Amerykański Senat, Unia Europejska, Ukraina dystansują się od pomysłu Donalda Trumpa zawierania umów paliwowych i luzowania sankcji wobec Rosji. Czy to nie jest ten moment, że „America First” godzi w wiarygodność USA na tyle mocno, że straty przewyższają zyski z niższych cen paliw na amerykańskich stacjach?
Diesel zamiast sankcji
9 października Prezydent USA ogłosił porozumienie, w ramach którego Rosja ma dostarczać olej napędowy na rynek amerykański i światowy. Według doniesień Reutersa administracja USA liczy na zwiększenie podaży i obniżenie cen paliw. W zamian Waszyngton czasowo poluzował sankcje dotyczące rosyjskiego diesla. Porozumienie ma obejmować kolejne partie paliwa, a zwolnienie z restrykcji ma obowiązywać, jak na razie, do kwietnia 2027 r.
Na tym nie koniec. Według Reutersa administracja USA rozważa złagodzenie sankcji wobec części tankowców tzw. „floty cieni”, by zwiększyć dostępność statków i obniżyć koszty transportu. Tu ważne doprecyzowanie: chodzi o możliwość przewożenia na nich surowców i produktów, które same nie są objęte sankcjami – nie o automatyczne zezwolenie na transport zakazanej rosyjskiej czy irańskiej ropy. Financial Times natomiast poinformował, że przedstawiciele Waszyngtonu proponowali Europejczykom odblokowanie części zamrożonych rosyjskich aktywów i objęcie ich mechanizmem kontrolowanym przez USA. Europejscy uczestnicy rozmów nie zgodzili się na tę koncepcję. Unia utrzymuje własny reżym sankcyjny wobec Moskwy.
Jeszcze poważniejsze są doniesienia o naciskach Waszyngtonu na Ukrainę. Według informacji Financial Times administracja Trumpa miała grozić ograniczeniem dostaw uzbrojenia i wsparcia wywiadowczego, aby skłonić Kijów do wstrzymania ataków na rosyjskie rafinerie. To o tyle może dziwić, że jak coś przynosiło realne skutki i było odczuwalną dolegliwością dla Moskwy, to były to właśnie dronowe wypady przeciw przemysłowi naftowemu Rosji. A na razie trudno wskazać, jakie konkretne ustępstwo Kreml miałby zaoferować. Czyli próba wymuszenia rezygnacji z największego atutu w rękach napadniętego państwa w zamian za niejasne korzyści i mgliste obietnice?
Wybory połówkowe
Polityczny kontekst jest oczywisty. Ceny paliw stały się problemem dla Białego Domu (skąd my to znamy?), a listopadowe wybory mogą przesądzić o tym, czy Republikanie utrzymają kontrolę nad Kongresem. Trump potrzebuje więc pokazać wyborcom, że potrafi szybko reagować na drożyznę, w końcu jest przywódcą najpotężniejszego kraju świata, tyle razy udowadniającego swoją sprawczość. Tyle że nawet jeśli rosyjskie dostawy nieco zwiększą podaż, ich wpływ na ceny na amerykańskich stacjach pozostaje niepewny. Skala porozumienia jest niewielka w porównaniu z całym rynkiem paliwowym USA. Ponadto, olej napędowy ma znaczenie głównie dla branży transportowej, więc bezpośrednie oddziaływanie też będzie odłożone w czasie.
Korzyść polityczna może być zatem krótkotrwała, a koszt strategiczny znacznie większy. Rosja dostaje możliwość dodatkowego zarobku i sygnał, że presja sankcyjna może zostać osłabiona, zanim Kreml zgodzi się na realne ustępstwa w sprawie wojny. Bo warto powtórzyć, że to nie jednostkowe odstępstwo dot. diesla, tylko Trump i jego otoczenie postanowili od razu zgłosić szereg pomysłów luzujących reżym sankcyjny.
Cios przyszedł z Senatu
Sprzeciw pojawił się w samych Stanach Zjednoczonych. Dwunastu senatorów, w tym sześciu Republikanów, wezwało Trumpa do wycofania się z umowy. Słusznie argumentują, że dodatkowe dochody z eksportu rosyjskich paliw mogą wspierać państwo prowadzące wojnę przeciw Ukrainie, wrogie USA, a korzyści dla amerykańskich konsumentów są dyskusyjne, by nie rzec, wątpliwe. Krytycy podnoszą również kwestię zgodności decyzji z już obowiązującymi amerykańskimi przepisami ograniczającymi import rosyjskich surowców energetycznych po inwazji na Ukrainę. Na tzw. „offie” pojawiały się głosy wręcz o „zdradzie” wobec dorobku i pamięci zmarłego niespodziewanie w lipcu senatora Lindseya Grahama, Republikanina, który był czołowym krytykiem Rosji.
To ważny sygnał. Wewnętrzna kontrola polityczna nie jest w USA jedynie formalnością, a lojalność partyjna nie oznacza automatycznej zgody na każdą decyzję prezydenta. Nawet część jego własnego obozu dostrzega, że w zamian za niepewną ulgę cenową Ameryka może oddawać Rosji gospodarczy i dyplomatyczny atut.
Europa też na „nie”
Krytycznie zareagowała także Unia Europejska. Poza wspomnianym odrzuceniem pomysłu zwolnienia z sankcji „floty cieni” i uwolnienia zamrożonych części rosyjskich, Unia zapowiedziała utrzymanie własnych sankcji. Po spotkaniu ministrów spraw zagranicznych UE Kaja Kallas przypomniała, że jeśli celem jest zakończenie wojny, należy zwiększać presję na Rosję, a nie ją zmniejszać. Ministrowie krytykowali porozumienie, wskazując, że podważa ono jedność Zachodu. Szwedzka minister spraw zagranicznych wyraziła nadzieję, że umowa nie wejdzie w życie, a przedstawiciele Litwy oceniali, że nie pomoże ani cenom paliw, ani jedności transatlantyckiej. Głos zabrała też Premier Włoch Giorgia Meloni, która określiła decyzję Trumpa jako „bardzo ryzykowną”, podważającą wysiłki na rzecz skłonienia Moskwy do negocjacji.
Warto podkreślić, że w gruncie rzeczy europejskie obawy nie dotyczą dostaw diesla czy luzowania sankcji wobec floty cieni, a nawet uwolnienia zamrożonych aktywów, ale przede wszystkim osłabienia wspólnego i tak kruchego frontu wobec Kremla. I warto to zauważyć, że nawet słabnąca UE, przyjmująca kolejne ciosy z Waszyngtonu, także była w stanie głośno zaprotestować wobec pomysłów Białego Domu.
Rosja i Ukraina
Równie ciekawe są efekty inicjatywy Trumpa w dwóch najbardziej zainteresowanych państwach. Bo jak na razie, ogłoszone przez przywódcę USA „zawieszenie broni” w energetyce nie przyniosło trwałego rezultatu. Rosja kontynuuje ataki na ukraińską infrastrukturę, postępując zgodnie z wyznawaną od wieków zasadą, że jakiekolwiek przywileje dawane z zewnątrz są oznaką słabości tych państw. Kreml nie wykazał więc, że gospodarcze ustępstwo ze strony Waszyngtonu skłoni go do respektowania oczekiwań amerykańskiego prezydenta.
Ukraina natomiast po pierwszym szoku i wstrzymaniu działań zaczepnych wobec sektora energetycznego Rosji wznowiła ataki. I od razu bardzo dotkliwie dla Rosji, jak zbombardowanie rafinerii w Riazaniu. W Kijowie słusznie chyba uznano, że nie ma co rezygnować z głównego atutu – szczególnie, że nie ma się ich za wielu – a pozostali gracze przyjmą tylko argument faktów dokonanych i bolesnych ciosów skierowanych w Rosję.
„America First”, ale nie za każdą cenę
Nie ma nic dziwnego w tym, że prezydent USA dba o ceny paliw, interesy własnych wyborców i wynik swojej partii. Na tym polega polityka. Pytanie brzmi jednak, czy kilka tygodni przed wyborami warto osłabiać sankcje wobec agresora, ryzykować konflikt z sojusznikami i podważać zaufanie do amerykańskich deklaracji. Trump może uzyskać chwilową korzyść w krajowej polityce, ale zapłacić za nią utratą zaufania.
Bo czasem wykręcanie rąk słabszemu, który broni się przed agresywnym bandytą, może drogo kosztować w oczach innych i tej ceny nie da się łatwo przeliczyć na baryłki diesla.
I tu można chyba odetchnąć z ulgą, że to dobrze, że nawet Donald Trump w całej swojej bezceremonialności napotyka czasem opór – również ze strony państw uzależnionych od parasola bezpieczeństwa USA. Ukraina nie chce rezygnować z narzędzi nacisku na rosyjski przemysł naftowy. Europejczycy nie zamierzają automatycznie dostosowywać swojej polityki sankcyjnej do decyzji Białego Domu. A amerykańscy senatorowie przypominają prezydentowi, że jego władza ma granice. Nie musi to oznaczać zerwania sojuszy ani otwartego konfliktu z Waszyngtonem. Może być po prostu próbą obrony własnych interesów i zasad, na których opiera się współpraca Zachodu. I jakimś dowodem, że od czasu do czasu, choć nie za często decydują inne elementy, niż decyzja najsilniejszego partnera. Nawet takiego, który wydaje się kluczowym w utrzymywaniu bezpieczeństwa w naszym regionie.
W pełni rozumiem politykę „America First”. To uczciwiej, że przywódcy wprost mówią, że najważniejszy jest interes obywateli i państw, które reprezentują, a nie karmią nas mdłymi opowieściami o „uniwersalnych wartościach”, za którymi często skrywane jest jeszcze bezwzględniejsze wykorzystywanie słabszych. Ale rozumiem, to nie znaczy, że muszę się z nią zgadzać. Bo dla mnie znaczenie ma „Poland first” (że zostanę przy angielskim terminie), tyle tylko, że mamy tak ogromny problem, by taką politykę umiejętnie prowadzić, ale to temat na inną opowieść.
***
FOT. Kadr wspierany AI.
