Który to już raz przekonujemy się, że immanentną cechą klimatyzmu są fałszerstwa i manipulacje danymi naukowymi przedstawianymi na uzasadnienie tezy o globalnym ociepleniu. Jak widać, bez kłamstw narracja o „płonącej planecie” nie jest w stanie się obronić.
Teraz w Holandii wybuchła afera dotycząca fałszowania danych metrologicznych. To co szczególnie może oburzać, że ponownie w proceder manipulowania pomiarami i badaniami naukowymi wmieszana jest instytucja państwowa: instytut KNMI (Koninklijk Nederlands Meteorologisch Instituut, czyli Królewski Niderlandzki Instytut Meteorologiczny). Szerzej o tym na lamach DOBITNIE pisał Andrzej Pawluszek (Urzędnicy z gumką w ręku, czyli jak wymazano historię upałów w Niderlandach – Dobitnie). Przypomina się od razu niemal bliźniacza afera z Wielkiej Brytanii sprzed kilkunastu miesięcy z udziałem tamtejszej agencji rządowej Met Office.
Modus operandi choć trochę inne, to w gruncie rzeczy podobne w obu sprawach: Holendrzy nie pokazywali wszystkich pomiarów, Brytyjczycy pokazywali pomiary z nieistniejących punktów. Mało to finezyjne, ale póki nikt nie złapie za rękę, skuteczne. Jedni i drudzy dopasowywali w ten sposób wyniki „badań” do oczekiwań. Zupełnie jak bohater filmu „Obywatel Piszczyk”, który prowadząc w latach’50 badania opinii publicznej na zlecenie KC PZPR pytał szefa, poirytowanego udzielanymi przez Polaków odpowiedziami, „to jak ma być”? Kogo pytali naukowcy z Holandii i Wielkiej Brytanii? Pewnie swoich szefów, a ci szefowie? Możemy się domyślać, grunt że „wyniki badań” były jak trzeba i teza o „płonącej planecie” dawała się udowodnić. Zupełnie jak w „Seksmisji”, gdzie jedna z głównych bohaterek z radością obwieszczała swojej szefowej, że „teza o ty, że mężczyźni są brakującym ogniwem w ewolucji pomiędzy nami(kobietami – dop.PP) a małpami, da się udowodnić”.
W sumie to nic nowego, bo do kłamstw i manipulacji lobby klimatycznego mogliśmy się przez te wszystkie lata przyzwyczaić. Pisali o tym w swoich książkach Steven Koonin, Bjorn Lomborgh, Michalek Shellenberger i wielu innych. A u nas choćby prof. Piotr Kowalczak. Pamiętamy aferę „Climatgate”, kiedy to wykradzione przez hakerów maile Climatic Research Unit (CRU) na Uniwersytecie Wschodniej Anglii wskazywały na manipulacje jakich dopuszczali się naukowcy zajmujący się badaniami klimatu. Sprawa była o tyle bulwersująca, że istniały silne relacje między CRU a Intergovernmental Panel on Climate Change (IPCC) ONZ-owską agendą ds. klimatu. IPCC wydaje cyklicznie raporty na temat zmian w klimacie i potencjalnych zagrożeń dla ludzkości z tego tytułu. Raporty te mają kolosalny wpływ na politykę wielu państw, także UE stanowiąc podstawę dla rygorystycznej polityki klimatycznej. IPCC korzystała też chętnie z badań CRU, jak się okazało, w niemałej części zmanipulowanych.
Podobnych bulwersujących spraw można wymienić więcej i nie mam żadnych wątpliwości, że będą się jeszcze pojawiały kolejne. Za dużo w klimatyzm i biznes temu towarzyszący zainwestowano pieniędzy.Na tyle dużo, że udało się skorumpować dużą część środowisk naukowych na całym Świecie. I całe rzesze polityków. Niektórzy pewnie w to uwierzyli, tak jak miliony ludzi na Zachodzie i te tysiące młodych ludzi gotowych przyklejać się do ulic i oblewać farbami dzieła wybitnych malarzy. Strach z reguły był i jest skutecznym narzędziem w rękach możnych tego świata. A strach przed „płonącą planetą”? Wielu obezwładnia. Ale klimatyzm to też ideologia, wygodne narzędzie budowania „nowego wspaniałego świata”. Bez tego korumpowanie naukowców, zastraszanie społeczeństw i werbowanie janczarów spośród młodych pełnych szczytnych ideałów ludzi, nie byłoby tak skuteczne. Karol Marks, Towarzysze Lenin i Stalin czy Ideolodzy ze Szkoły Franfurckiej uśmiechają się zza grobu.
A, że to jest przeważnie kłamstwo to w chwili szczerości wygadał się prof. Stephen Schneider z Uniwersytetu Stanforda, który chyba trochę niechcący, zasłynął taką wypowiedzią z 1989 r.: „Z jednej strony, jako naukowcy jesteśmy etycznie przywiązani do metody naukowej, czego konsekwencją jest zobowiązanie się do mówienia prawdy, całej prawdy i tylko prawdy. Oznacza to, że musimy uwzględniać wszystkie wątpliwości, zastrzeżenia, wszelkie „jeśli”, „o ile” oraz „ale”. Z drugiej jednak strony, jesteśmy nie tylko naukowcami, lecz także ludźmi. I jak większość ludzi chcielibyśmy, aby świat zmierzał we właściwym kierunku – w tej sytuacji ma to związek z naszą pracą na rzecz zmniejszenia ryzyka potencjalnie katastrofalnych zmian klimatycznych. Aby to zrobić, musimy zyskać szerokie poparcie społeczne, musimy zawładnąć wyobraźnią społeczeństwa. Siłą rzeczy wiąże się to z koniecznością zdobycia uwagi ze strony mediów. Musimy więc przedstawiać przerażające scenariusze, wygłaszać uproszczone, dramatyczne ostrzeżenia i raczej niewiele wspominać o jakichkolwiek wątpliwościach. Tego „podwójnego etycznego obowiązku” nie da się rozwiązać żadną prostą formułą. Każdy z nas musi zdecydować, jaka jest właściwa równowaga między skutecznością a uczciwością. Mam nadzieję, że można być jednocześnie i skutecznym i uczciwym” (tłum. Stanisław Wójtowicz w książce „Przyszłość paliw kopalnych” Alexa Epsteina).
Podwójny etyczny obowiązek. Z tym zostawiam Państwa na weekend…
