Oflag VII A Murnau był miejscem niewoli, ale dla tysięcy polskich oficerów stał się również przestrzenią pracy nad sobą, nauki, kultury i zachowania wewnętrznej wolności. Podczas spotkania w Przemyskim Towarzystwie Kulturalnym prof. Jan Majchrowski opowiadał nie tylko o książce swojego ojca, Stefana Majchrowskiego, lecz także o niezwykłym świecie „Rzeczypospolitej Jenieckiej”, relacji ojca i syna oraz pamięci, która nie kończy się wraz ze śmiercią.
Jest to zapis kolejnego spotkania z profesorem Janem Majchrowskim w klubie dyskusyjnym Przemyskiego Towarzystwa Kulturalnego, promocja kolejnej jego książki. Pierwsza – „Przeciw uzbrojonym analfabetom” była wędrówką poprzez skojarzenia historyczne. Druga – „Polidruki” – kolejną wędrówką polityka, prawnika, sędziego Sądu Najwyższego, który odszedł z urzędu nagle, wywołując sensację, choć wielokrotnie uzasadniał, dlaczego. Jan Majchrowski był wojewodą lubuskim, członkiem rządu premiera Jerzego Buzka, biorącym udział w reformach administracyjnych w Polsce. Jest profesorem prawa na Uniwersytecie Warszawskim, w latach 2016-2018 był doradcą marszałka Sejmu i przewodniczącym Zespołu ekspertów ds. problematyki Trybunału Konstytucyjnego. Obecnie prezentuje książkę dwóch autorów: swego ojca – Stefana Majchrowskiego i swoją, stanowiącą tytułową „Opowieść ojca i syna”. Pierwszą część „Za drutami Murnau” napisał przed laty Stefan Majchrowski – zawodowy rotmistrza Wojska Polskiego i jeniec oflagu w Murnau. Do niej jego syn dopisał teraz część drugą „Przed drutami Murnau”. Tak powstał niezwykły dialog łączący tych, co odeszli, z tymi co pozostali…
Ojciec, oficer i jeniec Murnau
Jan Majchrowski. Jestem zatem tylko współautorem tej książki i to tym mniejszym współautorem. Ojciec przed wojną był zawodowym oficerem kawalerii, walczył w kampanii wrześniowej aż do bitwy pod Kockiem, czyli do ostatniej bitwy Września, a potem został jeńcem w oflagu. Przesiedział dokładnie pięć lat i sześć miesięcy w oflagu VIIA w Murnau, jednym z największych, bo był jeszcze bardzo duży oflag w Woldenbergu, czyli w dzisiejszym Dobiegniewie, w województwie lubuskim. Po wojnie, dalej będąc zawodowym oficerem Wojska Polskiego, w wojsku pozostał. Tylko, w którym wojsku? No, w polskim, czyli w Drugim Korpusie Polskim generała Władysława Andersa. I z tym Drugim Korpusem był we Włoszech, był we Francji, w końcu w Szkocji. W 1947 roku Drugi Korpus został rozwiązany, ponieważ Polacy naszym aliantom nie byli już do niczego potrzebni. Po Jałcie byliśmy zbędnym balastem, a może tylko wyrzutem sumienia?
Dlaczego powstała książka „Za drutami Murnau”
Ojciec chciał pisać książki. Ale w tamtych, stalinowskich czasach, nie dało się tego robić w kraju. Pierwszą napisał będąc w Drugim Korpusie, ale nie pod własnym nazwiskiem, bo gdyby napisał pod własnym nazwiskiem, to już mógłby tylko do Argentyny sobie wyjechać, bo to była gorzka książka, taki literacki kolaż historii drugiej wojny światowej i losów Polaków walczących z Niemcami i Sowietami. Jej tytuł to Polska droga z angielskim podtytułem The Poles will not accept defeat – Polacy nie zaakceptują porażki, przegranej, klęski. Ojciec odczytywał wynik tej wojny jako naszą klęskę. I słusznie, bo straciliśmy niepodległość, straciliśmy połowę naszego terytorium, straciliśmy przynajmniej sześć milionów ludności. No to co było za zwycięstwo? Ale wrócił do tej Polski, bo miał tam rodzinę.
Chciał pisać. Pisał więc do Tygodnika Powszechnego, dopóki się dało. Pracował w „Czytelniku”, jako tłumacz z trzech języków. Został stamtąd wyrzucony po tym, jak szef „Czytelnika” – osławiony Jerzy Borejsza – złożył mu propozycję współpracy, współpracy z komunistami. Mógł awansować, zrobić karierę jak wielu innych, którzy się wtedy sprzedali. Ojciec odmówił i został natychmiast wyrzucony na bruk. Został kompletnie „na lodzie” – jak to się mówi. To były bardzo ciężkie czasy. Jeśli ktoś czytał moje Polidruki, to pewnie zwrócił uwagę na opublikowany w nich fragment z kalendarzyka mojego Ojca o głodowaniu. W sensie dosłownym. Ale przyszedł rok 1956, przyszła „odwilż”, zmieniło się. No i ojciec zaczął wydawać książki, pierwszą już w pięćdziesiątym siódmym roku, drugą chwilę potem, później Pana Sienkiewicza i tak dalej. Został członkiem Związku Literatów. Posypały się te książki i utrzymywał całą moją rodzinę – mnie jeszcze na świecie nie było, później się urodziłem – tylko z pisania książek, co było pewnym ewenementem w tamtych czasach, bo nas było pięć osób, moja mama nie pracowała zawodowo, tylko zajmowała się domem i nami. Nie był zatrudniony na żadnym etacie do końca życia. No więc musiał tych książek napisać dużo, żeby się utrzymać. Były one bardzo różnorodne.
Często biograficzne, jak Pan Sienkiewicz, Pan Fredro, czy też o Wybickim, o Niemcewiczu, o Wincentym Polu, o Dickensie… Były powieści historyczne, np. Karczma na Moczydle, czy Upiór spod Płocka, na kanwie osiemnastowiecznej, albo Narzeczony z Saragossy– o czasach wojen napoleońskich. Były opowieści historyczne, jak na przykład Rodzina Hauke, czy Niezwykłe postacie z czasów Powstania Listopadowego, albo – wydane pośmiertnie z maszynopisu, bardzo niedawno – Dziwne losy Polaków między powstaniami. Były książki współczesne, jak książka Przystanek za miastem, zabawne opowieści o dziewiętnastowiecznej Warszawie: W Warszawie, Sewerciu, życie wre, kipi… Były baśnie, jak Rozbudzona harfa, też niedawno wydana. Pisał więc bardzo różnorodne rzeczy. Były tam też powieści historyczne trochę z elementami fantasy z czasów przedpiastowskich, jak duża dwutomowa Saga o Wenedach – Jezioro Czarownic i Taniec nad jeziorem. Była powieść historyczna z czasów Zygmunta Starego Kopia i warkocze, w której uwiecznił swoich kolegów z 7 Pułku Ułanów, tylko ich przeniósł w XVI wiek.
I była wreszcie książka Za drutami Murnau, wydana po raz pierwszy w 1970 roku. To był chyba jakiś obowiązek, żeby to, co się tam wydarzyło, zapisać, uwiecznić kolegów, którzy na to zasłużyli. Chciałbym bardzo wyraźnie powiedzieć, że to nie są żadne wspomnienia, jak niektórzy tę książkę klasyfikują. Za drutami Murnau nie są jego wspomnieniami. Dlaczego? Bo ojciec o sobie nie napisał tam nic. On w ogóle nie występuje w tej książce. Tam nie ma tego „JA”: „przyjechałem, byłem, zobaczyłem”. Nie, jego tam nie ma. Natomiast czytelnik orientuje się, że to napisał ktoś z wewnątrz obozu, będący za drutami Murnau. Ktoś, kto świetnie odczuwa, co inni czuli i co przeżywali. Na okładce obecnego wydania też książki są ośnieżone Alpy, jest miasteczko Murnau, a grafik, pani Agnieszka Herman, wykorzystała folder z 1938 roku i dodała doń ten wystający drut kolczasty i ptaszka, który siedzi na nim siedzi i – jak myślę – uosabia wolność, bo ptak to wolność.
Książka o wolności
No właśnie, o czym jest ta książka, skoro to nie są wspomnienia? Można ją odczytywać na różne sposoby.
Jest to więc książka o wolności, o tym, że ludzie zniewoleni potrafią być ludźmi wolnymi, że ludzie, których zamknięto na pięć i pół roku na bardzo niewielkiej przestrzeni za drutami, potrafili zachować wolność wewnętrzną. Potrafili ten czas przemienić w coś efektywnego, choć wydawało się, że są całkowicie przegrani. Toczyła się wojna. Docierały do nich jakieś szczątkowe informacje. Tylko z Völkischer Beobachter albo z Das Reich, do których Goebbels wypisywał swoje teksty. Po jakimś czasie dysponowali jednak aż pięcioma odbiornikami radiowymi, które były na terenie obozu w rękach naszych oficerów, w najrozmaitszy sposób przeszmuglowane.
I cóż oni czuli? Że wydarzenia toczą się, ale bez nich. Oni są wyłączeni. To strasznie frustrowało. Byli oficerami po to, żeby walczyć, a nie żeby siedzieć. Oczywiście można było pięć lat przesiedzieć i przegrać w karty. Byli i tacy. Ojciec o nich też wspomniał. Byli tacy, którzy pięć i pół roku grali w brydża. Czy można tak spędzić pięć i pół roku? Można. Byli tacy, którzy tylko zajmowali się tym, żeby możliwie dużo jedzenia zebrać, przy pomocy rozmaitych kombinacji i handlu. Bo zaspokojenie głodu było przecież podstawową potrzebą. Dlaczego? Bo w niektórych okresach w Murnau po prostu brakowało jedzenia.
Niemcy karmili, tak, ale to karmienie było bardzo marne. Trudno było poprzestać tylko na tym, co dostawali przez cały czas od Niemców. Padło w książce takie zdanie-cytat: „za dużo, żeby umrzeć, za mało, żeby żyć”.Bo to był jeden bochenek chleba na sześć dni na osobę. Codziennie taka niby herbata z ziółek do picia, raz dziennie zupa z brukwi, jeden plasterek kaszanki i łyżeczka marmolady. Dla mężczyzny, przeważnie młodego zresztą, to jest mało, a trzeba się było jeszcze jako tako poruszać. Więc byli tacy, co tylko tym się zajmowali. Ale przychodziły też paczki do obozu, które ich uratowały.
Rzeczpospolita Jeniecka
Natomiast gros jeńców zaczęła się zajmować czymś innym. Byli zamknięci – i to jest fenomen, który ojciec opisuje i nazywa go w książce „Rzecząpospolitą Jeniecką” – ci ludzie, którzy zostali wyjęci z normalnego życia od rodzin, od społeczeństwa, od kontaktu ze światem zewnętrznym, tworzą własny teatr. Nie byle jaki teatr. To był wspaniały teatr, z którego po wojnie wyszło wielu aktorów, reżyserów, scenarzystów. Teatr, na który Leon Schiller, bądź co bądź specjalista od teatru, kiedy przybył do Murnau sam jako jeniec i obejrzał spektakl, patrzył z otwartymi oczami. Bo on myślał, że to jest jakiś teatrzyk amatorski: panowie oficerowie poprzebierali się i tam coś odprawiają, a zobaczył nowoczesny, awangardowy – jak na owe czasy – znakomity teatr z wielkim repertuarem. Proszę sobie wyobrazić, że tam jedna sztuka była oglądana przez przynajmniej pięć tysięcy osób – nie za jednym razem oczywiście. Przedstawienia odbywały się regularnie. W garażu była urządzona scena. I obóz żył tym teatrem. Mój ojciec też się włączył w ten teatr w Murnau. Przetłumaczył z angielskiego sztukę G. B. Shaw Żołnierz i bohater dla teatru obozowego. Była ona tam wystawiana pod tytułem Czekoladowy żołnierz. Był też i teatr marionetek. Bardzo interesujący.
Powstała tam także orkiestra symfoniczna, z najrozmaitszymi instrumentami, z bardzo ambitnym, trudnym repertuarem, bo znaleźli się tam oficerowie, którzy znali się na muzyce. Trzeba pamiętać, że oprócz oficerów zawodowych mieliśmy tam oficerów rezerwy.
Wreszcie to, co najbardziej chyba było interesujące, co mój ojciec nazywał „Uniwersytetem w Murnau”. Tak, prawdziwy uniwersytet. Pięć i pół roku porządnych studiów. Z jakiej dziedziny? No, tak jak na prawdziwym uniwersytecie – z każdej. Z każdej, bo tam byli filozofowie, historycy, prawnicy, inżynierowie, agronomowie. Tam się odbywały kursy, wykłady, zajęcia, seminaria właściwie z każdej dziedziny. Nauka języków obcych. Tam astronom Zonn robił wykłady z astronomii. Ten sam Zonn zrobił, czy zainicjował, kursy maturalne dla grupy szeregowych, która też tam była, żeby zdali maturę. I oni zrobili tam maturę przed powołaną komisją maturalną złożoną z nauczycieli zawodowych, którzy się w Murnau znaleźli jako wzięci do niewoli oficerowie rezerwy.
Były tam najrozmaitsze rodzaje działalności, jeśli chodzi o tę aktywność naukową i językową. Mój ojciec na tym skorzystał również. Mam tego dowód w domu. I tutaj, w tej książce Za drutami Murnauzałączone zostało na samym końcu, za sprawą wydawcy, który koniecznie chciał te zdjęcia umieścić, kilkadziesiąt fotografii. Między innymi zobaczycie tam Państwo stronę z notatek mojego ojca, które ocalały z Murnau. W brulionie buchalteryjnym, do jakichś rachunków. To było dwieście pięćdziesiąt stron wypełnionych drobniuteńkim pismem, mikroskopijnym dosłownie, ołówkiem, w czterech językach. To są notatki mojego ojca z wykładów i z zajęć głównie z historii filozofii – po angielsku, po francusku, po niemiecku i po polsku. W czterech językach, trzech obcych. Co prawda, jak się dostał do Murnau znał już jeden, ale jak się wydostał – to znał już trzy, dzięki czemu po wojnie mógł właśnie zostać tłumaczem z trzech języków.
Jeszcze inna działalność: poczta. Oni uruchomili pocztę, wewnętrzną. Drukowali znaczki i kartki okolicznościowe. Organizowali wystawy, najrozmaitsze przedsięwzięcia. Zbierali pieniądze. Różnica między oflagiem i stalagiem polegała między innymi na tym, że zgodnie z Konwencją Genewską, którą Niemcy zasadniczo respektowali, w przeciwieństwie oczywiście do Sowietów, którzy jej nie podpisali i naszych oficerów – jak wiadomo – po prostu rozstrzelali, w oflagach niemieckich wypłacano oficerom żołd. Żołd był w specjalnej walucie. To były tak zwane lagermarki, marki obozowe, które teoretycznie równały się markom niemieckim. Dzięki temu przez sklep, który Niemcy założyli, można było pewne rzeczy kupować.
Nie można było jednak kupować żywności. Ale można było kupić na przykład książki. Powstała w związku z tym w obozie biblioteka, która liczyła dwadzieścia tysięcy tomów! Proszę Państwa, no to jest naprawdę coś! I to pokazuje, kim byli c polscy oficerowie. Ja bym powiedział po prostu – prawdziwa polska elita intelektualna, bo tym był polski przedwojenny oficer, zarówno zawodowy, jak i oficer rezerwy. To ta elita, którą mordowano w Katyniu, bo tacy sami ludzie byli w Kozielsku i w Muranu. Oni się niczym nie różnili.
Elita zamknięta za drutami
Mój ojciec we wrześniu 1939 roku walczył zarówno z Sowietami, jak i z Niemcami. Miał to szczęście, że 5 października, pod Kockiem, poszedł do niemieckiej niewoli. Inaczej trafiłby do Katynia i dostałby kulę w łeb, jak wielu jego kolegów z wojska. I historia rodziny Majchrowskich na tym by się skończyła. Po prostu. I już nie byłoby ani mnie, ani moich starszych braci, którzy się po wojnie urodzili. I to pokazuje, że ten polski inteligent zamknięty w obozie, potrafił w bardzo trudnych warunkach tak się zorganizować, że robił rzeczy niezwykłe. On inwestował w siebie, bo oni po prostu chcieli być później Polsce potrzebni. Oni chcieli coś robić, rozwijać się. A to, czego dokonali w oflagu VII A w Murnau jest fantastyczne.
A, jeszcze pieniądze… Pieniądze są niestety konieczne w rozmaitych działaniach. Z Murnau wysłano w sumie chyba sześćset tysięcy niemieckich marek do obozów koncentracyjnych, by pomóc naszym rodakom tam zamkniętym. Znaleziono furtkę prawną, pytając się jakimś oficjalnym pismem, czy internowani w obozach koncentracyjnych mogą dostawać przesyłki pieniężne i dostali odpowiedź, że tak. Nie wszędzie co prawda, bo na przykład na Majdanek nie można było wysyłać pieniędzy. Tam je przemycano. Zbierano pieniądze poprzez te wszystkie imprezy kulturalne, na przykład koncerty, teatr. Sprzedawano na nie bilety, ale całą pracę wykonywano społecznie. Nikt nie brał za nic pieniędzy, wszyscy pracowali. A te zarobione pieniądze szły na cele społeczne, na kasę zapomogowo-pożyczkową, na adwokatów, bo bywało, że Niemcy wytaczali naszym oficerom procesy. Były takie przypadki i skazywano również na karę śmierci naszych oficerów, na przykład za wypadki w Bydgoszczy.
Jak wiadomo w 1939 roku „piąta kolumna” niemiecka, zaatakowała nasze wojska w Bydgoszczy. Retorsja była jasna, ale Niemcy za to ścigali wszystkich, co walczyli w Bydgoszczy i starali się ich postawić przed sądami. W związku z tym potrzebna była obrona. Trzeba było zebrać na to pieniądze. I te pieniądze były też wysyłane do obozów koncentracyjnych, jeżeli ktoś tylko wiedział, że ktoś się tam znajduje. Wtedy więźniowie obozu koncentracyjnego odpowiadali listem, że bardzo dziękują i dziękuje również kolega i podawali jego imię, nazwisko i numer. W ten sposób można było następnej osobie wysłać pieniądze. Tak to działało.
Ale jeńcy oflagu w Murnau też dostawali pomoc. I ojciec pisze o pomocy, która przychodziła z Miechowa, bo miechowski Czerwony Krzyż i ludzie w powiecie miechowskim wysyłali wielką pomoc dla obozu w Murnau. Oprócz pomocy żywnościowej, która była bardzo potrzebna, były też listy. I te listy – jak ojciec pisze w swojej książce – wzruszały uwięzionych ludzi, niespecjalnie nawykłych do wzruszeń, bo to żołnierz, oficer, no to nie jest jakiś płaczliwy goguś, prawda? A jednak te listy, które przychodziły z Miechowa od kobiet, były takie, jak od matki, jak od siostry. I te listy wzajemnie sobie wyrywano, czytano na głos. To była bezinteresowna pomoc kompletnie nieznanych sobie ludzi, a wiązała ich jakąś niezwykłą więzią. Patrzcie Państwo, ludzie w kraju, ludzie w obozie i ludzie w koncentrakach – oni wszyscy byli połączeni taką bezinteresowną więzią s o l i d a r n o ś c i. Po wojnie, realizując uchwałę podjętą przez jeńców, byli murnauczycy, w tym mój ojciec też, złożyli się finansowo i wybudowali liceum w Miechowie, żeby w jakiś sposób odwdzięczyć się za tę pomoc społeczeństwu ziemi miechowskiej. To chciałbym zaznaczyć, bo to jest zupełnie nieznana kartka, a myślę, że piękna.
Nie martyrologia, lecz opowieść o zwycięstwie
To właśnie jest taka książka. Ona nie jest wspomnieniem także dlatego, że to jest obraz polskiego przedwojennego oficera. Niejako „w pigułce”. I to nie jest obraz lukrowany, dlatego że tam są i blaski, i cienie. I nie jest to również książka martyrologiczna. Absolutnie nie. Tutaj niedostatki życia obozowego są zdecydowanie na marginesie. Tam nie ma cierpiętnictwa. Tam nie ma kombatanctwa, wyrzekania nad własnym losem. Tego nie ma w tej książce, a jeśli jest, to dawkowane w minimalnych dozach, żeby prawdzie historycznej sprostać. No, bo jeżeli ktoś szedł na druty, bo nie mógł już wytrzymać i Niemcy go zabili, to trzeba było o tym napisać, ale nie rozpisywać się na ten temat. Dlaczego?
Ojcu chyba przyświecało raczej te słowa z Sienkiewiczowskiego Pana Wołodyjowskiego: „nic to”. Te cienie należało zostawić w cieniu, a skupić się na tym, co było pozytywnego, na zwycięstwie. I oni nie zwyciężyli dlatego, że przetrwali, że doczekali wyzwolenia obozu przez wojska amerykańskie, przez armię generała Pattona, która parła na południe Niemiec. Nie dlatego. Oni nie zostali wyzwoleni jako ludzkie wraki. Jako ludzie wyrzuceni z życia. Nie! Oni wyszli stamtąd wzmocnieni i dalej byli aktywni. Oczywiście, jak to zwykle bywa, z wyjątkami. Powojenna komunizowana Polska nie przyjęła ich z otwartymi rękami. To dosyć oczywiste i jasne. Ale, tak czy inaczej, z tego Murnau wyszło potem bardzo wielu ludzi, którzy odcisnęli swój cudowny znak na polskiej kulturze, na polskiej nauce i sztuce. Na polskim życiu, które się jednak odrodziło.
Po latach sam spotykałem różnych ludzi nauki, sztuki, polityki i okazywało się potem, że ich ojciec, dziadek, krewny też był w Murnau. Jednym z nich jest pan marszałek Marek Kuchciński. W Sejmie zmówiliśmy się, że jego stryj też był w Murnau, już po Powstaniu Warszawskim. No tak się to złożyło. Świat jest mały. Taka to więc jest ta opowieść. Pozytywna opowieść.
Polskość jako wybór
W tej książce jest też kilka bardzo ciekawych innych kwestii. Jest sprawa, która przewija się także i przez moje własne poprzednie książki, mianowicie polskości jako wyboru. W Murnau było bardzo wielu polskich oficerów, od admirała Unruga począwszy, którzy mieli nie tylko niemieckie nazwisko, nie tylko niemieckie pochodzenie, ale niektórzy w pewnych przypadkach po prostu byli etnicznymi Niemcami. Jeśli wziąć ich biografię, to byli stuprocentowymi Niemcami, w ogóle nie mieli nic wspólnego z Polską, jeśli chodzi o pochodzenie. No, ale stali się oficerami Wojska Polskiego, w ten czy w inny sposób. Jeden został wysłany przez niemiecką rodzinę do Polski, żeby się spolszczył. No i spolszczył się. Drugi był oficerem austriackim w Krakowie w 1918 roku. Nastała Polska, postanowił zostać w tym nowym polskim pułku i stał się Polakiem. Żaden z nich nie podpisał volkslisty, żaden z nich nie wyszedł z obozu.
Narażali się na odpowiedzialność karną, bo prawo niemieckiej hitlerowskiej Rzeszy mówiło, że jeżeli Niemiec wyrzeknie się swojej ojczyzny, to stanowi to obrazę narodu niemieckiego, a za obrazę narodu niemieckiego groziły surowa kara, łącznie z obozem koncentracyjnym.
I byli tacy, którzy trafili do obozu koncentracyjnego. Na przykład taki kolega mojego ojca Józef Hubert, który trafił do KL Dachau, zresztą nieopodal Murnau. Urodził się w Berlinie, ojciec miał niemieckie imię, bo wszystko wskazywało na to, że jest niemieckiego pochodzenia, a on odmówił podpisania volkslisty. Wzięli go na gestapo, przesłuchali i pod koniec wojny wysłali jeszcze do Dachau. Na szczęście przeżył. Pomógł mu zamknięty tamże płk Józef Kokoszka, rodem z podrzeszowskiej Świlczy, notabene sąsiad mojego Ojca (i mój) z tego samego piętra warszawskiego domu. Świat jest mały… Owszem, znaleźli się tak samo w Murnau ludzie, którzy – jakkolwiek zapewne niewiele mieli z Niemcami wspólnego – ale volkslistę podpisali. Oni byli całkowicie skazani na izolację. W końcu Niemcy zabrali ich z obozu, bo nie mogli już tam wytrzymać ostracyzmu ogółu. Podejrzewam, że wysłali ich potem na front.
Skoro byli Niemcami, to musieli odbyć służbę wojskową i pewnie los zagnał ich gdzieś pod Stalingrad, czego akurat trudno żałować. Murnau to było zatem także miejsce kształtowania charakterów i kwestii wyboru. Miejsce, w którym Polska jawi się jako wybór, nie jako pochodzenie. Joseph von Unruh, czyli Józef Unrug, posiadał najwyższe niemieckie odznaczenie z I wojny światowej. Był admirałem. Pierwszego września 1939 roku „zapomniał mówić po niemiecku”, a mówił po niemiecku na pewno nie gorzej niż po polsku. Dowódca mojego ojca w 1939 roku z Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” – generał Kleeberg, co prawda nie był w Murnau, ale warto przypomnieć, ze był austriackiego pochodzenia. Nazwisk obcobrzmiących, jakie nosili polscy generałowie, np. Szylling i Rómmel, było więcej. Niemcy pytali się, czy generał Juliusz Rómmel jest krewnym ich generała Erwina Rommla. Tylko ta jedna kreseczka nad „o” ich różniła. To nie nazwisko świadczy o narodowości, ale własny wybór. W związku z tym Murnau był miejscem wielkiej próby i myśmy z tej próby, my jako naród, wyszliśmy zwycięsko, bo przecież ci oficerowie nie byli niczym innym jak częścią narodu. Myślę, że najlepszą częścią.
Książka jako drogowskaz dla współczesnych oficerów
Kiedy książka Za drutami Murnau została wznowiona przez Wydawnictwo Zysk i spółka, postanowiłem dopisać do niej coś na samym początku. Mianowicie dedykację: „Polskim oficerom” – żeby służyła ona także dzisiejszym polskim oficerom jako drogowskaz, jako pewien kompas, ale tak samo była pamięcią o tamtych oficerach. I jeżeli już mówię o dopisaniu, to muszę powiedzieć, dlaczego znajduję się na okładce tej książki jako jej współautor. Otóż dopisałem do książki Ojca – Za drutami Murnau część syna – Przed drutami Murnau. Dlaczego?
Jeśli Państwo czytaliście Polidrukii Przeciw uzbrojonym analfabetom, to w tamtych książkach Ojciec „wychodził mi” cały czas jakoś we wszystkich tamtych historiach. Nie chciałem o nim pisać, ale on mi się wciąż z czymś kojarzył… Dopiero po jego śmierci zrozumiałem, jaki był dla mnie niesamowicie ważny. A różnica wieku między mną a Ojcem była ogromna. Był starszy ode mnie o pięćdziesiąt sześć lat, to się naprawdę rzadko zdarza. Byłem jego ostatnim, najmłodszym dzieckiem, urodzonym już wiele, wiele lat po wojnie. Kiedy umarł, miałem dwadzieścia trzy lata, byłem studentem trzeciego roku studiów. Trochę wcześnie go straciłem. Dla chłopaka ojciec jest ważny, jest potrzebny.
Często sobie nie zdajemy z tego sprawy, kiedy ten ojciec jest, ale kiedy go nie ma, to zaczynamy sobie zdawać sprawę. Ja z jego braku zdałem sobie bardzo wyraźnie sprawę. I w tej książce też opisałem relację, bardzo szczególną, która łączyła mnie z ojcem i która łączy mnie do dziś, bo mam to szczęście, że nie tylko mam wspomnienia, zdjęcia, ale mam jego dwadzieścia kilka książek, w których – czytając je po latach – odnajduję warstwy, których nie rozumiałem wcześniej.Odnajduję rozmaity przekaz życiowy, więc nawiązuję z nim dialog, którego brakowało mi z wielu względów wcześniej.
Ten brak odczuwałem również dlatego, że kiedy umarł, mnie nie było w Polsce, byłem w Indiach, daleko stąd. Nie miałem żadnej w owym czasie możliwości zatelefonowania. Wróciłem, dowiedziałem się, że nie żyje. Przyjechałem na pogrzeb. To też był wstrząs pewnego rodzaju. Ta dziwna relacja poprzez zastanawiające zdarzenia, które opisuję wskazywała, że więź nie tylko jest, ale się umacnia.
Podróż do Murnau – historia prawdziwa
Znaczy zawsze chciałem pojechać do tego Murnau i zobaczyć, jak ono wygląda. Budynki obozu nadal stoją, dzisiaj stacjonuje tam Bundeswehra. Pojechałem tam w 2005 roku z bardzo dziwnym, irracjonalnym uczuciem, że coś tam odkryję. Ale właściwie co mogłem tam zobaczyć? Mury, tak? Nie wiedziałem, czy mnie tam w ogóle wpuszczą. Przecież to jednostka wojskowa. Mogliby mi powiedzieć: „Panie, tu stoi jednostka wojskowa, wstęp zabroniony, fotografować nie można”. Trudno by się było dziwić. Ale czułem, że tam jest jakiś magnes i czym bliżej jestem tego Murnau, tym ten magnes mocniej przyciąga. Że znalazłem się na jakiejś orbicie, która dziwną siłą grawitacji mnie tam ciągnie. I pojechałem do Murnau ze swoim własnym przekonaniem, kompletnie irracjonalnym, a nawet niemądrym, że jadę po coś. I najdziwniejsza rzecz, jaka stała się, to się okazało, że rzeczywiście pojechałem po coś i przeżyłem najbardziej niezwykłe spotkanie mojego życia. Spotkanie, które nie miało prawa mieć miejsca, racjonalnie rzecz ujmując. I tutaj przechodzimy, powiedziałbym, trochę w sferę metafizyczną…
Chcę jednak coś wyraźnie zaznaczyć. Każde słowo, które napisałem w tej drugiej części, którą nazwałem Przed drutami Murnau, jest prawdziwe. Tam nie ma fikcji, nie ma konfabulacji. Chciałem to wyrazić w sposób możliwie literacko najlepszy i czuję, że to jest najlepsze, co napisałem do tej pory. Ale to nie jest fikcja, bo jak niedawno powiedział mi – cytując pewnego znanego autora – pan Krzysztof Masłoń, który ze mną prowadził rozmowę na temat tej książki, życie pisze takie scenariusze, których nikt nie jest w stanie wymyślić. I to prawda. Myślę, że życie pisze takie scenariusze wtedy, kiedy my tego chcemy, ale to musi być wewnętrzne, bardzo silne pragnienie. Moim zdaniem historia to nie jest coś, co przemija; to nie jest czas przeszły. Historia się nie kończy.
Historia trwa i jest tylko oddaleniem się. Ludzie, którzy byli – są. Tylko oni się oddalają, ich kształty się trochę zacierają. Ale to od nas zależy, czy my z nimi mamy kontakt, czy nie. Ta myśl przewija się przez te wszystkie moje książki. I w sytuacji, w której się znalazłem, ten kontakt stał się w jakiś sposób rzeczywisty, prawdziwy. Przeżyłem coś, co oczywiście można wytłumaczyć w racjonalny sposób, ale co jest czymś, co bym nazwał, może szumnie – „znakiem”. Ta historia z Murnau sprzed 20 lat rzeczywiście bardzo mocno na mnie wpłynęła i opowiadałem ją wielu osobom, a teraz ją opisałem.
Między innymi powstał na jej kanwie reportaż Polskiego Radia pani Ireny Piłatowskiej i Alicji Grembowicz, znanych reportażystek Polskiego Radia. Kiedyś rozmawiałem o tej historii z Tadeuszem Zyskiem i z Janem Grzegorczykiem – to moi redaktorzy. Tadeusz Zysk, właściciel wydawnictwa Zysk i Spółka, które wydawało książkę, powiedział, że chętnie wyda tę Ojca książkę o Murnau, ale z tą moją historią, żebym napisał jakiś wstęp, jakieś posłowie. Muszę powiedzieć, że długo nie miałem odpowiedniego „drygu”, żeby to napisać. Ale jak coś „zaskoczyło”, to pisałem jak w transie i powstała z tego, jak gdyby druga, mniejsza książeczka.
Opowieść ojca i syna
Dlatego dzisiaj jest to jedna książka: Za drutami Murnau z podtytułem: Opowieść ojca i syna. Obie jej części Za drutami Murnau i Przed drutami Murnau są ze sobą związane, tak jak ojciec jest związany z synem, a syn jest związany z ojcem. I myślę, że ma to pewien walor nie tylko personalny, bo nie chodzi tylko o relację z moim ojcem. Ja myślę, że to jest coś, co każdy może odczytać sam w swojej własnej relacji ze swoimi bliskimi. Tymi, którzy są i tymi, których już nie ma. To jedna rzecz.
A druga rzecz, to jest opowieść o Polakach – opowieść o zwycięskich Polakach, którzy są zdolni do wielkich rzeczy w bardzo niezwykłych sytuacjach. Bo uważam, że jesteśmy wielkim narodem, nie wszyscy, na pewno nie każdy, ale ten, kto się do prawdziwej polskości poczuwa. Ten kto stawia przed sobą biało czerwoną flagę, ale nie po to, żeby oko kamery to objęło w odpowiednim momencie, nie żeby głosy dostać, tylko ma ją w sercu i dlatego ma ją przed sobą. Nasz naród ma w sobie coś nieprawdopodobnie silnego. Murnau jest przykładem uwięzionych ludzi, którzy nie tylko nie zmarnowali czasu, ale wyszli z tego obozu zwycięzcy. Zwycięzcy. Dlaczego? Bo na drutach kolczastych Murnau siedział wolny ptak. Bo wolność jest wpisana w nasze DNA. Bo jesteśmy ludźmi wolnymi. Nie jesteśmy niewolnikami. Dlatego jesteśmy powołani do zwycięstwa, do wielkości i do rozwoju. Pod warunkiem, że sami w to uwierzymy.
