez Sejm i Senat w obecnym kształcie, trudno wyobrazić sobie, aby Karol Nawrocki podpisał go bez politycznego namysłu.
Dla prezydenta związanego z prawicowym elektoratem będzie to ustawa wręcz prosząca się o weto. Łączy kilka tematów, które są dla tego obozu szczególnie nośne: dopłaty z budżetu, nowe przywileje branżowe, rozrost administracji, wsparcie także dla części cudzoziemców i symboliczny konflikt między „elitami kultury” a zwykłymi podatnikami. Nawrocki może więc przedstawić ewentualne weto nie jako gest przeciw artystom, lecz jako obronę równości obywateli wobec danin publicznych.
To byłaby także wygodna politycznie decyzja. Prezydent Nawrocki mógłby powiedzieć, że państwo powinno pomagać osobom o niskich dochodach, ale nie przez tworzenie osobnej ścieżki dla jednej grupy zawodowej. Mógłby zażądać rozwiązania powszechnego, obejmującego wszystkich pracujących nieregularnie, a nie tylko tych, którzy mieszczą się w definicji artysty zawodowego. Taki argument byłby trudny do zignorowania, bo trafia w podstawową słabość projektu: jego sektorowy i przywilejowy charakter.
Dlatego dziś najbardziej prawdopodobny scenariusz polityczny wygląda następująco: rząd będzie bronił ustawy jako aktu społecznej odpowiedzialności wobec kultury, PiS i Konfederacja będą pompować temat jako przykład niesprawiedliwości podatkowej, a Karol Nawrocki może na końcu przeciąć sprawę wetem. Zwłaszcza jeśli wokół projektu narosną emocje dotyczące cudzoziemców i kosztów dla budżetu.
Dopłaty nie tylko dla obywateli Polski
Najbardziej zapalny będzie jednak wątek cudzoziemców. Projekt nie ogranicza możliwości ubiegania się o status artysty zawodowego wyłącznie do obywateli Polski. Obejmuje także m.in. obywateli państw Unii Europejskiej, EFTA i Szwajcarii mieszkających w Polsce, a także część cudzoziemców przebywających legalnie w kraju, w tym osoby ze statusem uchodźcy lub ochroną uzupełniającą.
Z punktu widzenia prawa europejskiego i zasad legalnego pobytu można to uzasadniać. Jeśli ktoś mieszka w Polsce, pracuje tu i podlega polskim regulacjom, państwo obejmuje go określonymi mechanizmami. Tyle że polityka działa inaczej niż komentarz prawniczy. W debacie publicznej przekaz będzie brutalnie prosty: polski podatnik ma dopłacać do ZUS nie tylko polskim artystom, ale także części zagranicznych twórców przebywających w Polsce, w tym uchodźcom i imigrantom.
Konfederacja już eksponuje ten argument, wskazując m.in. na artystów z Ukrainy. I niezależnie od tego, jak rząd będzie tłumaczył szczegóły, ten wątek może przykleić się do projektu na stałe. Zwłaszcza że kwestie migracji, świadczeń i pieniędzy publicznych należą dziś do najbardziej emocjonalnych tematów w polskiej polityce.
Państwo będzie decydować, kto jest artystą
Jest jeszcze jeden problem: status artysty zawodowego. Projekt zakłada, że ktoś będzie musiał urzędowo potwierdzić, kto jest artystą, a kto nim nie jest. Decyzje mają być wydawane po ocenie dorobku, z udziałem Komisji Opiniującej.To rodzi pytania o uznaniowość, środowiskowe układy i biurokratyczne filtrowanie kultury.
Jak państwo oceni twórcę internetowego, muzyka niszowego, performera, ilustratora, autora self-publishingu, twórcę ludowego albo rzemieślnika artystycznego? Im bardziej system będzie środowiskowy, tym większe ryzyko korporacyjnego zamknięcia. Im bardziej urzędowy, tym bardziej kultura zostanie wtłoczona w formularze, decyzje, profile informacyjne i procedury odwoławcze.
Pomoc tak, przywileje nie
Problem nieregularnej pracy istnieje, ale nie dotyczy wyłącznie artystów. Jeśli państwo chce pomagać osobom o niskich i zmiennych dochodach, powinno stworzyć rozwiązania powszechne, proste i oparte na kryterium dochodowym, a nie branżowym. Wtedy pomoc trafiałaby do tych, którzy rzeczywiście jej potrzebują, niezależnie od tego, czy są muzykami, grafikami, fryzjerkami, mechanikami czy samozatrudnionymi usługodawcami.
Projekt ZUS dla artystów może być przedstawiany jako ustawa o godności pracy w kulturze. Ale równie dobrze można go określić jako kosztowny precedens:nowa instytucja, nowe etaty, nowe komisje, miliardy z budżetu i dopłaty dla wybranej grupy zawodowej, także potencjalnie dla części cudzoziemców mieszkających w Polsce.
Jeśli ustawa trafi na biurko Karola Nawrockiego w obecnym kształcie, rząd może zderzyć się z polityczną ścianą. Weto byłoby dla Pałacu łatwe do uzasadnienia: nie jako odmowa pomocy artystom, lecz jako sprzeciw wobec budowania kolejnego branżowego wyjątku w systemie, który i tak jest już dla obywateli zbyt skomplikowany i zbyt drogi.
Dlatego ta ustawa będzie budzić emocje. Nie dlatego, że społeczeństwo nie szanuje artystów. Po prostu coraz więcej ludzi ma poczucie, iż państwo jednym grupom tworzy specjalne ścieżki, a innym każe po prostu płacić.
