Częstochowa to dla świata Jasna Góra i miliony pielgrzymów. Dla mieszkańców bywa jednak czymś zupełnie innym: zapyziałym miasteczkiem z dziwną polityką, zadziwiającą trwałością lokalnej władzy i kolejnymi aferami w tle. Tu naprawdę dzieją się dziwne rzeczy.
Niedaleko od Krakowa leży miasto Częstochowa,
Tu się dzieją dziwne rzeczy, zakonnice mają dzieci
Piosenka raczej słaba, ale na pierwszym roku studiów wyliśmy ją podczas pijackich imprez w akademiku. Kilku z nas było z Częstochowy i okolic i śpiewaliśmy „miasto Częstochowa”, a reszta wrzeszczała: „wioska”. Jak miałbym określić miejscowość, w której się urodziłem i mieszkałem do osiemnastego roku życia jednym słowem, to dokładnie tak, jak moi śpiewający adwersarze z okresu studiów. I to nawet nie wioska, ale wiocha. W najlepszym razie zapyziałe miasteczko. Będąc w centrum i nie dochodząc do Alei NMP, można odnieść wrażenie, że jest się na Ukrainie – niczego nie ujmując naszym sąsiadom ze wschodu.
Tu się dzieją naprawdę dziwne rzeczy, bo „w mieście wielkiej wieży” – jak śpiewał mój kolega z liceum Muniek Staszczyk – szesnasty rok rządzi Krzysztof Matyjaszczyk, prowieniencji niewątpliwie lewicowej. Doszedł do władzy po referendum, w wyniku którego został odwołany Tadeusz Wrona. Jednak po 16 latach nie widać oszałamiających efektów działań prezydenta, a jednak mieszkańcy na niego głosują.
Częstochowa dla większości ludzi, nie tylko w Polsce, to Jasna Góra. Wszędzie na świecie na kulcie maryjnym się zarabia. Jednak nie w Częstochowie. Wieść gminna niesie, że podobno wszystko zawłaszczyli pazerni paulini i już nic nie da się więcej zrobić. Miasto jakby przyjęło to do wiadomości i nic nie robi. Zamiast podejmować działania, aby tych pielgrzymów zatrzymać, robi wszystko, żeby po jednym dniu uciekali, nie zapewniając im żadnych atrakcji.
Podobnie jest z przyciąganiem nowych przedsiębiorców. Mimo doskonałej lokalizacji przy głównych szlakach drogowych i kolejowych oraz wysokich not w rankingach atrakcyjności inwestycyjnej włodarze wykazują się niską skutecznością. Tymczasem od lat zarobki częstochowian pozostają wyraźnie niższe niż mediana krajowa, a w ostatnich miesiącach widoczny jest wzrost stopy bezrobocia.
Dworzec postawiony 30 lat temu, teraz w trakcie wyburzenia i gruntownego remontu, sprawia nadal wrażenie stacji przesiadkowej w Koluszkach z lat 90. Na szczęście jest światełko w tunelu i nadzieja, że remont odbędzie się transparentnie i terminowo. Firma Texom SA, która go realizuje, posiada w swoich zasobach Sławomira Nowaka, który jest członkiem rady nadzorczej. Co prawda to PKP było stroną przetargu, a nie miasto, ale jest tu jeden knif. Podczas poprzednich rządów koalicji PO–PSL podlegało ono udręczonemu przez PiS politykowi, ale oczywiście to jest zbieg okoliczności.
Zresztą przetarg został rozstrzygnięty w marcu 2025, a pan Sławomir wszedł do rady we wrześniu, więc problemu nie ma. Ale cóż – tu się dzieją dziwne rzeczy, zresztą czemu dziwne? Normalne. Miasto nie partycypuje finansowo w przebudowie dworca. Jak udało mi się ustalić w internecie, jest partnerem i ma udział w zagospodarowaniu okolicy. Z różnicy kosztów całości i tego, co jest po stronie PKP, wynikałoby, że jest to kilkanaście milionów. Mała rzecz, a cieszy.
W ciągu półtora roku przez Częstochowę przeszło tsunami, które wymiotło ze stanowisk całą grupę samorządowców. Najpierw wicemarszałek Sejmiku Śląskiego (poprzednio wiceprezydent Częstochowy) Bartłomiej Sabat z PO, protegowany Izabeli Leszczyny, który usłyszał zarzuty korupcyjne w październiku 2024, traci stanowisko. Nie wchodzę w szczegóły i nie przesądzam winy, jednak zastanawiające jest, dlaczego trzeba było czekać na kolejne zatrzymanie rok. Zupełnie jakby odbywał się jakiś targ i wszystko ważyło się w zaciszu gabinetów politycznych: czy warto zatrzymać kolejnego miejscowego polityka PO. Tym razem to przewodniczący Rady Miasta Łukasz Banaś, który po wypuszczeniu zrzeka się funkcji.
I o ile wszystko z większej odległości wygląda na zwykłą korupcję, to ciąg dalszy jest już mniej klarowny. Nie zamierzam bronić częstochowskich lewicowców, jednak zatrzymania i przesłuchania pod koniec lutego prezydenta Krzysztofa Matyjaszczyka i wiceprezydenta Łukasza Kota zmuszają do refleksji. Co prawda niewątpliwie wszystkie osoby, włącznie z zatrzymanymi wcześniej, są w jednej sprawie, ale w wypadku prezydentów ich nieformalnym patronem jest Marek Balt, który czasami występuje w Republice i – o dziwo – mówi ludzkim głosem.
Wydawałoby się, że zamiast trafiać na przesłuchania po przeprowadzanych w ich domach przeszukaniach, powinni teraz ściągać kasę dla miasta z centrali, którą by im załatwiał szef Nowej Lewicy, marszałek Czarzasty. No i tu jest zagwozdka, bo Balt jest dla Czarzastego – jeżeli nie wrogiem numer jeden (tu chyba nikt nie przebije Leszka Millera) – to na pewno mieści się na podium.
Dlatego też, nie przesądzając o winie, zwłaszcza że zarzuty są dość – jak na świat polityki – marne, warto zastanowić się, czy to nie jest sposób wykańczania przeciwników. Czarzasty jest do tego zdolny. A ponieważ prawo stosuje według swojego rozumienia, to czy nie mogło to wyglądać tak?
Marszałek (wtedy jeszcze wice) do premiera:
„Słuchaj, masz tam coś na moich ludzi?”
„No mam na tego, tamtego i owego.”
„Nie, tych nie ruszaj, proszę, oni są potrzebni. Ale na tych dziadów z Częstochowy?”
„No mam, ale to bzdety.”
„To ich zatrzymajcie i trochę postraszcie, to ten Balt się uspokoi.”
„Ok, ale mogę na ciebie liczyć?”
„No a jak inaczej?”
Oczywiście nie mam żadnych dowodów, że tak było, ale czy nie jest to możliwe? Wszak żyjemy w państwie (bez) prawa.Najbardziej prawdopodobna wersja jest taka, że ekipa kręciła jakieś lody, ale włos by im z głowy nie spadł, gdyby nie wdawali się w głupie dyskusje podważające wielkość i nieomylność marszałka Czarzastego jako szefa partii.
Ale to przecież Częstochowa – miasto cudów i złodziei. Tu się dzieją dziwne rzeczy. Matyjaszczyk jest zawieszony i na ten moment nie jest prezydentem, i to jest raczej dobra wiadomość. Niewątpliwie cieszyć się musi Czarzasty, który osłabił Balta, i Tusk, którego kolega jest w radzie nadzorczej firmy, która stawia piękny, nowoczesny dworzec.
Medalikarz mądra głowa, niech nam żyje Częstochowa.
Jakoś tak to dalej szło. Czyż nie pięknie?
