Kataster to podatek motywowany zawiścią. Lewica chce karać Polaków za własność

Kataster to podatek motywowany zawiścią. Lewica chce karać Polaków za własność

blank

Lewica znalazła prostą odpowiedź na skomplikowany kryzys mieszkaniowy: opodatkować tych, którzy coś mają. Nie uprościć procedur budowlanych. Nie odblokować gruntów. Nie przyspieszyć planowania przestrzennego. Nie ograniczyć kosztów regulacyjnych. Nie stworzyć warunków do większej podaży mieszkań. Po prostu sięgnąć do kieszeni właścicieli.

Taki jest sens projektu ustawy złożonego 20 marca 2026 r. przez posłów Lewicy. Pod pozorem walki ze spekulacją mieszkaniową proponuje się zmianę filozofii opodatkowania nieruchomości: zamiast podatku liczonego od powierzchni – podatek liczony od wartości rynkowej. W przypadku pierwszego i drugiego mieszkania stawka miałaby wynosić 0,02 proc., ale przy trzecim i kolejnym lokalu już 0,5 proc. w 2027 r., a następnie rosnąć co roku o 0,1 punktu procentowego aż do 1,5 proc. wartości nieruchomości rocznie. Takie założenia wskazano także w materiale źródłowym dotyczącym projektu.

Brzmi technicznie? W praktyce oznacza to jedno: państwo zaczyna patrzeć na prywatną własność jak na wygodną bazę podatkową. Dziś ma być „tylko od trzeciego mieszkania”. Jutro, gdy budżet znów będzie potrzebował pieniędzy, granicę można przesunąć. Pojutrze wystarczy powiedzieć, że pierwsze mieszkanie w dużym mieście to przecież majątek, więc też powinno być wyżej opodatkowane. Tak właśnie działają podatki: raz wprowadzone rzadko znikają, za to chętnie rosną.

Własność nie jest przestępstwem

Lewicowa opowieść jest znana: właściciel kilku mieszkań to spekulant, rentier, wróg społeczny. Tymczasem w polskich realiach drugie czy trzecie mieszkanie bardzo często nie jest symbolem luksusu, lecz efektem rodzinnych wyrzeczeń. To lokal odziedziczony po rodzicach. Kawalerka kupiona dla dziecka. Mieszkanie traktowane jako zabezpieczenie emerytalne, bo państwowy system emerytalny nie daje poczucia bezpieczeństwa. To także mały wynajem, który pozwala dopiąć domowy budżet. Mit o tysiącach pustych mieszkań, których właściciele nie chcą wynajmować, jest miejską legendą. Czy w kraju, gdzie tak zwana klasa średnia często ledwie spina koniec z końcem, faktycznie ludzie płacą za utrzymanie pustostanów?

Lewica mówi obywatelom: jeśli oszczędzaliście, inwestowaliście, nie przejadaliście wszystkich pieniędzy i próbowaliście zabezpieczyć przyszłość rodziny, państwo uzna was za problem.

To fundamentalnie antywolnościowe myślenie. Własność prywatna nie jest przywilejem nadanym przez rząd. Jest podstawą wolnego społeczeństwa. Obywatel, który ma majątek, jest mniej zależny od państwa. Może podejmować decyzje, pomagać rodzinie, budować bezpieczeństwo, planować przyszłość. I właśnie dlatego lewica tak często patrzy na własność podejrzliwie. Bo własność daje niezależność.

Kataster uderza w tę niezależność w sposób szczególnie perfidny. Nie opodatkowuje dochodu, który faktycznie ktoś uzyskał. Opodatkowuje sam fakt posiadania. Można nie mieć gotówki, można mieć niską emeryturę, można chwilowo nie wynajmować lokalu, można odziedziczyć mieszkanie wymagające remontu – ale podatek od wartości i tak przyjdzie. Państwo nie pyta, czy masz z czego zapłacić. Państwo uznaje, że skoro coś posiadasz, to można cię obciążyć.

Za kataster zapłacą także najemcy

Zwolennicy projektu udają, że rachunek zatrzyma się na właścicielach. To ekonomiczna fikcja. Każdy dodatkowy koszt na rynku najmu staje się elementem ceny. Jeżeli właściciel mieszkania dostanie nowy podatek, będzie próbował przerzucić go na najemcę. Nie zawsze w całości, nie zawsze natychmiast, ale kierunek jest oczywisty. Badanie Federal Reserve Bank of Philadelphia z 2025 r. wskazuje, że podatki płacone przez właścicieli mogą wpływać na czynsze nowych najemców.

Dlatego projekt Lewicy może skończyć się dokładnie odwrotnie, niż obiecują jego autorzy. Miał uderzyć w bogatych, a uderzy w klasę średnią. Miał pomóc lokatorom, a może podbić czynsze. Miał zwiększyć dostępność mieszkań, a może ograniczyć prywatną podaż najmu, bo część właścicieli uzna, że ryzyko regulacyjne stało się zbyt duże.

To klasyczny mechanizm złej regulacji: politycy wskazują wroga, nakładają podatek, ogłaszają moralne zwycięstwo, a koszty rozlewają się po całym rynku. Na końcu płaci zwykły obywatel.

Nie buduje się mieszkań podatkiem

Największe oszustwo tej debaty polega na tym, że kataster przedstawia się jako odpowiedź na kryzys mieszkaniowy. Nie jest nią. Podatek nie przyczyni się do wybudowania ani jednego bloku. Nie zwiększy liczby ekip budowlanych. Nie obniży cen materiałów. Nie skróci oczekiwania na decyzje administracyjne. Nie zmieni chaosu planistycznego. Nie sprawi, że samorządy nagle zaczną sprawniej przygotowywać tereny pod inwestycje.

Jeżeli problemem jest zbyt mała podaż mieszkań, odpowiedzią jest większa podaż, a nie fiskalna kara za posiadanie. Potrzebujemy prostszego prawa, szybszych procedur, większej konkurencji, odblokowania gruntów, stabilnych zasad inwestowania i rozsądnej polityki komunalnej. Tymczasem Lewica proponuje drogę najłatwiejszą: zabrać więcej tym, których można politycznie napiętnować.

W dodatku podatek od wartości wymaga bardzo sprawnego systemu wyceny. OECD, analizując podatki od nieruchomości, podkreśla znaczenie regularnie aktualizowanych wycen i dobrze zaprojektowanych mechanizmów systemowych. MFW również wskazuje, że reforma podatków od nieruchomości wymaga precyzyjnego zaprojektowania bazy podatkowej, stawek, wyceny i egzekucji. Polska administracja ma tymczasem problem nawet z prostszymi zadaniami. Oddanie jej narzędzia do masowego wyceniania majątku obywateli to proszenie się o chaos, arbitralność i kolejne spory.

Uchylanie drzwi do fiskalnej konfiskaty

Nie wolno dać się uśpić niską stawką dla pierwszego i drugiego mieszkania. W podatkach najważniejsze jest nie to, od czego politycy zaczynają, ale jaki mechanizm tworzą. A tu mechanizm jest jasny: państwo ma dostać prawo do corocznego pobierania daniny od wartości prywatnego majątku mieszkaniowego.

Dziś Lewica mówi: tylko najbogatsi. Ale historia podatków uczy, że „tylko najbogatsi” bardzo szybko oznacza „wszyscy, których da się objąć systemem”. Podatek dochodowy też w wielu krajach zaczynał jako nadzwyczajne obciążenie ograniczonych grup. Dziś jest codziennością dla milionów obywateli. Z katastrem może być podobnie.

Polacy intuicyjnie to rozumieją. Według Money.pl po konsultacjach zakończonych 22 kwietnia 65 proc. uczestników uznało ustawę za niepotrzebną, a 75 proc. nie zaakceptowało rozwiązań z projektu Lewicy.To zdrowy odruch obronny społeczeństwa, które wie, że państwo zbyt często zaczyna od pięknych haseł, a kończy na wyższym rachunku.

Projekt Lewicy należy odrzucić nie dlatego, że problem mieszkaniowy nie istnieje. Istnieje i jest poważny. Ale właśnie dlatego nie wolno przykrywać go ideologicznym podatkiem od własności. Kryzysu mieszkaniowego nie rozwiąże się przez karanie zaradności, rodzinnego oszczędzania i prywatnej inwestycji, a dzięki uwolnieniu rynku od barier biurokratycznych, poprzez większą podaż, stabilne prawo i państwo, które przestaje traktować obywatela jak worek z pieniędzmi.

Kataster to jedynie sygnał, że władza coraz śmielej zagląda do ksiąg wieczystych i nie pyta: „jak pomóc ludziom zdobyć mieszkanie?”, lecz: „ile jeszcze można zabrać tym, którzy już coś mają?”.

To nie podatek katastralny, to podatek katastrofalny – przynajmniej w takiej formie, w jakiej proponuje to Lewica.

Autor tekstu
Tomasz Bartosiak

Tomasz Bartosiak

Prezes Społecznej Inicjatywy Mieszkaniowej Reymontowski, Prezes Organizacji Pracodawców Społecznych Inicjatyw Mieszkaniowych, Konfederacja – Ruch Narodowy

Wyszukiwarka
Kategorie
Tomasz Bartosiak

Tomasz Bartosiak

Prezes Społecznej Inicjatywy Mieszkaniowej Reymontowski, Prezes Organizacji Pracodawców Społecznych Inicjatyw Mieszkaniowych, Konfederacja – Ruch Narodowy

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank