Rząd chce wydobyć z sektora energetycznego dodatkowe miliardy, ale nie potrafi jeszcze przekonująco odpowiedzieć na pytanie, kto ostatecznie za to zapłaci. Projekt Ministerstwa Energii miał uporządkować przestarzały system opłat koncesyjnych i zwiększyć wpływy budżetowe. Szybko okazało się jednak, że koszt może nie zatrzymać się na poziomie spółek. Przed podwyżkami i przerzuceniem kosztów na odbiorców końcowych ostrzegają giełda energii, organizacje branżowe, ciepłownicy, sprzedawcy paliw, a nawet inny resort. Miłosz Motyka zapowiedział już korektę propozycji, ale nie rozwiąże to politycznego problemu.
Projekt UD457 zakłada podniesienie minimalnej opłaty koncesyjnej z 1000 do 5000 zł, jej późniejszą waloryzację oraz zniesienie maksymalnego pułapu wynoszącego obecnie 2,5 mln zł. Zmienić mają się również współczynniki używane do obliczania należności. Ministerstwo Energii przekonuje, że obecne zasady nie odpowiadają już wielkości rynku. Najniższej opłaty nie zmieniano od 2018 roku, natomiast górny limit powoduje, że największe przedsiębiorstwa, osiągające wielomiliardowe przychody, płacą relatywnie niewiele. Według resortu nowe zasady mają lepiej powiązać wysokość opłat ze skalą działalności.
Trudno jednak pominąć drugi cel projektu. Autorzy zakładali, że zmiana przyniesie państwu co najmniej 3,5 mld zł rocznie. Przy takiej kwocie nie mamy już do czynienia z techniczną korektą stawek, lecz pomysłem na kolejne, istotne źródło dodatkowych dochodów budżetowych.
Kolejne ogniwa rynku, kolejne koszty
Najpoważniejsze zastrzeżenia dotyczą sposobu naliczania opłat. Towarowa Giełda Energii zwraca uwagę, że ten sam wolumen energii może zostać obciążony na kilku kolejnych etapach obrotu – u producenta, spółki handlowej i sprzedawcy detalicznego. Według jej wyliczeń może to zwiększyć koszt energii o około 9-10 zł za MWh. Krajowa Izba Gospodarcza Elektroniki i Telekomunikacji oszacowała skutki inaczej. Gdyby dodatkowe 3,56 mld zł rozłożyć na krajowe zużycie energii, koszt wzrósłby przeciętnie o około 21 zł za MWh. To niemal 5 proc. średniej ceny energii na rynku dnia następnego.
Jeszcze większą różnicę widać w przypadku operatorów sieci. Pięciu największych płaci dziś około 11 mln zł rocznie za koncesje. Po wejściu w życie pierwotnej wersji projektu suma ta mogłaby wzrosnąć do około 193 mln zł. Nie oznacza to naturalnie automatycznie takiego samego wzrostu rachunków gospodarstw domowych. Część kosztów mogą ponieść przedsiębiorstwa, część zostanie uwzględniona w taryfach, a na końcową cenę wpływa wiele innych czynników. Trudno jednak oczekiwać, że obciążenie liczone w miliardach złotych pozostanie bez znaczenia dla cen dla odbiorców końcowych.
Podobne ostrzeżenia płyną z branży ciepłowniczej. Mniejsze ciepłownie i elektrociepłownie mogą występować o zmianę taryf, aby pokryć wyższe koszty. Organizacje branży paliwowej wskazują natomiast na możliwy wzrost cen na stacjach. W takim wariancie skutki wyszłyby daleko poza sam sektor energetyczny, bo droższe paliwo oznacza również wyższe koszty transportu, produkcji i usług.
MAP krytykuje projekt ME
Szczególnie kłopotliwe dla Ministerstwa Energii okazało się stanowisko Ministerstwa Aktywów Państwowych. Resort nadzorujący największe państwowe spółki energetyczne ostrzegł, że proponowane zmiany nie będą obojętne dla rynku ani odbiorców końcowych. W części przypadków wzrost opłat miałby przekraczać 1000 proc. MAP wskazuje, że może to zwiększyć ceny energii dla wszystkich grup odbiorców. Jak widać, spór nie toczy się więc tylko między rządem a przedsiębiorstwami broniącymi własnych interesów. Zastrzeżenia zgłasza również resort odpowiedzialny za nadzór nad kluczowymi spółkami energetycznymi.
Miłosz Motyka zapowiedział już złagodzenie projektu. Minister deklaruje, że podwyżki dla dużych przedsiębiorstw mają być znacznie mniejsze, niż wynikało z pierwszej wersji. Ostateczne stawki nie są jednak jeszcze znane. Dopiero ich wysokość pokaże, czy resort rzeczywiście wycofał się z najbardziej dotkliwych rozwiązań.
Kłopotliwy temat dla PSL
Sprawa – co naturalne na rok przed wyborami parlamentarnymi – ma także wymiar polityczny. Motyka należy dziś do najbardziej rozpoznawalnych polityków PSL i jako minister energii osobiście firmuje działania resortu w dziedzinie szczególnie wrażliwej społecznie. Ceny prądu, ogrzewania i paliw dotyczą praktycznie każdego gospodarstwa domowego.
Dla ludowców jest to tym bardziej niewygodne, że partia od dłuższego czasu porusza się w sondażach w pobliżu progu wyborczego, najczęściej zaś poniżej tego progu. Jej tradycyjni wyborcy mieszkają w dużej części poza największymi miastami, gdzie samochód jest często podstawowym środkiem transportu, a koszty ogrzewania i energii zajmują znaczącą pozycję w domowych budżetach. Problem dla ludowców i dla samego ministra zacznie się wtedy, gdy nowe opłaty zostaną w debacie publicznej połączone ze wzrostem rachunków lub cen paliw. Wtedy przeciwnicy polityczni mogą łatwo przypisać odpowiedzialność ministrowi energii, a i koalicyjni partnerzy mogą starać się uciec od odpowiedzialności.
Ministerstwo Energii wycofuje się z najbardziej radykalnej wersji podwyżek, ale to nie rozwiązuje podstawowego problemu. Państwo chce jednocześnie zwiększać wpływy z sektora energetycznego, utrzymywać presję na ceny i oczekiwać od spółek bardzo wysokich nakładów inwestycyjnych. Te cele coraz trudniej ze sobą pogodzić. Jeżeli nowe obciążenia będą istotne, część kosztów znajdzie odbicie albo w taryfach, albo w wynikach przedsiębiorstw, albo w ich możliwościach inwestycyjnych. Dlatego ostateczna wersja pokaże, czy resort energii będzie potrafił połączyć niezbędne zmiany z zabezpieczeniem interesu i kontrolowanych przez Skarb Państwa firm, i obywateli. A rosnące ceny będą z pewnością jednym z kluczowych tematów kampanii wyborczej.
Dla Miłosza Motyki ważne będzie jasne określenie celu zmian – ważniejsze od samej zmiany stawek. Jeśli chodzi o uporządkowanie systemu, można to zrobić bez gwałtownego zwiększania obciążeń. Jeśli zaś chodzi także o pozyskanie kilku miliardów złotych rocznie, rząd powinien powiedzieć to wprost i pokazać pełny koszt takiej decyzji.
Politycznie sprawa jest dla całego rządu trudna z bardzo prostego powodu: ceny energii, ciepła i paliw są dla wyborców znacznie bardziej czytelne niż konstrukcja opłaty koncesyjnej. Jeżeli rachunki wzrosną, odpowiedzialność łatwo będzie przypisać ministrowi energii i premierowi, niezależnie od tego, jak duży udział w podwyżkach będą miały właśnie nowe opłaty.
