Premier przekracza kolejną barierę absurdu. Na wojnę z lekarzem-rezydentem, który w rok zarobił ponad milion sześćset tysięcy złotych, wysyła cały aparat państwa. NFZ, Ministerstwo Zdrowia i inne służby mają sprawdzić, czy były już radny Koalicji Obywatelskiej zarabiał zgodnie z prawem.
Dawid Kacprzyk szybko stał się najsłynniejszym lekarzem w Polsce. Przebojem zdobył popularność, jaką mogą mu pozazdrościć najwięksi influencerzy. Jest też żywym dowodem na to, że trzymając z Koalicją Obywatelską szybko można się dorobić.
Co prawda stare rosyjskie przysłowie mówi, że ciszej będziesz to dalej pojedziesz, polskie zaś dodaje, że bardziej się najesz jedząc małą łyżeczką, ale ludowe mądrości nie są dla lidera platformerskiej młodzieżówki. Ci młodzi, jako nadzieja nowoczesnej Polski, muszą dostać wszystko szybko i dużo. To im się przecież należy. Po to wszak wygrali ostatnie wybory.
Okazało się, że nawet sprzyjające rządowi media nie zrozumiały mądrości etapu i opisały niezwykłą karierę Nikodema Dyz…, o przepraszam, Dawida Kacprzyka. I co z tym teraz począć? Oczywiście najłatwiej byłoby go „wywalić na mordę”, jak mawiał Dyzma, ale to przecież czyjś przyjaciel, protegowany albo nawet krewny. Zwolnienie go może i uspokoiłoby trochę zniesmaczoną opinię publiczną, ale mogłoby spowodować, że w odwecie młody lub jego patron ujawniłby inny przekręt. Wtedy spirala zaczęłaby się nakręcać, a platformerskie burdy polałyby się szerokim strumieniem przez prorządowe i opozycyjne media.
Donald Tusk doskonale to rozumie, więc – w imię zasady: nie chcesz nic robić, powołaj komisję – zapowiedział prace nad nadaniem NFZ prawa do wglądu w zarobki lekarzy. Jakby ujawnienie zarobków Dawida Kacprzyka było dla niego pełnym zaskoczeniem. Jakby sumy płynące do kieszeni lekarza-rezydenta nie były wynikiem partyjnych układów, ale jakiegoś znaczącego błędu systemowego. Jakby w ogóle był to wypadek przy pracy.
Jakby Dawid Kacprzyk nie przejmował schedy po Sławomirze Nowaku, Romanie Giertychu, Stanisławie Gawłowskim, Tomaszu Grodzkim i wielu innych, którzy wyznaczali i wyznaczają standardy Koalicji Obywatelskiej. Ten młody lekarz po prostu te zasady wziął na poważnie, więc nie rozumie dlaczego miały zrzekać się stanowiska. Nie o kompetencje przecież chodzi, ale o przynależność partyjną.
