Prawomocny wyrok w sprawie prof. Elżbiety Chojny-Duch przeciwko koncernowi Agora ma bardzo duże znaczenie w kontekście tego, co się dzieje w polskim Internecie. Żeby proces się zakończył, musiało minąć wiele lat. W ostatni piątek Sąd Apelacyjny w Warszawie oddalił apelację Agory w całości i utrzymał wyrok nakazujący przeprosiny oraz zapłatę zadośćuczynienia za nieusunięcie obraźliwych wpisów pod tekstem opublikowanym na wyborcza.biz. Sprawa nie dotyczyła samego artykułu, ale odpowiedzialności wydawcy za komentarze umieszczone pod publikacją.
Pani profesor była bohaterką tekstu. Komentarze znajdowały się bezpośrednio pod materiałem, który jej dotyczył. Według powódki miały charakter obraźliwy, wulgarny i odnosiły się właśnie do niej. Agora broniła się m.in. argumentem, że to pokrzywdzona powinna wskazać konkretne treści, autorów lub nicki. Sąd tej argumentacji nie przyjął. Uznał, że profesjonalny administrator portalu nie może przerzucać na osobę pokrzywdzoną obowiązku wykonywania pracy, która należy do wydawcy.
Etos nader wybiórczy
Nie sposób uciec od refleksji, że wyrok dotyczy wiarygodności środowiska, które od lat bardzo chętnie występuje w roli recenzenta standardów życia publicznego oraz prawicowych mediów. Media Agory często-gęsto pouczają, jak powinien wyglądać język debaty publicznej,gdzie kończy się publicystyka, a zaczyna nagonka, kto szkodzi demokracji, kto uprawia propagandę, kto przekracza granice, kto już jest faszystą albo zaraz nim zostanie itp. itd. Słowem, zachłyśnięcie się etosem, odurzającym niczym szybka jazda prof. Geremka.
Nie chodzi o to, że takie teksty nie mają prawa powstawać. Media mogą patrzeć sobie nawzajem na ręce. Mogą jak najsurowiej oceniać osoby publiczne. Problem zaczyna się wtedy, gdy redakcja, która z upodobaniem rozlicza innych z etyki i odpowiedzialności, sama przegrywa sprawę dotyczącą podstawowego obowiązku administratora: reagowania na wulgarne i obraźliwe komentarze pod własnym materiałem. I gdyby jeszcze taka wolna amerykanka była dopuszczana przez Agorę pod wszystkimi tekstami. Nic bardziej mylnego: gdy publikacja dotyczy np. ataku migrantów, komentarze są wyłączane.Można komentować pewne sprawy, a pewne osoby knajacko wyzywać. Ale tylko pewne.
Fora internetowe nie są ziemią niczyją
Wyrok w sprawie prof. Chojny-Duch nie pozostawia najmniejszych wątpliwości. Sąd nie oceniał publicystycznych sporów Agory z prawicą. Nie rozstrzygał o krytycznym wobec powódki tekście, ale zajął się obowiązkiem administratora portalu wobec osoby, która stała się celem obraźliwych wpisów pod materiałem opublikowanym w jego serwisie. I uznał, że odpowiedzialności nie da się zepchnąć na pokrzywdzoną.
To ważny sygnał dla całego rynku medialnego. Sekcja komentarzy nie jest ziemią niczyją. Jeżeli duży wydawca otwiera pod tekstem przestrzeń dla reakcji użytkowników, musi brać odpowiedzialność za to, co dzieje się w tej przestrzeni po zgłoszeniu naruszeń. Zwłaszcza wtedy, gdy komentarze dotyczą konkretnej osoby opisanej w artykule, a ich charakter jest oczywisty dla profesjonalnego administratora.
Po tym wyroku media Agory będą miały jeszcze słabszy tytuł do występowania z pozycji bezdyskusyjnego arbitra standardów. Prawomocne rozstrzygnięcie pokazuje, że problem odpowiedzialności za język debaty nie kończy się na cudzych redakcjach i cudzych błędach. Najważniejsza lekcja z tej sprawy jest prosta: nie ma podwójnych standardów, a strefa komentarzy na portalu nie jest ziemią niczyją. Standardy obowiązują także (a może przede wszystkim) tych, którzy najchętniej się na nie powołują. W sprawie prof. Elżbiety Chojny-Duch sąd potwierdził w dwóch instancjach, że Agora tego testu nie zdała.
