4 czerwca to ze strony społeczeństwa było jednoznaczne: Precz z komuną! Odpowiedź Wałęsy, Geremka, Michnika, Kuronia i innych była też jednoznaczna: odpieprzcie się od komunistów!
Pacta sunt servanda, stwierdzenie Geremka po 4 czerwca 1989 roku miało świadczyć o lojalności wobec strony, z którą się umawiamy. Bez względu na wszystko, nie zmienimy naszych umów, raz danego słowa nie złamiemy. Piękne, prawda? Czyli w najprostszym tłumaczeniu: trzymamy się zasad, daliśmy słowo honoru. Moim zdaniem właśnie te słowa ukształtowały naszą rzeczywistość po 1989 roku i piszę to w znaczeniu negatywnym. Oznaczało to trzymanie się umów z komuchami, a nietrzymanie się umów ze społeczeństwem, którego byli emanacją przy okrągłym stole. 4 czerwca to mogła być data jednoznacznego zwycięstwa nad czerwonym. Uczymy się o niewykorzystanym polskim zwycięstwie pod Wiedniem, które sto lat później zakończyło się uczestnictwem Austriaków w rozbiorach. Uważam, że 4 czerwca na krótką metę był czymś podobnym, zwycięstwem, którego (prawie) nie było.
Wybory 1989 nie były demokratyczne i to było powodem, że ja i kilku moich znajomych nie poszliśmy na nie. Ale pracowaliśmy przy nich, kibicowaliśmy i cieszyliśmy się z ich wyniku. A trzeba pamiętać, że w wyborach startowała nie tylko Solidarność. Swoje listy wystawił KPN i wbrew pozorom ich wynik nie był wcale bez znaczenia bo miejscami było to 3, czy 4 procent, co w czasie jednoznacznego podziału na dobrych i złych, było poważnym sukcesem. Solidarność Walcząca, wzywająca do bojkotu, też zatrzymała w domach jakiś procent ludzi. I oczywiście nie jest tak, ze wszyscy, którzy nie poszli, to zwolennicy SW, bo zdecydowana większość to byli ludzie, których te wybory nie interesowały, ogólnie mało ich polityka interesowała i uważali, że nie mają na nią wpływu. Frekwencja wcale nie była porażająca – 62,7% oznaczała, że ponad 1/3 społeczeństwa olała te wybory świadomie lub nieświadomie. Innymi słowy opowieści o wielkim entuzjazmie były dość przesadzone. A jednak uważam, że było to wielkie zwycięstwo i gdyby wtedy przywódcy Solidarności poszli za ciosem, mielibyśmy Polskę, o jaką walczyliśmy po 13 grudnia.
Pacta sunt servanda – co to oznacza w praktyce? Ano ni mniej, ni więcej, ratujmy komunistów, bo nie doceniliśmy społeczeństwa i ono ich nie chce, a przecież umówiliśmy się, że włos im z głowy nie spadnie. I nie zamierzam teraz wchodzić w spory magdalenkowe i zastanawiać się jak wielki szwindel tam się odbył, bo tego nie wiem, mogę się tylko domyślać. Jednak na Okrągły Stół można patrzeć dwojako. Dogadanie się elit ponad głowami społeczeństwa albo taktyczne rozmowy z komunistami, żeby bez jednej, niepotrzebnej ofiary przejąć władzę. I obecnie nadal nie mam pewności jak było, ale wiem, że tzw. nasza strona nie sprostała zadaniu. Zabrakło im wolnej woli albo wyobraźni. Dlatego po wyborach, do komitetów obywatelskich w całym kraju, w których panowała euforia, dzwonili przerażeni bohaterowie lat 80, z Kuroniem na czele i przekonywali, żeby unikać triumfalizmu. Sam byłem świadkiem takich telefonów od wspomnianego Kuronia i od Heńka Wujca. I nadal nie wiem, czy to była głupota i krótkowzroczność polityczna, czy zła wola. Chyba różnie, w zależności od dzwoniącego. I wtedy jak diabeł z pudełka pojawia się w telewizji Geremek mówiąc – umów należy dotrzymywać.
Co roku staram się przypomnieć, co się stało i dlaczego to tak wpłynęło na historię kolejnych lat. Otóż umowa okrągłego stołu przewidywała stworzenie urzędu prezydenta, wybieranego przez Zgromadzenie Narodowe. Ówczesna ordynacja, obowiązująca na te jedyne wybory, przewidywała max 35 % w Sejmie dla Solidarności. Tak naprawę to były wybory kompletnie niedemokratyczne, bo druga strona miała zapewnione 65 %, a „S” musiała o te 35 zawalczyć. Ale był jeszcze Senat, zniesiony po sfałszowanym referendum w 1946 roku. Była też lista krajowa, na którą komuniści wpisywali swoich najważniejszych przedstawicieli. Dotychczas to była formalność i lista zawsze przechodziła w stu procentach. Ale okazało się, że ludzie uznali, że jak są wybory, może niedemokratyczne, ale stwarzające szanse pogonienia komuchów, to należy z tego skorzystać. I wycięli tę listę poza dwoma nazwiskami. I powstała sytuacja, której ordynacja nie przewidywała. Sejm zamiast 460 posłów miał mieć 427. Ale to jeszcze nic, bo Solidarność w pełni wykorzystała swoje miejsca i w Sejmie i Senacie (i tu, i tam miały być dogrywki, ale po pierwszej turze raczej nie było wątpliwości, kto wygra, w Senacie skończyło się na 99:1). I ten wynik dawał Solidarności większość w Zgromadzeniu Narodowym.
W ten sposób zaistniała zupełnie nowa sytuacja. Pacta przestawały obowiązywać, bo suweren zdecydował inaczej, suweren dał mandat swoim wyborem na przejęcie władzy. I wszystkie płacze i zawodzenia, że przecież wojsko, że milicja itp. można było między bajki włożyć, bo nawet w okręgach jednostek wojskowych czy milicyjnych komuna przegrała lub wygrała minimalnie. I wtedy odbyło się wielkie oszustwo. Zmieniono ordynację, listę krajową wyrzucono, w drugiej turze miejsca z listy wsadzono do okręgów, żeby uzupełnić ilość posłów do 460 i zniesiono konieczność uzyskania 50% głosów. Innymi słowy przedstawiciel władzy mógł przejść kilkoma głosami przy frekwencji 5%. I społeczeństwo to tak właśnie przyjęło. Frekwencja w drugiej turze wyniosła 25,3%, entuzjazm zgasł i przerażeni komuniści zrozumieli, że mają przeciw, a właściwie już nawet nie przeciw sobie, bardzo słabych graczy. Walka ośmiu lat w podziemiu została zdeprecjonowana. Oczywiście to my byliśmy zwycięzcami, ale kulawymi. Za chwilę Zgromadzenie Narodowe zafundowało nam Jaruzelskiego na prezydenta, dokonując nieprawdopodobnych wygibasów, poprzez oddanie głosów nieważnych przez pięciu ludzi Solidarności i można było zacząć budować II Rzeczpospolitą i pół, zwana pięknie III RP.
Czy powinniśmy zatem świętować 4 czerwca 1989? Moim zdaniem tak, ale zawsze trzeba powiedzieć, że potem nastąpiła zdrada. Społeczeństwo zachowało się jak trzeba, niestety nasi przywódcy nie dorośli do sytuacji. Słowo zdrada oznacza oszukanie społeczeństwa. Czy była to pełna zdrada i dogadanie się z czerwonym za frukty, tego jednoznacznie stwierdzić nie potrafię. 4 czerwca to ze strony społeczeństwa było jednoznaczne: Precz z komuną!! Odpowiedź Wałęsy, Geremka, Michnika, Kuronia i innych była też jednoznaczna: odpieprzcie się od komunistów. My wiemy lepiej. I tak to idzie do tej pory, czego dobitnym przykładem jest Czarzasty. To przenoszona ciąża tamtego okresu.
