Kilkanaście lat temu napisałem dwa obszerne teksty dla portalu WNas.pl i WPolityce.pl, które miały zainicjować serię tekstów o fałszerstwach historycznych, jakich dopuszczała się kinematografia PRL. Redaktorzy portali opatrzyli to wspólnym tytułem „Odkłamujemy polskie kino” i podtytułem mojego już autorstwa „Film w służbie PRL-owskiej propagandy. Jak opluwano bohaterów”. Niestety, pochłonęły mnie później inne obowiązki i na dwóch artykułach się skończyło. Teksty nie są już dostępne w archiwum WPolityce.pl dlatego postanowiłem zamieścić je jeszcze raz poddając niezbędnym korektom. Uważam, że nic nie straciły na aktualności, a o ich potencjalnej atrakcyjności utwierdziło mnie umieszczenie w bibliografii oxfordzkiego opracowania naukowego poświęconego polskiej kinematografii. Kilka tygodni temu przypomniałem pierwszy z nich, poświęcony filmowi „Ogniomistrz Kaleń”. Dziś czas na drugi…
Film Andrzeja Wajdy z 1959 r. był czwartym fabularnym obrazem w dorobku reżysera. Tak, jak poprzednie podejmował tematykę wojenną i wpisywał się w klimat historycznych rozrachunków. Ale to „Lotną” Wajda najmocniej bił w przedwojenną Polskę, brutalnie dekonstruując na tę potrzebę mit polskiej kawalerii, przedmiot dumy milionów Polaków
Film
Obraz opowiada o losach szwadronu ułanów w ostatnich dniach września 1939 r. Oddział już mocno zdziesiątkowany cały czas zagrożony okrążeniem próbuje uniknąć zniszczenia. W trakcie kolejnego ostrzału ułani dostrzegają zachwycającego białego konia, który samotnie mknie przez pola ścigany niemiłosiernie przez niemiecką artylerię. Wkrótce żołnierze zjawiają się w pobliskim majątku ziemskim, gdzie spotykają jedynie złożonego chorobą sędziwego właściciela. A przy jego łóżku jest widziany wcześniej koń – Lotna. Ziemianin darowuje Lotną dowódcy szwadronu, rotmistrzowi Chodakiewiczowi (Jerzy Pichelski). Niezwykły dar budzi ogromne emocje, a wręcz namiętności pozostałych oficerów – porucznika Witolda Wodnickiego (Adam Pawlikowski) i podchorążego Jerzego (Jerzy Moes) Ale i wachmistrz (Mieczysław Łoza) pożądliwie patrzy na klacz. I tylko z rzadka padają głosy rozsądku, że koń o takiej maści to ogromne ryzyko dla każdego dosiadającego go jeźdźca.

FOT. Lotna– kadr z filmu. Jerzy Pichelski.

FOT. Lotna– kadr z filmu. Henryk Cudnowski.
Tymczasem szwadron zostaje odcięty od reszty wojsk polskich i rotmistrz podejmuje decyzję, iż ułani spróbują przebić się szarżą przez oddziały niemieckie. Szansą powodzenia miał być brak w pobliżu niemieckich czołgów. Porucznik i podchorąży za wiedzą rotmistrza losują, kto w razie śmierci dowódcy stanie się właścicielem konia. Nazajutrz kawalerzyści dokonują szarży na pozycje niemieckie. Początkowy sukces przeradza się w krwawą jatkę, kiedy na polu bitwy pojawiają się jednak niemieckie czołgi. Rotmistrz wydaje rozkaz odwrotu, ale wygląda to dość żałośnie i ułani kontynuują właściwie atak, ale teraz już przez rozwiniętą w natarciu kolumnę pancerną. Ginie bardzo wielu żołnierzy, w tym i rotmistrz. Dowodzenie nad pozostałością szwadronu obejmuje porucznik, ale zgodnie z wcześniejszym losowaniem Lotnej dosiada podchorąży.

FOT. Lotna– kadr z filmu. Jerzy Pichelski.
W pobliskiej miejscowości żołnierze postanawiają pochować rotmistrza. Tam Jerzy spotyka szkolną miłość Ewę, teraz nauczycielkę (Bożena Kurowska). Wojna to czas nadzwyczajny, to i decyzje, szczególnie ludzi młodych mogą mieć taki charakter. Jeszcze tego samego dnia, po ceremonii pogrzebowej rotmistrza, młodzi pobierają się, a później naprędce organizują wesele.

FOT. Lotna– kadr z filmu. Bożena Kurowska (źródło: www.filmpolski.pl).
Nazajutrz szwadron wyrusza w dalszą drogę, a towarzyszy im już Ewa. Szybko orientuje się, że musi dzielić się swoim mężem z Lotną, a to nie może podobać się żadnej młodej żonie. Dodatkowo jest pełna obaw o męża, w końcu to wojna. Prosi nawet nowego dowódcę o szczególne względy dla podchorążego. Wkrótce ułani dowiadują się, że maszerująca przed nimi piechota uległa rozbiciu i lada moment uderzą na nich Niemcy. Porucznik, zapewne też pod wpływem wcześniejszych próśb Ewy, podejmuje decyzję, że on wraz z kilkoma żołnierzami spróbują jako pierwsi powstrzymać wroga, a podchorąży z resztą szwadronu poczekają w pobliskim lesie. Wodnicki ze swoją grupą doczekali się jedynie przestraszonego szeregowca, tymczasem las, gdzie ukrył się szwadron zostaje zbombardowany przez niemieckie lotnictwo. I znów, wielu zabitych i rannych. Ginie też kolejny właściciel Lotnej – podchorąży, ledwie jeden dzień po ślubie. Sytuacja jest dramatyczna, szwadron przestaje de facto istnieć, wokół Niemcy i jedyna szansa to jak najszybszy marsz w kierunku nieodległej granicy. Muszą więc zostawić rannych. Na miejscu też zostaje pogrążona w żałobie Ewa, która dyszy żądzą zemsty na Lotnej obarczając ją o śmierć Jerzego. Nawet próbuje ją zastrzelić, ale w ostatniej chwili udaremnia to porucznik, nowy właściciel klaczy.
Kilku ocalałych żołnierzy próbuje przebić się do granicy, ale szansa, że cel ten osiągną w grupie zdaniem dowódcy jest niewielka. Postanawiają rozdzielić się, wcześniej tnąc sztandar pułku na kawałki z nadzieją, że gdy pułk kiedyś zostanie odtworzony, to te okruchy bezcennego płótna będą na nowo służyć jednostce. Porucznik po pewnym czasie dociera do granicy, ale tam już czeka na niego wachmistrz, który korzystając z okazji porywa Lotną i próbuje uciec. Jak się okazało to wachmistrz skrywał chyba najżarliwszą namiętność do niezwykłej klaczy i to w momencie dramatycznej próby przeważyło nad żołnierskim obowiązkiem. Nie odjechał daleko, pośród porozrzucanego sprzętu wojskowego, koń w galopie łamie nogę. Obaj kawalerzyści nad cierpiącą klaczą w ostrych słowach dokonują rozrachunków. Ale przecież to kompletnie nic nie zmieni: ani nie uratują Lotnej, ani nie odwrócą dramatycznego losu na jaki są skazani – żołnierskiej tułaczki po świecie. Ostatecznie wachmistrz skraca mękę Lotnej, oddając ostatni strzał Września. Później obaj ułani idą w stronę granicy. Osobno…

FOT. Lotna– kadr z filmu. Mieczysław Łoza, Adam Pawlikowski (źródło: www.filmpolski.pl).

FOT. Lotna– kadr z filmu. Mieczysław Łoza (źródło: www.filmpolski.pl).
Jaki jest obraz Wajdy
Może najpierw cytat z samego Andrzeja Wajdy: „jest filmem nieudanym, tego nie musiałem dowiadywać się z gazet. Zmagając się ze scenariuszem, obsadą i produkcją przez wiele miesięcy miałem tego całkowitą świadomość”. I tu nie sposób nie zgodzić się z reżyserem. Słaby scenariusz powoduje, że film jest nudny, ale przede wszystkim widz ma problem by stwierdzić, o czym, czy raczej czym właściwie ten obraz jest: malarską opowieścią o szwadronie ułanów; alegorią na klęskę wrześniową; a może studium zazdrości i namiętności w dość oryginalnym wielokącie damsko-męskim w warunkach wojny z piękną klaczą w środku? A może wszystkim po trochu? No właśnie, brzmi to trochę groteskowo, bo i takie wrażenie ma widz po obejrzeniu filmu. Tak wiele elementów nabiera nierealnego kształtu. I mnogość dziwnych scen, czy choćby kadrów, które z jednej strony wzmacniały rozrachunkowy wymiar filmu (o czym szerzej w dalszej części), czasem w dość namolny sposób, a z drugiej potęgowały wrażenie oderwania od realności. I znów odwołajmy się do słów reżysera, iż opowiadanie Żukrowskiego z 1946 r. będące pierwowzorem filmu było inne, lżejsze, ale to zupełnie umknęło w trakcie produkcji. Może też dlatego, że twórcy pisząc scenariusz dość luźno oparli się na opowiadaniu, wprowadzając wiele nowych, czasem nieprzemyślanych elementów.
Ale są w filmie i wątki interesujące, myślę tu o dwóch scenach. Pierwsza to nalot na zatłoczoną uchodźcami i wojskiem drogę. Naprawdę dobrze nakręcona wielka scena zbiorowa, niestety urwana nagle potwornie banalnym skadrowaniem roztrzaskiwanego lustra. Druga to epizod z księdzem wezwanym do poległego rotmistrza. Duchowny na widok Lotnej zapomina na chwile o swoich obowiązkach i daje ułanom niezwykły wręcz pokaz kunsztu hippicznego. Już abstrahując od jakichkolwiek interpretacji tej sceny, to jest ona naprawdę intrygująca. Księdza zagrał konsultant filmu Karol Rómmel, wybitny zawodnik jeździecki, trzykrotny przedwojenny olimpijczyk (1912, 1924 i 1928, gdzie zdobył nawet medal) i podpułkownik kawalerii, brat generała Juliusza Rómmla (okrytego niesławą fatalnego dowódcy Armii „Łódź” i „Warszawa” z 1939 r.). Warto zauważyć, że w chwili kręcenia filmu miał już ponad 70 lat i akrobacje w jego wykonaniu budzą podziw.
„Lotna” to jeden z pierwszych filmów kolorowych zrealizowanych po wojnie. I to widać, obraz ma wady charakterystyczne dla takich pionierskich produkcji – barwy są czasem nazbyt intensywne tworząc momentami dość nierzeczywisty obraz. Efekt ten był potęgowany dodatkowo niektórymi zdjęciami kręconymi w studiu zamiast w plenerze (zapewne to mogło mieć wpływ na opinię francuskiego krytyka Martina Marcela, który pisał o barokowym wymiarze filmu Wajdy). W filmie zawraca też uwagę muzyka skomponowana przez Tadeusza Bairda. Czasem nieco monumentalna, może nazbyt często powracały niektóre motywy, ale naprawdę warta wysłuchania.
Gra aktorów nie wywołuje żywszych emocji, ale warto przy okazji wspomnieć niektórych przynajmniej odtwórców głównych ról. Rotmistrza Chodakiewicza zagrał Jerzy Pichelski słynny amant kina przedwojennego, weteran wojny 1920 r., obrońca Warszawy w 1939 r., członek AK. Jak pamiętamy, rotmistrz dość szybko ginie, a mnie filmowa śmierć Jerzego Pichelskiego, symbolu kina II Rzeczypospolitej, przywodziła jednoznaczne skojarzenie – oto odchodzi bezpowrotnie tamta Polska, kraj Pichelskich, wodewilowych amantów ale i dumnych ułanów. Sam Jerzy Pichelski zmarł nagle cztery lata po premierze filmu w wieku 60 lat, podczas próby w teatrze.
Główną rolę żeńską zagrała Bożena Kurowska, aktorka o zauważalnej, choć nie klasycznej urodzie, bez wątpienia obdarzona talentem. Zdążyła zagrać w kilku ledwie filmach fabularnych i serialach. Związana od początku kariery z Teatrem Klasycznym, zmarła nagle na scenie w wieku 32 lat. Właściwie u progu kariery, nie zdążyła w pełni pokazać swojego talentu. Przyczyny śmierci nigdy nie zostały oficjalnie potwierdzone. I Adam Pawlikowski, czyli filmowy porucznik Wodnicki. Aktor niezawodowy, znawca literatury, muzyki, dziennikarz, krytyk, erudyta i bywalec salonów. Ulubieniec Warszawy. Zaplatany w jakiś sposób w konszachty z SB stal się świadkiem oskarżenia przeciw Januszowi Szpotańskiemu postawionemu przed sądem za napisanie słynnego pamfletu „Cisi i gęgacze”. Szpotański trafił do więzienia, a Pawlikowski zapłacił ostracyzmem środowiska. Bardzo ciężko to przeżył, wpadł w depresję, ostatnie lata egzystując w nędzy, a wreszcie po kilku latach popełnił samobójstwo w styczniowy dzień 1976 r. Cała ta sprawa budzi do dziś mieszane emocje, bo choć haniebny wymiar jego udziału w procesie po stronie władzy komunistycznej jest bezsporny, to jednak Pawlikowskiego przed bojkotem środowiska zdaje się brał w obronę Jan Olszewski, obrońca Szpotańskiego. Na korzyść aktora przemawiał fakt, że o swoich kontaktach z SB opowiadał na lewo i prawo, jakby uprzedzając wszystkich. Wiemy, że ci naprawdę szkodliwi agenci nie opowiadali o swojej agenturalnej działalności, zapierali się jej, często aż po grób, nawet po faktycznym otworzeniu archiwów. Zapewne przymuszony, współpracował ze złem, ale zapłacił za to cenę najwyższą. Kolejny artysta, człowiek zniszczony przez nieludzki system, zrzucony w niebyt. Często się nad tym zastanawiałem, czy był niczym Judasz?

FOT. Lotna– kadr z filmu. Adam Pawlikowski (źródło: www.filmpolski.pl).
Twórcy: Andrzej Wajda
Koncepcja filmu, zamysł artystyczny powstały w wyniku współpracy reżysera Andrzeja Wajdy i pisarza Wojciecha Żukrowskiego. Andrzej Wajda (ur. w 1926 r.) był już wtedy opromieniony sukcesami po swoich wcześniejszych filmach. Cudowne dziecko kinematografii powojennej, absolwent łódzkiej filmówki, której notabene szczerze nie znosił, w trakcie kręcenia „Lotnej” miał 33 lata. Był to jego czwarty film fabularny, czwarty wojenny, ale na kilka długich lat będzie ostatnim dotyczącym tej tematyki. Można też przyjąć, że „Lotna” wieńczyła pierwszy okres twórczości reżysera, jednoznacznie kojarzony z tzw. „polską szkołą filmową”. Jak stwierdził sam reżyser, te pierwsze wojenne filmy były formą spłaty długu wobec tych co zginęli. On, syn przedwojennego oficera, zamordowanego w Katyniu, miał tyle szczęścia, że przeżył i tyle obowiązku, że po wojnie musiał nakręcić te kilka filmów. Szkoda tylko, że miał też tyle determinacji, by każdym z tych filmów godzić, czasem bezwzględnie, w Polskę przedwojenną, z której wyrastali przecież ci wobec, których twórca czuł się zobowiązany. Paradoks, którego Mistrz nie był łaskaw nigdy wytłumaczyć.

FOT. Andrzej Wajda na planie filmu Popiół i diament (źródło: www.filmpolski.pl).
Twórcy: Wojciech Żukrowski
Urodzony w 1916 r. przed wojną nie zapisał się jakoś szczególnie na kartach historii. Ale to wtedy zaczął zdradzać poważniejsze zainteresowanie pisarstwem debiutując w 1936 r. w Kuźni Młodych. Jeszcze w czasie studiów związał się z krakowskimi środowiskami artystycznymi i społecznymi. Uczestnik kampanii wrześniowej, w czasie okupacji w AK, choć po wojnie utrzymywał, że był też i w AL. Swoje powojenne losy bardzo mocno związał z komunistyczną władzą. Korespondent wojenny, pracownik dyplomacji, poseł, działacz, scenarzysta filmowy, ale przede wszystkim pisarz. Wprawdzie zaraz po wojnie powodziło mu się ze zmiennym szczęściem, bo przez pewien czas (przełom lat 40 i 50) był objęty zakazem druku, ale konsekwentna wyznawana „mądrość etapu” i wiara w Nowe umożliwiły mu wyjazd w latach 1953-1954 r. do Wietnamu i Chin, gdzie był korespondentem wojennym. Można się tylko domyślać, jakimi zobowiązaniami Żukrowski żyrował ten angaż, ale jego dalsze gorliwe zaangażowanie nie wskazuje, iż działo się to gwałtem na jego osobie. Następnie przez trzy lata był pracownikiem ambasady w Delhi.

FOT. Lotna– kadr z filmu. Wojciech Żukrowski. Zagrał epizodyczną rolę w filmie, nie jest jednak wymieniony w czołówce (źródło: www.akademiapolskiegofilmu.pl).
Po powrocie mógł się poświęcić pracy twórczej, którą urozmaicał sobie piastowaną wiele lat funkcją posła na PRL-owski sejm. W tym czasie powstaje „wiekopomne” dzieło „Barwy walki”, mające być artystycznym dowodem „dzielnej” walki AL i Mieczysława Moczara o wprowadzanie i utrwalanie władzy ludowej. Powieść ta zekranizowana w 1964 r. przez Jerzego Passendorfera była elementem, mówiąc dzisiejszym językiem, budowania wizerunku Moczara śmiało już wtedy myślącego o zwiększeniu, czy nawet przejęciu władzy w PRL. Tu ważna uwaga, oficjalnie autorem książki był Moczar, ale powszechnie było wiadomo, że ten komunistyczny watażka, może i obdarzony jakimś talentem, ale na pewno nie był to dar pisania książek. Nawet jeżeli inteligentny – do walk frakcyjnych w tej szajce jaką było kierownictwo PZPR potrzeba było trochę bystrości – Moczar był pozbawiony umiejętności posługiwania się płynie językiem polskim w stopniu umożliwiającym napisanie powieści. Wtedy pojawiły się pogłoski, że książka wyszła spod ręki Żukrowskiego. Takie plotki kolportowali stronnicy Edwarda Gierka też szykującego się do walki o władzę w partii. Szeptanki o autorstwie książki były wzmacniane przez fakt, że Żukrowski był twórcą scenariusza do wspomnianego filmu, skądinąd też dość obrzydliwego propagandowego gniota. Tak czy inaczej, Żukrowski był kojarzony blisko z Moczarem, a ze swoimi talentami był cennym nabytkiem. Warto wspomnieć, że pisarz przez swoją AK-owską przeszłość był też wykorzystywany w grze Moczara o pozyskanie przychylności niekomunistycznych środowisk kombatanckich, z definicji niechętnych ówczesnej władzy. To wtedy otwarto ZBOWiD na ludzi z AK i Żukrowski miał tu swój udział. Ale pisarz był nie tylko wieloletnim członkiem ZBoWiD, aktywnie działał też na forum Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej dochodząc nawet do funkcji Przewodniczącego Krajowej Rady. W latach 80-tych był Prezesem Związku Literatów Polskich; wtedy przypomniał też o sobie oficjalnie popierając wprowadzenie Stanu Wojennego przez gen. Jaruzelskiego. Spotkał go za to bojkot i chyba dość niespodziewana dla niego obywatelska akcja oddawania mu książek.

FOT. Wojciech Żukrowski (źródło: źródło: www.filmpolski.pl).
Ale zdawał się mieć Żukrowski i inną trochę twarz: jeszcze z czasów wojny datowała się jego bliska znajomość z Karolem Wojtyłą, przyjaźnił się z ks. Janem Twardowskim, a w procesie Melchiora Wańkowicza zeznawał na jego korzyść. W młodości obrońca Ojczyzny, AK-owiec, później pisarz, który z wyboru stał się komunistycznym propagandzistą, gorliwy zwolennik Jaruzelskiego, któremu nieobce były czasem zachowania choć trochę przyzwoite; zmarł w 2000 r.
Twórcy rozprawiają się z mitem
Jak już wspomniałem, sam Andrzej Wajda uważa swój film za dzieło nieudane. W wywiadach opowiada, iż w trakcie produkcji popełnił wszystkie możliwe błędy. Ale o błędzie bodaj największym nie wspomina – że razem z Żukrowskim zrobili film de facto polityczny, który gubi inne wartości w ideologicznym rozrachunku z II Rzeczypospolitą. Niby opakowany zdobnym artystycznym materiałem, pełen uniesień, malarskich impresji, obraz jednak nie pozostawia widzom wątpliwości – przedwojenna Polska odeszła bezpowrotnie, ba, ona musiała zginąć. I każda niemal scena utwierdza odbiorców w tym przekonaniu: pełen przepychu, ale pusty pałac sędziwego ziemianina, właściciela Lotnej; krwawa szarża na czołgi; śmierć rotmistrza, dumnego, wspaniałego ułana, będącego egzemplifikacją wręcz legendy przedwojennej kawalerii, który po bitwie został złożony w izbie sąsiadującej z rzeźnikiem oprawiającym zabite woły (tu znów Wajda objawia się jako impresjonista z dekonstrukcyjnym zacięciem: Maciek Chełmicki z „Popiołu i diamentu” ginie na śmietniku, poległy rotmistrz leży obok zarżniętej krowy i jej flaków); rozcięcie na kawałki sztandaru pułku; tragiczny los Lotnej, ucieleśniającej „pańską”, „białą” przedwojenną Polskę; wreszcie samotna wędrówką na obczyznę ostatniego żyjącego oficera.
Jeżeli zauważymy, iż film jest dość swobodną adaptacją opowiadania Żukrowskiego, gdzie obaj twórcy dokonali licznych zmian potęgujących jeszcze wymowę obrazu – by wspomnieć kluczową scenę szarży, w książce ułani atakują tabory, nie ma żadnych czołgów niemieckich! – to intencje obu twórców wydają się dość oczywiste. Znamienne jest, że narzędziem rozliczenia z II RP stała się kawaleria najsilniejszy chyba symbol i przedmiot autentycznej dumy Polaków w odrodzonej po zaborach Ojczyźnie. I choć ułani prezentują się wspaniale są, jak z pieśni – piękni, malowani, to ponoszą sromotną klęskę. Jak „ich” Polska.

Lotna; wyd. Książka i Wiedza, 1969.
Wspominana scena szarży ma tu rzecz jasna fundamentalne znaczenie. Nim szerzej o niej, warto jeszcze wspomnieć lancach, jakich na filmie używają ułani. Tu mam spory problem, ponieważ ten element wyposażenia kawalerii wycofywano z wojska jeszcze przed wojną z Niemcami. Tym niemniej zachowały się w magazynach części przynajmniej pułków aż do Września, a niektóre z oddziałów zabrały je wychodząc z koszar na wojnę. Cóż, pierwsze dni, mało kto przewidywał, jaka to będzie wojna to i przyzwyczajenia, nie mówiąc o fantazji, często były przedwojenne. Stąd i lance, które mogły się znaleźć w niektórych kawaleryjskich dłoniach. Mamy przynajmniej jeden udokumentowany przypadek użycia lancy w boju. Była to potyczka, jaką 1 września stoczył pododdział 11 Pułku Ułanów Legionowych z Mazowieckiej Brygady Kawalerii. Ale powtórzę, to mogło być w pierwszych dniach wojny. Później to było niemożliwe z bardzo prozaicznego powodu. Trzymanie lancy nie miało żadnego celu bojowego i było tylko bezsensownym obciążeniem dla kawalerzysty.
I teraz powróćmy do filmu. Koniec września, szwadron mocno zdziesiątkowany, uciekający przed okrążeniem i rozbiciem, a tu żołnierze jak gdyby nigdy nic paradują z lancami. Jak na defiladzie. Gdy celem nadrzędnym było uniknięcie zniszczenia i dotarcie do granicy? Idiotyzm i historyczne kłamstwo, wskrzeszane jednak wolą Wajdy i Żukrowskiego. Widzimy więc, że w momencie, gdzie szabla była rzadko używaną bronią, lance świszczą w dłoniach ułanów, aż miło. Wygląda to tak idiotycznie, jak w jednej z reklam, gdzie na uroczystym bankiecie jedna z uczestniczek w pięknej balowej sukni wyjmuje nagle nie wiadomo skąd płyn do prania by udowodnić, dlaczego ma tak piękną kreację. Na filmie oczywiście lance te barwnie się prezentują lądując w hitlerowskich korpusach lub służąc do zdobywania trofeów. Ale bardziej niestety wywołują śmiech. I tylko zastanawiam się, czy żołnierz Września, Żukrowski i syn przedwojennego oficera Wajda naprawdę musieli wciskać w ręce filmowych ułanów te nieszczęsne lance? No właśnie…
Oglądając ostatnio film, zastanowiła mnie jeszcze jedna sprawa. Skąd mianowicie w tym szwadronie znalazł się sztandar pułku. Sztandar powinien być przy dowódcy pułku. W filmowym oddziale, dowódcy pułku nie było, a i sam oddział nie był pozostałością po całym pułku ułanów. Tak więc miejsce sztandaru nie było w tym akurat szwadronie. To oczywiście drobiazg, który jak rozumiem miał służyć dramatycznej scenie rozcięcia sztandaru i rozdzielnia go między ocalałych żołnierzy, ale staje się w ten sposób kolejnym elementem dość nieznośnej, bo cokolwiek namolnej narracji.

FOT. Lotna– kadr z filmu. Adam Pawlikowski (źródło: www.filmpolski.pl).
Co to za czołgi
Jeszcze tytułem wstępu do analizy sceny szarży, chciałbym na chwilę zatrzymać się przy kwestii, przyznam, o mniejszym znaczeniu dla filmu. W „Lotnej”, co było ówcześnie raczej normą, czołgi niemieckie były „grane” przez obudowane blachami sowieckie T-34. To już były naprawdę duże maszyny o masie blisko 30 t., które nienajgorzej nadawały się do odtwarzania niektórych niemieckich czołgów, ale cięższych niż czołgi z Września i przede wszystkim, późniejszych (np. popularnych niemieckich Panter Pz-Kpfw Pz-V). Największym niemieckim czołgiem, jaki był wtedy używany był czołg średni Pz-Kpfw Pz-IV, który ówcześnie był jednak dużo lżejszy (ok. 18 t.) i miał dużo krótszą lufę niż pojazdy użyte w filmie. Wprawdzie Pz-Kpfw Pz-IV podlegał licznym przeróbkom przez co bardziej uprawdopodobnił się do czołgów z „Lotnej”, to jednak wszystko to miało miejsce po kampanii wrześniowej. Ponadto, w 1939 r. na wyposażeniu armii niemieckiej było zaledwie ok. 200 takich maszyn. Dominowały wtedy jednak czołgi lekkie: Pz-Kpfw Pz-I o masie ok. 6t. (bez działa na wyposażeniu) i Pz-Kpfw Pz-II o masie blisko 10 t. W sumie tych czołgów Niemcy rzucili przeciw Polsce ponad 2700.
W efekcie, choć nie wiem czy było to zamierzone przez twórców filmu, kontrast między polskim i niemieckim wojskiem tj. między ułanami zbrojnymi w szable i lance, a czołgami z czarnymi krzyżami na wieżyczkach był jeszcze bardziej dramatyczny.
Z szablą na czołgi, czyli prawda ekranu według Wajdy i Żukrowskiego
Trzeba stwierdzić, że niewiele filmowych scen wryło się do powszechnej świadomości tak mocno, jak ułańska szarża z „Lotnej”. Zapewne każdy reżyser marzy o tym, by widzowie zapamiętali sceny z jego filmów, ale czy podobne emocje w stosunku do „Lotnej” przeżywał Andrzej Wajda? Nie wiem, ale jestem przekonany, że tą właśnie sceną wpisał się w mechanizmy polityczne i żywioły, o dużo poważniejszym charakterze niż tylko wynikające z dyskusji o wartościach artystycznych obrazu filmowego. W konsekwencji, to przestało być prostym w gruncie rzeczy pytaniem, co artysta może pokazać, pracując na tworzywie historycznym. Myślę, że dla bardzo wielu osób, przede wszystkim pamiętających XX-lecie międzywojenne, scena ta była bolesna przez kontekst tworzenia filmu w warunkach komunistycznego zniewolenia, gdzie w tle mieliły wielkie kola młyńskie ówczesnej propagandy. I w tym momencie na dalszy plan schodzi pytanie czy Wajda pokazał prawdę, półprawdę czy fałsz.

FOT. Lotna– kadr z filmu.
Bo powiedzmy to sobie uczciwie, scena ta nie jest tak bardzo kłamliwa, jak chciałoby sądzić wielu niesionych słusznym gniewem na Wajdę za takie ukazanie kawalerii. Bo choć kawaleria polska w 1939 r. nigdy nie brała sobie za cel kolumn pancernych wroga, to jednak zdarzało się, że czołgi niemieckie pojawiały się na polach bitew z reguły z dość krwawym dla Polaków skutkiem. W takiej sytuacji, kluczowa zawsze był decyzja dowódcy, który musiał w warunkach polowych szybko reagować na rozwój wypadków. Rzecz jasna, jedynym rozsądnym rozwiązaniem był jak najszybszy odwrót z pola walki. I mogło przecież tak się stać, że najkorzystniejszy w danej sytuacji kierunek odwrotu wiódł przez linię wozów nieprzyjaciela. Ale podkreślmy: to zawsze mógł być wyłącznie odwrót, nigdy atak na czołgi!
W filmie ułani szarżują na tabory niemieckie, ale w przekonaniu, że w pobliżu nie ma czołgów niemieckich. Te zjawiają się, ku zaskoczeniu Polaków i dowódca wydaje oczywisty w tej sytuacji rozkaz: odwrót! I byłoby to wszystko do przyjęcia, w tym konieczność przebijania się przez wozy niemieckie. Tylko czemu u licha, odwrót przebiega w akompaniamencie trąbki grającej wciąż sygnał ataku, gromkiego ułańskiego Hura?! I jeszcze z szablami w górze! No to w żaden sposób nie wygląda, jak odwrót, gdzie bądźmy szczerzy – każdy kawalerzysta w takiej sytuacji powinien „rwać ile sił w koniu” by umknąć jak najdalej poza pozycje nieprzyjaciela. Zresztą sam Wajda potwierdza, że w efekcie to miało wyglądać, jak atak na czołgi. I o to należy mieć żal do reżysera, niby chciał być zgodny z realiami, a ostatecznie wyszła pokraczna scena zbudowana ze szczegółów, w taki sposób, że całość w wymiarze symbolicznym postawiona została w kontrze do prawdy historycznej.
Szarże Września
Należy podkreślić, że we Wrześniu większość z dużych szarż bojowych kawalerii, w sile przynajmniej jednego szwadronu, było uzasadnionych koniecznością wyrwania się z okrążenia (przebicia się przez linie wroga). Bo warto wyraźnie zaznaczyć, iż w tamtym czasie taktyka jednostek kawalerii określała szarże bojowe, nie jako podstawowy element prowadzenia walki, a raczej jako ostateczność wymuszana rozwojem sytuacji bojowej. Innymi słowy, ułańska fantazja tak, ale nie na polu bitwy, a przynajmniej nie ponad wszystko i nie zamiast zdrowego żołnierskiego rozsądku.
Na blisko 30 konnych ataków kawalerii szarż prowadzonych w sile większej niż jeden szwadron na szczególną uwagę w niniejszym kontekście zasługują dwie. Najsłynniejsza chyba to bitwa pod Krojantami 1 września 1939 r. Tego dnia pod wieczór 2 szwadrony 18 Pułku Ułanów Pomorskich wydzielonego z Pomorskiej Brygady Kawalerii do Grupy Operacyjnej „Czersk” gen. Stanisława Grzmot-Skotnickiego wzmocnione mniejszymi pododdziałami (w sumie ok. 200 żołnierzy) dowodzone przez płk. Kazimierza Mastalerza uderzyły na silne zgrupowanie piechoty niemieckiej z 2 Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej (działającej w ramach XIX Korpusu Pancernego gen. Heinza Guderiana). Celem ataku było otworzenie drogi na południe dla jednostek piechoty GO „Czersk” zagrożonej okrążeniem przez dywizje Guderiana. Polski atak wywołał panikę wśród Niemców, ale przed zupełną klęską uratowały ich stacjonujące w pobliskim lesie, a nie rozpoznane przez Polaków czołgi, które pojawiły się na polu bitwy i otworzyły ogień do nacierających. Podobnie to przedstawił Wajda w filmie, ale ułani 18 Pułku, wbrew wizji Wajdy nie dokonali odwrotu tak, iż de facto kontynuowali atak w kierunku przez linię czołgów niemieckich, ale sprawnie wycofali się z miejsca walki. Żadnego ataku na czołgi. Polacy stracili ok. 25 zabitych i 50 rannych i były to relatywnie wysokie straty, szczególnie, że poległ też dowódca pułku. Tym niemniej zadanie zostało wykonane i inne jednostki bojowe GO „Czersk” mogły dokonać planowanego przegrupowania.
Bitwa pod Krojantami została wykorzystana przez propagandę hitlerowską, bo to po niej właśnie Niemcy zaczęli tworzyć mit polskiej kawalerii atakującej czołgi. W tym celu na pole bitwy sprowadzono niemieckich i włoskich korespondentów wojennych odpowiednio przedstawiając im przebieg bitwy. I to echa tej bitwy znalazły się we fragmencie propagandowego niemieckiego filmu fabularnego z 1941 r. Swój wkład w tym zakresie miał też i Heinz Guderian, który w swoich wspomnieniach pozwolił sobie na dość osobliwe stwierdzenie: „Nie znając ani budowy ani działania naszych czołgów, polska Pomorska Brygada zaatakowała je bronią białą” (Heinz Guderian „Wspomnienia żołnierza”, Warszawa 1958 r.; szerzej i o filmie niemieckim i propagandzie hitlerowskiej w dalszej części niniejszego tekstu).
Drugą szarżą polskiej kawalerii, jaka przeszła do historii zmagań polsko-niemieckich w 1939 r. był atak 14 Pułku Ułanów Jazłowieckich (według niektórych źródeł wspartego drobnymi grupami z 9 Pułku Ułanów Małopolskich, w sumie blisko 1000 żołnierzy) w dniu 19 września pod Wólką Węglową. Była to największa szarża polskiej kawalerii w kampanii wrześniowej. Ułani stanowili forpocztę Grupy Operacyjnej Kawalerii gen. Romana Abrahama, składającej się z jednostek konnych Armii Poznań i Pomorze. GOK przebijała się przez Puszczę Kampinoską do Warszawy, tak jak inne oddziały obu Armii, którym udało się wycofać z rejonu walk nad Bzurą. Popołudniem 19 września pułk dowodzony przez płk. Edwarda Godlewskiego został zmuszony sytuacją do natarcia na pozycje zajmowane przez pododdziały 1 Dywizji Pancernej. Niemcy nie spodziewali się ataku, odpoczywali, więc i ich gotowość do walki była znacznie mniejsza niż w warunkach prowadzenia walki. Szarża odniosła pożądany skutek, ułani przebili się do walczącej Warszawy. Okupili to jednak bardzo dużymi stratami – ponad 20% zabitych i rannych, ponieważ podobnie, jak pod Krojantami, nie rozpoznano znajdujących się w pobliżu niemieckich wozów bojowych, które szybko zdołały pojawić się na polu bitwy i wraz z ogniem karabinów maszynowych zadać Polakom ciężkie straty. I to tu według niektórych źródeł Polacy zostali zmuszeni do dalszego przebijania się – tu, równoznacznego z odwrotem z pola bitwy – przez linię niemieckich wozów pancernych (np. prof. Paweł Wieczorkiewicz, choćby rozmowie, jaką przeprowadził z nim Piotr Zychowicz dla „Rzeczpospolitej”z 17-18.09.2005 r. „Wojna polska”).
Czym była kawaleria
Tu warto kilka zdań poświęcić polskiej kawalerii z czasów II Rzeczypospolitej. Bo stała się ona dla komunistów i ich propagandowych totumfackich, wygodnym i niemiłosiernie eksploatowanym „dowodem” rzekomo tak ogromnego zacofania ówczesnej Polski i samej armii. Ileż to razy słyszeliśmy, że Józef Piłsudski zakochany w kawalerii nie pozwalał modernizować polskich sił zbrojnych. Ile razy wmawiano nam, że gdyby nie ta anachroniczna konnica, to nasza armia byłaby znacznie lepsza i losy kampanii wrześniowej mogłyby się potoczyć inaczej, że konie zamiast czołgów itd… Niestety, te bzdury często i dziś są bezwiednie powtarzane. Nieraz, także ostatnio słyszałem, że kawaleria to oczywiście bohaterstwo to tradycje, ale w ‘39 roku to już był tylko militarny przeżytek. Podobnie np. wypowiadał się Andrzej Wajda, a także niezrównany Bogusław Wołoszański, który dla kanału „Kino Polska” nagrał kilkuminutowy komentarz przed filmem… „Lotna”, gdzie nawet fachowo przeliczał ile to w przedwojennej Polsce owsa zjadały konie w pułkach, co uniemożliwiało zakup nowych czołgów dla armii. No tak, owies zamiast czołgów i mamy kolejną „sensację XX wieku”.
Prawda wyglądała jednak inaczej. Po pierwsze, jednostki kawalerii funkcjonowały ówcześnie w większości armii w Europie, także w najnowocześniejszej wtedy armii niemieckiej. Po drugie, konie nie były elementem prowadzenia walki, lecz głównie środkiem zwiększającym manewrowość oddziałów i umożliwiającym transport żołnierzy i sprzętu. Kawalerzyści walczyli, przede wszystkim, jak piechota, bo tak naprawdę byli jak jednostki piechoty, tyle tylko, że mogące dzięki koniom szybciej zmienić pozycje.
Po trzecie, kawaleria rzeczywiście często walczyła przeciw jednostkom pancernym nieprzyjaciela, ale nie było to tak jak przedstawiali hitlerowcy, a za nimi Wajda, że rwali się na koniach przeciw czołgom. Temu celowi doskonale służyły armaty przeciwpancerne i możliwość sprawnej zmiany pozycji, dzięki właśnie transportowi konnemu. To wszystko powodowało, że polska kawaleria mogła w sprzyjających okolicznościach być niebezpiecznym przeciwnikiem dla jednostek pancernych III Rzeszy. Najlepszym bodaj dowodem takiej taktyki była bitwa pod Mokrą 1 września, kiedy to Wołyńska Brygada Kawalerii pod dowództwem płk. Juliana Filipowicza zniszczyła lub uszkodziła ponad 100 czołgów i wozów pancernych 4 Dywizji Pancernej „dumy Niemiec”, gen Reinhardta, głównie właśnie dzięki manewrowości artylerii i świetnym, jak na tamte czasy, działkom przeciwpancernym kaliber 37 mm (wz. 36 na licencji Boforsa).
Po czwarte wreszcie, polska kawaleria nie stanowiła w sposób ważący o sile polskiej armii we wrześniu. To, nie licząc artylerii konnej, raptem 38 pułków (26 ułanów, 3 szwoleżerów, 8 strzelców konnych i pułk kawalerii KOP) wprowadzonych do walki i funkcjonujących w ramach 11 brygad kawalerii (tu nie uwzględniam niewielkich pododdziałów kawalerii działających w ramach dywizji piechoty i formowanych także doraźnie we wrześniu). Dla porównania regularna piechota w kampanii wrześniowej to grubo ponad 100 pułków, nie ujmując w tym zestawieniu licznych jednostek obrony terytorialnej, jednostek obrony wybrzeża i Korpusu Ochrony Pogranicza. Kawaleria stanowiła ok. 10% wojsk lądowych.
Jednostki kawalerii w wojnie 1939 r. dawały świadectwo swojej ogromnej wartości. Wykorzystywane na najtrudniejszych odcinkach walk, nieraz stanowiły o powodzeniu operacji. Często to one osłaniały skrzydła armii, a w razie odwrotu torowały drogę dla jednostek piechoty. Jednostki kawalerii biły się do końca, do ostatniego dnia kampanii, do bitwy pod Kockiem (pododdziały dwóch brygad: Podlaskiej i Suwalskiej), a nawet dłużej, bo Oddział Wydzielony mjr Henryka Dobrzańskiego „Hubala” też był formowany na bazie szwadronu jazdy. To prawda, że kawaleria cieszyła się ogólnonarodowym szacunkiem, wręcz uwielbieniem, będąc rzeczywiście jednym z symboli ówczesnej Polski. I, jak można przypuszczać, właśnie dlatego zarówno naziści, jak i komuniści włożyli tyle wysiłku propagandowego, by ten mit obalić, bo w ten sposób podważali tożsamość II Rzeczypospolitej.

FOT. Betmann/corbis; Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie
Hitlerowskie i sowieckie kłamstwo
I właśnie dlatego, Andrzej Wajda powinien mieć powód do głębokiego zastanowienia, by nie rzec, wstydu. Jego film powielał komunistyczną, ale przede wszystkim, hitlerowską propagandę fundowaną na kłamstwie, która w ten toporny sposób miała unieważnić prawo do istnienia Polski a po wojnie odebrać wiarygodność II RP.
Pierwszym źródłem hitlerowskiej propagandy były relacje niemieckich i włoskich korespondentów wojennych odpowiednio uświadamianych przez funkcjonariuszy niemieckiego aparatu propagandowego. Tak było już po 1 września pod Krojantami. Następnym elementem tego procesu był powstały w 1941 r. propagandowy film fabularny pt. „Kampfgeschwader Lützow”. Pojawia się tam scena, jak na niemiecką kolumnę zmotoryzowaną z czołgami przypuszcza atak oddział polskiej kawalerii. Dla średnio wyrobionego w sprawach militarnych widza scena ta cuchnie (przepraszam za określenie, ale trudno inaczej) ordynarną propagandą, oto polscy kawalerzyści szarżują pod górę(!) na rozwiniętą kolumnę z czołgami. Bez porządnego rozpoznania, bez wykorzystania artylerii przeciwpancernej, ot z fantazją atakują czołgi. Oczywiście żołnierze niemieccy mają doskonałą okazję do udowodnienia swojej wyższości i masakrują niemiłosiernie Polaków. A ci jeżdżą bez ładu to w jedną to w drugą stronę, ścieląc gęsto pole bitwy kolejnymi trupami. Niczym bezmyślni Indianie w pierwszych westernach jeżdżący w kółko, aż ich wszystkich mógł wystrzelać John Wayne.

FOT. Kampfgeschwader Lützow – plakat filmowy (źródło: www.roos.jugend1918-1945.de/seite_28631.html)
Dlaczego III Rzesza tak postanowiła pokazać walkę Polaków w obronie swojej Ojczyzny możemy się domyślać. W świat miał pójść przekaz, iż zacofani Polacy nie powinni być przedmiotem troski społeczeństw stawiających Hitlerowi opór. Naziści starali się odebrać Polakom dumę i twarde przekonanie o przynależności do świata zachodniego.
To było też na korzyść drugiego ze zbrodniczych reżymów – Sowietów, którzy rozgrywali swoją grę, której celem była przyszłość całej Polski. I w tym zakresie między oboma zbrodniczymi zaborcami była zadziwiająca zgodność, i na dobrą sprawę nie zmieniła tego ani wojna niemiecko-sowiecka i wynikające z tego lekkie ocieplenie stosunków rządu gen. Władysława Sikorskiego ze Stalinem, ani ujawnienie przez Niemców w 1943 r. mordu w Katyniu. Jak skuteczne było oddziaływanie propagandy hitlerowskiej i działalność agentury sowieckiej wskazuje choćby, przypomniany przez Sławomira Cenckiewicza artykuł z 1943 r. z amerykańskiego Newsweeka, w którym mocno krytykowano ówczesny polski punkt widzenia i „brak realizmu, który prowadził polskich ułanów szarżujących na niemieckie czołgi” („Uważam Rze Historia” Nr 8/2012 Sławomir Cenckiewicz „Roosvelt przeciw Polsce”). Podobnych przykładów było więcej, a ten fatalny mit pogłębiał się także po wojnie, że wspomnę tylko o amerykańskim filmie dokumentalnym z 1961 r. pt. „After Mein Kampf”.

FOT. After Mein Kampf – plakat filmowy; 1961, reż. Ralph Poter (żródło: www.filmweb.pl/).
I warto zastanowić się, jaki wpływ na kształtowanie się już po wojnie podobnych opinii o polskiej armii z XX-lecia międzywojennego miał film Andrzeja Wajdy. Bo o ile można zrozumieć diabelską racjonalność hitlerowskiej propagandy, jakkolwiek ohydnej, to dlaczego w jej powielaniu uczestniczyli Wajda z Żukrowskim? Czy była to tylko naiwna pogoń za artystyczną wizją, czy raczej górę brały osobiste rozrachunki obu twórców z II Rzeczypospolitą? A może istotny wpływ miała tu właśnie propaganda sowiecka zgodna w tym zakresie z Goebbelsowskim ponurym syndykatem. Na ile, w związku z tym, swoim polskim rodowodem – a reżyser dodatkowo uznaną już marką na świecie – twórcy uprawdopodobniali propagandę obu totalitaryzmów, stając się w ten sposób li-tylko PRL-owskimi propagandzistami?
W tej sytuacji nasuwa się jeszcze jedno, bodaj najprostsze , spójne z wcześniejszymi, choć mało wygodne dla obu twórców wyjaśnienie. Obaj popychani oportunizmem, wręcz serwilizmem wobec komunistycznej władzy robili to „co trzeba”, by kariera szła bez przeszkód. A obaj obdarzeni niewątpliwym talentem i naturalną potrzebą ekspresji, chcieli robić karierę i byli gotowi na wiele. także na kłamstwa. Nic nowego w praktyce funkcjonowania reżymów autorytarnych, tym bardziej totalitarnych. Oportunizm obok terroru to podstawowe paliwo takiego systemu, dające tym lepsze efekty im większa domieszka w nim talentu.
Jak Bastylia
Laureat Oskara starał się do końca bronić sceny szarży na czołgi – pytając retorycznie dlaczego miałby tego nie pokazać, bo przecież hasło „z szabelką na czołgi” było „sloganem”, wręcz czymś oczywistym wtedy, zakodowanym w świadomości Polaków. Wypada więc zapytać: dlaczego wtedy, w momencie produkcji filmu, rzeczywiście wiele osób miało „zakodowaną” taką wizję armii polskiej we Wrześniu? Czy aby nie był to efekt właśnie propagandy hitlerowskiej i sowieckiej? Jeżeli tak, to zapytam ponownie: dlaczego reżyser zdecydował się powielać te totalitarne kalki propagandowe?

FOT. Lotna– kadr z filmu (źródło: www.filmpolski.pl).
Co ciekawe, broniąc tej sceny, sam Andrzej Wajda twierdzi, iż jest ona historycznie nieprawdziwa, wzmacniając dodatkowo swoją argumentację, w następujący sposób: „I historia i sztuka i historyczne filmy, historyczne malarstwo zna, a nawet rozumie konieczność takich skrótów. Bastylia (…), uwolnienie więźniów z Bastylii, rozebranie kamieni tak, że nie został kamień na kamieniu (…) nie odegrała większej roli w dziejach rewolucji Francuskiej, a jednak ten obraz pozostał na zawsze, jako przełomowe wydarzenie, od którego zaczyna się nowa epoka nie tylko w dziejach Francji, ale w dziejach świata”.
To bardzo ciekawe, że twórca uzasadnia swoją artystyczną wizję, czy jak wielu woli, kłamstwo historyczne, jakiego dopuścił się w swoim filmie, porównując to do – jak sam przyznaje – nieprawdziwego mitu z Rewolucji Francuskiej. Czyli obalanie jednych, narodowych mitów, choćby przy użyciu fałszywych narzędzi jest tak samo uświęcone, jak tworzenie i kultywowanie innych, fałszywych, ale mających „słuszne” znaczenie. Aż się prosi by w następnym kroku, w ślad za takim rozumowaniem, dokonać systematyzowania legend na poprawne (te o Bastylii) i niepoprawne (te o polskiej kawalerii). Innymi słowy dla niektórych artystów legitymizowanie nieprawdy do realizacji swoich celów jest tak samo uzasadnione, jak każde inne środki przekazu. A to już wprost pachnie inżynierią społeczną, charakterystyczną dla środowisk, które od dziesiątek lat mienią się być awangardą postępu.

FOT. Andrzej Wajda (źródło: www.filmpolski.pl).
Księga Chwały Jazdy Polskiej
Andrzej Wajda stwierdził, iż ma nadzieję, że film i pełna symboliki śmierć Lotnej staną się ostatnim rozdziałem Księgi Chwały Jazdy Polskiej. I, że to on, ma ten zaszczyt być autorem ostatniego wpisu. No więc ja mam te przekonanie, że właśnie nie reżyser „Lotnej” stanie się symbolicznym kronikarzem ostatnich chwil chwały jazdy polskiej. Z wielu powodów – niektóre próbowałem Państwu przedstawić w niniejszym szkicu, w tak niedoskonały sposób. A opisywanie chwały jazdy polskiej, na szczęście, wykonują cały czas inni…

FOT. Wielska Księga Kawalerii Polskiej – 1918-1939; Praca zbiorowa, wyd. Edipresse, 2013 (www.tezeusz.pl/wielka-ksiega-kawalerii-polskiej-1918-1939-tom-1-do-45-zbiorowa-praca-3828678).
***
Korzystałem z wielu źródeł m.in. z materiałów dostępnych na oficjalnej stronie reżysera (www.wajda.pl) i z dodatków do oficjalnego wydawnictwa DVD z filmem „Lotna”.
***
FOT. Tytułowa – Lotna– plakat filmowy. Autor: Władysław Janiszewski (poster.pl – Polski plakat i kropka; poster.pl/plakat/janiszewski_wladyslaw_lotna).