„Polacy we Lwowie tak naprawdę nikogo nie obchodzą” – możemy się dowiedzieć z wywiadu Pawła Przychodzenia z Pawłem Kiełbowiczem, wolontariuszem zaangażowanym w pomoc naszym rodakom na Wschodzie, niedawno opublikowanym na Dobitnie.pl. Gorzej, że Polacy w Polsce naszych decydentów od lewa do prawa też obchodzą w sposób umiarkowany. Kto uważa, że to publicystyczna przesada, niech sięgnie po raport Frontline Foundation, opisany przez „Rzeczpospolitą”. Cenni analitycy i doświadczeni funkcjonariusze służb lądują w urzędach na głodowej pensji. Bo państwu bardziej potrzebni są pasożytniczy politycy na różnych szczeblach władzy, niż specjaliści od bezpieczeństwa.
Polska nie ma i, jak wszystko wskazuje, nie zamierza mieć programu, który pozwoli zachować najcenniejsze zasoby ludzkie. Pal licho zwykłą, ludzką wdzięczność i przyzwoitość, bo nauczyliśmy się, że od państwa i jego włodarzy tego akurat oczekiwać nie można. Ale czy Polskę stać na to, aby trwonić specjalistów, a w dodatku ułatwiać obcym służbom żerowanie na nich?
Najwyraźniej stać. Tak, jak stać na upolitycznianie służb i sprowadzanie funkcjonariuszy do roli osiłków partii rządzącej. Pomysły, by policjanci albo SOP-owcy siłowo wprowadzali nowowybranych sędziów do Trybunału Konstytucyjnego, są modelowym przykładem traktowania instytucji, bądź co bądź, zaufania publicznego, jak agencji ochrony. A potem rytualne zdziwienie, że kolejna zmiana warty u steru rządów robi dokładnie to samo – i że spada zaufanie do policji i służb.
Byłeś w służbach? Radź sobie sam
Polskę – państwo nieudolne (dziw, że ta nieudolność nie została jeszcze wpisana do konstytucji i objęta ochroną jako element państwowej tożsamości) – od państw zamordystycznych różni wszakże to, że w takich państwach funkcjonariusze są wykorzystywani do trzymania przeciwników władzy za pysk, ale i odpowiednio za to gratyfikowani. U nas wielu z nich jest traktowanych jako niepotrzebny sprzęt, który się po prostu odrzuca precz. Część z nich może liczyć na godziwie opłacaną pracę w firmach doradczych, analitycznych czy jako specjaliści od bezpieczeństwa. Ale znajduje taką pracę nie dzięki państwu, lecz dzięki sobie. Co z resztą?
Reszta musi sobie sama radzić. Najpewniej także musi sobie radzić z poczuciem rozgoryczenia, odrzucenia. To piękny materiał do działań dla obcych służb. Państwo polskie nie tylko, że nie ma pomysłu, jak temu zapobiec, ale przez swoją nonszalancję wręcz to ułatwia.
Nie potrzeba nam specjalistów
„Rzeczpospolita” podała, że analityk, który pomógł rozpracować ulubieńca medialnych salonów lewicowo-liberalnych, Pawła Rubcowa, pracuje dzisiaj za najniższą krajową w urzędzie. W tym przypadku może to być paradoksalnie dowód, że władza się nim zainteresowała i postanowiła wskazać mu, gdzie jest miejsce nadgorliwców. A co z innymi? Wedle (znanej, ale nieprawdziwej) anegdoty z czasów Wielkiego Terroru przewodniczący Trybunału Rewolucyjnego, Dumas, prośbę skazanego na śmierć wybitnego chemika Lavoisiera, by pozwolono mu żyć jeszcze przez kilka dni i dokończyć ważne doświadczenie, skwitował odmownie: „Republika nie potrzebuje uczonych”. Jak widać, Ciecia Rzeczpospolita nie potrzebuje agentów. Wystarczą jej partyjniacy.
