Miliardy złotych trafiają dziś do przemysłu zbrojeniowego, a politycy zapewniają, że Polska buduje własne zdolności produkcyjne. Mimo to pytanie o amunicję wraca nieustannie: czy w razie wojny mielibyśmy czym walczyć? Odpowiedź nie jest ani tak dramatyczna, jak sugerują alarmistyczne nagłówki, ani tak optymistyczna, jak wynikałoby z rządowych deklaracji. Polska produkuje amunicję, ale wciąż nie na taką skalę, jakiej wymagałby konflikt o wysokiej intensywności.
Co jakiś czas przechodzi przez nasze media mrożąca fala – nie produkujemy amunicji, szczególnie najważniejszej – artyleryjskiej. Otóż produkujemy. Problem polega na tym, że produkujemy jej za mało, za późno i wciąż nie mamy pełnej zdolności do wytwarzania jej w Polsce w takiej skali, jakiej wymagałaby wojna. Z jednej strony codziennie czytamy o miliardach wędrujących na potrzeby wojskowe, które rujnują nasze finanse, z drugiej wciąż słyszymy, o tym, że tego co najważniejsze nie ma. Niekiedy też można odnieść wrażenie, że wystarczy jeszcze jedna konferencja ministra i z polskich fabryk zaczną wyjeżdżać całe pociągi amunicji. Nie zaczną.
Między obietnicą a rzeczywistością produkcji
W pierwszym kwartale 2026 roku zakład MESKO w Kraśniku wyprodukował około 6 tys. korpusów amunicji 155 mm. Obecne tempo produkcji PGZ określa na około 25 tys. rocznie. Docelowo, w 2028 roku, ma ich powstawać około 180 tys. Tyle że korpus pocisku nie jest jeszcze kompletną sztuką amunicji. Nitro-Chem posiada z kolei zdolności do elaboracji, czyli kolejnego etapu procesu produkcji, a inne zakłady odpowiadają za pozostałe elementy systemu produkcji. Tymczasem prywatny Niewiadów dopiero instaluje linie produkcyjne i szkoli pracowników. Wielkie liczby, którymi chwali się ministerstwo, dotyczą więc w dużej mierze przyszłych mocy, a nie tego, co dziś rzeczywiście schodzi z taśmy.
W maju tego roku podpisano kontrakty na amunicję 155 mm warte ponad 13,5 mld zł. Wcześniej państwo przeznaczyło ponad 2,4 mld zł na rozwój zdolności produkcyjnych PGZ. W 2023 roku zamówiono około 283 tys. sztuk amunicji. Jednak na realizację tych zamówień wciąż musimy czekać. Do produkcji amunicji artyleryjskiej potrzebny jest cały ekosystem przemysłowy: metalurgia, przemysł chemiczny, zakłady precyzyjne, laboratoria, kontrola jakości, certyfikacja, kooperanci oraz wykwalifikowani pracownicy. Można wybudować fabrykę, ale nie mieć jeszcze ludzi potrafiących ją obsługiwać.
Tu ze świeżym przykładem przychodzą Niemcy. Rheinmetall uruchomił nowy zakład w Unterlüß w 2025 roku, ale zakładaną zdolność produkcji około 350 tys. sztuk rocznie ma osiągnąć dopiero w przyszłym roku. Nawet jeden z największych koncernów zbrojeniowych świata potrzebuje czasu. Fabryka nie zaczyna produkować z pełną wydajnością dzień po przecięciu wstęgi.
Dlaczego zatem nie zrobiliśmy tego wcześniej?
Bo przez trzydzieści lat Zachód, a wraz z nim Polska, nie przygotowywał się do wojny. Po zakończeniu zimnej wojny ogromne zdolności produkcyjne przestały być potrzebne. Utrzymywanie fabryk, które przez większość czasu stoją niewykorzystane, kosztuje. To jest fundamentalny problem, który wojna na Ukrainie ujawniła w całej Europie.Â
Polski przypadek ma jednak także jeden swoisty rys. Państwo przez lata nie potrafiło zdecydować, czego właściwie chce. Czy chcemy mieć pełny własny łańcuch produkcyjny? Czy kupować licencje? Czy opierać się na zagranicznych komponentach? Czy najważniejsza jest cena pocisku, czy bezpieczeństwo dostaw? Czy przedsiębiorstwa mają samodzielnie finansować nowe moce, czy traktujemy je jako element infrastruktury strategicznej i płacimy również za ich utrzymywanie? Każde z tych pytań ma charakter strategiczny, wykraczający poza ramy kadencji kolejnych rządów.
Dopiero po 2022 roku nastąpiło otrzeźwienie. Narodowa Rezerwa Amunicyjna, miliardy dla PGZ, wieloletnie kontrakty, rozbudowa Kraśnika, inwestycje Nitro-Chemu, prywatny Niewiadów, współpraca z zagranicznymi partnerami. Maszyna ruszyła, ale inwestycje rozpoczęte dziś dadzą pełny efekt za kilka lat.
fot. Materiały MESKO S.A. (Grupa PGZ)
