„Rzeczpospolita” doniosła, że w ubiegłym roku firmy zgłosiły do urzędów pracy likwidację niemal 100 tysięcy miejsc pracy w ramach zwolnień grupowych. Jak na państwo aspirujące do ekskluzywnego klubu G20 nie jest to komunikat pomocny w budowie marki „gospodarczego tygrysa”. W oczywisty sposób rozjeżdża się też z topornymi próbami wmawiania przez rząd, że żyje się coraz lepiej, a na pewno o niebo lepiej, niż za tej strasznej pisowskiej dyktatury. Prawda jest jednak taka, że za tego wstrętnego PiS-u ludzie mieli więcej pieniędzy, i to pomimo dużej inflacji. Dzisiaj w narrację o tym, że jest dobrze, a będzie tylko lepiej, chyba wierzą sami rządzący. Bo oto Onet (a więc medium przychylne rządowi) alarmuje, że drastycznie obcięto środki na aktywizację zawodową bezrobotnych. W niektórych regionach aż o 80%.
Na wstępie lojalnie uprzedzam: nie chcę oceniać tego, w jaki sposób działania obecnego i poprzedniego rządu przekładają się na obecną sytuację na rynku pracy. Nie chcę analizować, kto jest winny i w jakim zakresie. Dla pracownika jedynego większego zakładu w małym mieście, który właśnie traci pracę, bo właściciel zwija interes, nie ma to żadnego znaczenia. Pytanie, które należy zadać, brzmi: na ile taki obrót spraw można było przewidzieć i czy można się było do tego przygotować? Bo to, że rząd jest tym zaskoczony, niczym przysłowiowi drogowcy zimą, widać jak na dłoni. Zabranie pieniędzy na pomoc tracącym pracę jest wystarczającym dowodem. Choć nie jedynym.
Nie ma jednego czynnika, który leży u podstaw fali zwolnień grupowych, największych od pamiętnego kryzysu lat 2008-2009. Mamy do czynienia z kumulacją kilku procesów. Pierwszym i najważniejszym czynnikiem jest skokowy wzrost kosztów prowadzenia działalności. W ciągu dwóch lat płaca minimalna wzrosła o ponad 40 proc., a wraz z nią cały wachlarz kosztów pracy, od składek po presję płacową w sektorach, które dotąd opierały się na niskich marżach. W warunkach wysokich stóp procentowych i drogiego finansowania zewnętrznego utrzymywanie nadmiarowego zatrudnienia przestało być możliwe. Etat stał się najdroższym kosztem stałym, którego nie da się już „przeczekać”.
Nie będziemy Bangladeszem UE. I to ma swoją cenę
Czy to powinno być zaskoczeniem? Ależ nie. Od lat ekonomiści zwracali uwagę, że skoro rozwijamy się w ramach Unii Europejskiej, to nie będziemy mogli być jednocześnie i gospodarczym tygrysem, i krajem, który konkuruje z Bangladeszem w zakresie taniej produkcji. I właśnie w ten etap wchodzimy. Inna kwestia, że ten wzrost kosztów nie wynika tylko z presji płacowej, ale również z kosztów energii.
No właśnie: kolejnym elementem jest szok energetyczny, który szczególnie dotknął przemysł. Energochłonne branże straciły konkurencyjność kosztową wobec producentów spoza Unii Europejskiej, a nawet części państw unijnych. Tu się kłania odwlekanie ad Kalendas graecas zielonej zmiany w energetyce. Część zakładów działa dziś na granicy opłacalności, a niektóre funkcjonują wyłącznie dzięki krótkoterminowym kontraktom i oszczędnościom. W takich warunkach redukcja zatrudnienia staje się działaniem defensywnym, a nie rozwojowym.
Popyt hamuje, zamówienia znikają, etaty lecą
Równolegle nastąpiło wyraźne osłabienie popytu. W latach wysokiej inflacji gospodarstwa domowe ograniczyły wydatki na dobra trwałe. Odbudowa realnych dochodów następuje wolno, a firmy produkcyjne i handlowe nie wróciły do poziomów zamówień sprzed kilku lat. Dodatkowym ciosem okazało się spowolnienie w Niemczech, które natychmiast przełożyło się na mniejszą liczbę zamówień dla polskich eksporterów i poddostawców, zwłaszcza w branży motoryzacyjnej i metalowej.
Do tego dochodzą restrukturyzacje i zmiana modeli biznesowych. Przedsiębiorstwa porządkują struktury, konsolidują działy, ograniczają zaplecze administracyjne i przenoszą część procesów poza Unię Europejską. Coraz częściej redukcje dotyczą nie tylko produkcji, ale także średniego szczebla zarządzania i back office. W wielu przypadkach nie jest to reakcja na chwilowe problemy, lecz element trwałej przebudowy firm pod nowe realia kosztowe i technologiczne.
Wreszcie warto pamiętać o czynniku formalnym. Zwolnienia grupowe są dziś dla pracodawców bezpieczniejszym narzędziem niż rozproszone redukcje etatów. Uporządkowana procedura, przewidywalność kosztów i mniejsze ryzyko sporów sądowych sprawiają, że firmy wolą „zamknąć temat” jedną decyzją. To potęguje wrażenie masowości, choć realna skala dostosowań bywa mniejsza, niż sugerują nagłówki.
Zwolnienia grupowe stają się normą. Rząd udaje zaskoczenie
Czytelnik, który jako tako śledzi to, co dzieje się w polskiej i globalnej gospodarce, słusznie powie: ależ nie ma tu nic odkrywczego! Zgoda, czytelniku, nie jest to absolutnie żadna rewelacja. Więc dlaczego rządzący przypatrują się temu z bezradnością, zamiast zawczasu postarać się zmniejszyć skalę likwidacji miejsc pracy? Szczególnie, że nawet kontrolowany przez rząd GUS (któremu wymieniono prezesa, by przypadkiem zbytnio nie studził narracji rządu) przyznaje, że udział nowych miejsc pracy w przemyśle jest „umiarkowany”, a część stanowisk jest redukowana. Ogólny rynek pracy wykazuje zaś „lekkie ochłodzenie”. Tłumacząc z języka politycznego na polski: słabo z tworzeniem nowych miejsc pracy, a dotychczasowe znikają szybciej, niż dotąd. Szału nie ma.
Nie wiadomo, na co rządzący liczą. Opozycja liczy na to, że lepiej nie będzie (na pewno zaś nie przed wyborami parlamentarnymi), bo wówczas ma szansę przejąć rządy. Dobrze, ale jeśli obecna koalicja chce dalej rządzić, to jak zamierza wygrać wybory przy rosnącym bezrobociu? Przy masowych zwolnieniach? Przy zabraniu pieniędzy na pomoc w znalezieniu nowego zajęcia tym, którzy już stracili i tym, którzy w najbliższych miesiącach stracą pracę? Zwłaszcza, że prognoza na bieżący rok nie jest optymistyczna.
Skala zwolnień grupowych ma być tylko nieco (o kilka procent) niższa. Głównym źródłem redukcji pozostanie przemysł, ale większą skalę zwolnień grupowych mamy zaobserwować w usługach biurowych. I słaba pociecha, że nie będzie to związane z nagłym kryzysem, ale po prostu rynek pracy dostosuje się do rosnących kosztów działania i niższej marżowości. Wszystko wskazuje na to, że zła sytuacja na rynku pracy będzie jednym z kluczowych tematów wyborów parlamentarnych w 2027 roku. Czy w trakcie kampanii wyborczej, w morzu wzajemnych oskarżeń i pustych obietnic, usłyszymy jakiś w miarę realny plan na powstrzymanie wzrostu bezrobocia poza wielkimi miastami?
