To są wielkie chwile polskiego dziennikarstwa. Przygotowując artykuł o mrocznej przeszłości Karola Nawrockiego, Onet znalazł świadka, któremu wydawało się, że obecny prezydent odprowadził prostytutkę i jej alfonsa do jakiegoś pokoju w sopockim Grand Hotelu. To kilkusekundowe wrażenie wystarczyło, by napisać tekst, który mógł zmienić wynik wyborów. Â
Zeznania Nataszy Geldon najbardziej obciążają autora tekstu Andrzeja Stankiewicza. Dziennikarz z takim doświadczeniem powinien mieć na tyle warsztatu i oleju w głowie, by od świadka domagać się dowodów. Tych jednak nie tylko nie otrzymał, ale nawet nie chciał. Potrzebował tylko jednego zdania, by móc napisać propagandowy tekst.
W całej tej historii od tego, co powiedział jego główny świadek – Natasza Geldon – istotniejsze jest to, czego nie powiedział. Otóż nie mówiła, że widziała, by Nawrocki zarabiał na przyprowadzaniu dziewczyn do hotelu jakieś pieniądze. Nigdy nie zobaczyła przykazywania banknotów czy innych dóbr. Co więcej, poza wrażeniem, że raz zaprowadził tę podejrzaną parę, nie widziała, by robił to kiedykolwiek indziej. Oni tego nie widziała, ani nie słyszała.
Nie dostrzegła także żadnych innych podejrzanych zachowań Nawrockiego. Nie wie nawet, czy ta podejrzana para, to rzeczywiście panienka lekkich obyczajów i jej opiekun. Jak się więc wyciśnie jej zeznania, zostaje niewiele. Nie pamięta też, jak ci ludzie wyglądali.
Ale ona przecież opowiada, co widziała i czuła. Jej prawo, każdemu może się wydawać wszystko. Rolą dziennikarza, zwłaszcza śledczego jest oddzielić twarde fakty od tego „wydawało mi się”. Na tym polega właśnie rzetelność. Reporter nie jest pudłem rezonansowym, które nagłaśnia bzdury, nawet najbardziej atrakcyjne, ale ma obowiązek weryfikowania pozyskanych informacji.
Jeśli tego nie robi to najczęściej z dwóch powodów. Albo jest niedojdą, albo nie chce dotrzeć do prawdy i pisze teksty na zmówienie, czyli jest po prostu politycznym cynglem.
