O Narodowym Banku Polskim rozmawiamy z dr. Arturem Bartoszewiczem – ekonomistą i wykładowcą akademickim. Debata publiczna w Polsce ma swój rytm: Trybunał Konstytucyjny, neosędziowie, paleosędziowie, telewizja publiczna. W tym rytmie jest mniej miejsca na Narodowy Bank Polski. A to właśnie tam rozgrywa się dziś najpoważniejsza partia.
Każde państwo stoi na dwóch nogach. Pierwsza to polityka fiskalna – podatki, wydatki, deficyt. Druga to polityka pieniężna – bank centralny, kurs waluty, stopy procentowe, stabilność cen. Obie razem decydują o tym, czy obywatele mogą planować przyszłość, brać kredyty, odkładać oszczędności. Obie razem decydują, czy gospodarka rośnie, czy się osypuje.
W Polsce jedna z tych nóg jest już złamana
Planowany deficyt budżetowy na przyszły rok przekracza 280 miliardów złotych. W bieżącym – 270 miliardów. Koszty samej obsługi długu, czyli to, co płacimy wierzycielom zanim spłacimy choć złotówkę kapitału, wyniosą 120 miliardów złotych rocznie. Dług publiczny podwoił się w ciągu pięciu lat. Przy obecnym tempie zadłużania kolejny bilion złotych może dojść w ciągu dwóch, trzech lat.
„To spowoduje, że kolejna część budżetu będzie przeznaczana tylko i wyłącznie na obsługę kosztów pieniądza pożyczonego. My nie spłacamy zobowiązań – my tylko płacimy za coś, co nam zostało pożyczone” – mówi dr Bartoszewicz. To nie jest cytat z opozycyjnego pamfletu. To opis mechanizmu, który działa niezależnie od tego, kto rządzi i jak się nazywa.
Pętla zadłużenia sama w sobie jest poważna. Ale dopóki istnieje drugi filar – niezależna polityka pieniężna – jest coś, co tę spiralę spowalnia, coś, co utrzymuje zaufanie rynków, coś, co sprawia, że Polska nadal może pożyczać na znośnych warunkach. Usuń ten filar, a obydwa problemy zleją się w jeden – i wtedy nie będzie żadnego bufora.
Trzydzieści lat odporności
Niezależność banku centralnego to nie jest europejski wymysł ani prawniczy luksus. To warunek konieczny wiarygodnej polityki monetarnej. Bank, który podlega rządowi, nie może skutecznie walczyć z inflacją – bo rząd zawsze będzie chciał, żeby pieniądz był tani, żeby łatwiej obsługiwać dług, żeby przed wyborami można było sypnąć groszem. Historia gospodarcza XX wieku jest pełna przykładów tego, co dzieje się z walutą, gdy rząd sięga po bank centralny jak po bankomat.
Polska przez trzydzieści lat budowała coś, czego nie zdołała zdemontować żadna ekipa. Ani lewicowe rządy lat dziewięćdziesiątych, ani prawicowe koalicje, ani kolejne odsłony politycznych wojen. NBP przeżywał naciski, kampanie medialne, próby wpływu. Przeżywał – bo instytucja była silniejsza niż poszczególne rządy.
„Skala uderzenia, którą teraz bank centralny przeżywa i podważania funkcjonowania tej instytucji – tego w historii Rzeczpospolitej nie mieliśmy” – i to zdanie powinno zatrzymać każdego, kto śledzi polską politykę od lat. Nie dlatego, że pochodzi od kogoś życzliwego wobec prezesa Glapińskiego. Dlatego, że jest prawdziwe jako obserwacja historyczna: przez trzy dekady nikt nie posunął się tak daleko.
Gdy mówi cały świat
Można by uznać, że to wewnętrzna polska dyskusja – gorąca, ale lokalna. Problem w tym, że świat zewnętrzny nie traktuje jej jako lokalnej.
Europejski Bank Centralny zabrał głos. System Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych zabrał głos. Inne banki centralne z europejskiego kręgu – też. To nie jest dyplomatyczna kurtuazja ani solidarność korporacyjna między bankierami centralnymi. To sygnał wysyłany rynkom finansowym: Polska robi coś, co jest uznawane za niebezpieczne – nie tylko dla siebie.
„To, że nie mamy euro, że nie mamy dolara, a mamy polskiego złotego – to nie znaczy, że nie jesteśmy powiązani z tamtymi walutami silnie w relacji długu, w relacji transakcji, w relacji rezerw.”
Złoty nie jest wyspą. Polska zaciąga zobowiązania w walutach obcych, handluje z całą Unią Europejską, utrzymuje rezerwy powiązane z euro. Destabilizacja NBP to nie jest sprawa wewnętrzna – to zmiana postrzegania ryzyka przez inwestorów, banki i agencje ratingowe, którzy finansują polski dług. Gdy te podmioty uznają, że bank centralny nie jest już niezależny, koszt pożyczania pieniędzy dla Polski rośnie. I rośnie dla wszystkich – dla rządu, dla firm, dla ludzi zaciągających kredyt hipoteczny.
Mechanizm, który znamy na pamięć
Polska ma już doświadczenie z demontażem instytucji. Wiemy, jak to wygląda w praktyce: najpierw kampania medialna podważająca autorytet szefa instytucji, potem narracja o jej rzekomej dysfunkcji, potem działania prawne lub siłowe, potem wymiana ludzi i przejęcie kontroli. Widzieliśmy to przy Trybunale Konstytucyjnym, Sądzie Najwyższym, sądach powszechnych, telewizji publicznej.
„Są ludzie w Polsce, którzy nie mają żadnych zahamowań przed demontażem instytucji dla osiągnięcia własnego celu. I to jest najbardziej niebezpieczne, bo my nie znamy skali potencjalnego uderzenia, które może być dalej realizowane” – ostrzega dr Bartoszewicz.
Różnica między NBP a wszystkimi poprzednimi przypadkami jest jedna, ale zasadnicza.
Gdy pada sąd – tracisz prawo do sprawiedliwego procesu. To poważne, to nieakceptowalne, to niszczy zaufanie do państwa. Ale bezpośrednio dotyka cię w chwili, gdy stajesz przed wymiarem sprawiedliwości.
Gdy pada bank centralny – tracisz wartość oszczędności. Tracisz stabilność raty kredytu. Tracisz siłę nabywczą wypłaty. I nie tracisz tego w chwili jakiegoś osobistego dramatu – tracisz codziennie, po cichu, w każdym paragonie ze sklepu i każdym przelewie na konto.
Polska gra z ogniem. I robi to w ciszy, przykryta hałasem innych sporów. To nie jest przypadek – hałas zawsze był najlepszą zasłoną dla naprawdę ważnych decyzji.
Rozmowa do wysłuchania:
https://youtu.be/Jbr-ZCyvgIA
